Fronda.pl: Czy Pana zdaniem powinniśmy byli po prostu strącić białoruskie śmigłowce latające sobie nad Białowieżą? Czy byłoby to w naszej sytuacji geopolitycznej rozsądne? Turcja w 2016 r. nie miała oporów przed strąceniem rosyjskiego bombowca, a tego rodzaju komunikat Rosjanie zrozumieli wówczas doskonale.
Dr Witold Sokała (ekspert w zakresie polityki bezpieczeństwa europejskiego oraz walki informacyjnej i studiów strategicznych): Z tego co wiem, turecki pilot, który zestrzelił wtedy rosyjski samolot, został potem skazany na wieloletnie więzienie – częściowo w ramach wewnętrznych rozgrywek politycznych, ale też w ramach łagodzenia napiętej sytuacji dyplomatycznej z Rosją. Ten przykład nie jest więc najlepszy.
Natomiast co do naszej aktualnej sytuacji, to procedury działania mamy przecież zapisane w prawie – polecam wszystkim zainteresowanym lekturę ustawy o ochronie granicy państwowej, zwłaszcza art. 18b. Najkrócej: nie, nie powinniśmy. A przynajmniej nie bez wcześniejszego wykonania kilku czynności, które są tam wymienione, i których wykonać się w tych warunkach po prostu nie dało. Można oczywiście dyskutować, czy to prawo jest dobre i wystarczające w dzisiejszych czasach. Ale na razie nas obowiązuje, koniec, kropka.
Skandalem natomiast był nie brak zestrzelenia tych maszyn, ale fatalna polityka informacyjna władz, a raczej jej brak. Chowanie głowy w piasek, sprzeczne komunikaty, a potem tromtadracja i prężenie muskułów. Łukaszenka musiał mieć niestety spory ubaw.
Jeden z polskich generałów mówił jakiś czas temu, że po wybuchu wojny na Ukrainie polscy wojskowi zdali sobie sprawę, że chaos wywołany przez Białoruś w 2021 r. mial odwrócić uwagę zachodu od Ukrainy. Czy Pana zdaniem teraz może być podobnie, a Rosjanie (na miarę swych obecnych możliwości) planują nowe działania na Ukrainie?
Oczywiście zarówno agresja przeciwko Ukrainie, jak i działania poniżej progu wojny, które są podejmowane na granicach Białorusi z państwami NATO, to elementy tej samej rosyjskiej strategii – obliczonej na osłabianie Zachodu, sianie zamętu i przesuwanie swej strefy wpływów. W tym sensie są połączone, choć przestrzegam przed traktowaniem tych działań granicznych wyłącznie jako „odwracania uwagi”, bo to może prowadzić analizę na manowce. Powiedziałbym inaczej: w najbliższym czasie Rosja nie jest zdolna do sukcesów militarnych, przynajmniej nie na skalę operacyjną. Stawia więc na wojnę informacyjną, bo w tym zawsze była dobra i nadal dysponuje przewagą. A wszelkie prowokacje na naszych granicach świetnie się w ten rodzaj walki wpisują. Prowokacje, z którymi musimy się liczyć poza pasem granicznym – także. To nie jest tak, że zagrożona jest tylko granica, a już ochronę fizyczną i kontrwywiadowczą infrastruktury czy instytucji w Warszawie, Szczecinie, Jeleniej Górze czy Brzesku możemy sobie odpuścić. Wręcz przeciwnie. Ale do obrony tak szerokiego frontu potrzeba nam czegoś więcej, niż deklaracji o przerzucaniu dodatkowych jednostek wojska na wschód.
Zdaniem większości ekspertów, Wagnerowcy i wojska białoruskie nie stanowią dla Polski zagrożenia militarnego. Według polskich władz, mogą oni jednak podejmować działania prowokacyjne, aby zakłócić przebieg wyborów parlamentarnych. W jaki sposób Białoruś (i stojąca oczywiście za nią Rosja) mogą potencjalnie zakłócić wybory? Czy jest możliwe podjęcie działań mogących wpłynąć na ich wynik?
Powtarzam do znudzenia, że prowokacje ze strony Rosji i Białorusi były i są możliwe także bez użycia wagnerowców. Historia z helikopterami zresztą jasno to udowadnia. To zagrożenie było zawsze wysokie, i wciąż rośnie – bo rośnie determinacja Kremla, żeby w sferze informacyjnej odwrócić losy wojny, przegranej fizycznie w terenie. Maleje też niestety nasza zdolność przeciwdziałania, bo wielu naszych polityków – z powodów wyborczych – zachowuje się dokładnie tak, jak życzą sobie tego rosyjscy spece od manipulowania opinią publiczną. Przykład to powielanie narracji Kremla o wielkim zagrożeniu dla Polski i innych krajów NATO, które jakoby nagle pojawiło się wskutek dyslokacji wagnerowców na Białoruś. A to przecież nic innego, jak tylko próby zamaskowania swej słabości, wytłumaczenia światu, że pucz Prigożyna był tylko ustawką, reżyserowaną przez genialnego i wszechmocnego Putina.
Przy okazji, Rosjanie ingerują w nasze wybory właśnie w ten sposób, że aktywnie wrzucają nam tematy, o które kłócą się nasze partie i ich zwolennicy. Oskarżając się przy tym wzajemnie o bycie kremlowską agenturą. Pora sobie wreszcie uświadomić, że Rosja po pierwsze ma agenturę prawdopodobnie we wszystkich partiach – nie tylko w jednej, wybranej – a po drugie prawie nigdy w swych działaniach zewnętrznych nie wspiera żadnego konkretnego ugrupowania przeciw jakimś domniemanym „patriotom”, tylko sieje chaos. Po prostu. W największym uproszczeniu: korzysta na ogólnym obniżeniu jakości polityki atakowanego informacyjnie kraju. W mętnej wodzie, czyli wśród absurdalnych oskarżeń i nierozwiązanych realnych problemów społecznych, przy coraz niższej jakości polityków i zaniku ponadpartyjnego myślenia w kategoriach fachowej, bezstronnej służby państwu, łatwiej potem kremlowskiemu wędkarzowi łowić ryby. Która partia by nie rządziła.
Zdaniem wielu osób z Łukaszenką można było się swego czasu jakoś dogadać, co nie zostało zrobione. Efektem tego ma być obecna sytuacja tj. Rosja pchająca Białoruś ku konfrontacji z Polską. Czy Pana zdaniem są ta zasadne twierdzenia?
To ogromne uproszczenia, ale tak, zmarnowaliśmy kiedyś szanse na to, by odgrywać jako Polska aktywniejszą rolę w białoruskiej polityce wewnętrznej. Trochę przez zwykłą niekompetencję kolejnych ekip rządzących, bo żeby zajmować się polityką zagraniczną i bezpieczeństwa w sposób skuteczny, to trzeba jednak trochę liznąć rzemiosła i przeczytać kilka dobrych książek. A u nas z tym bywało i bywa kiepsko. Ale nie lekceważyłbym też czynnika świadomej destrukcji, celowego paraliżowania naszych instytucji od środka i stopowania dobrych pomysłów. Przypomnę, że osoby już praktycznie jawnie działające dzisiaj na rzecz interesów rosyjskich w Polsce – jak na przykład niejaki Leszek Sykulski, który właśnie zarejestrował partię, nawołującą do odcięcia się od Ukrainy i USA oraz do przyjaźni z kremlowskimi bandytami – w przeszłości pracowały w kluczowych instytucjach państwowych, miały dostęp do ucha ważnych decydentów i do materiałów niejawnych. Za stary wróbel jestem, by uwierzyć, że to się działo przypadkiem, i że miało charakter jednostkowy.
Przegraliśmy więc wiele szans w naszej polityce wschodniej. Nie tylko na kierunku białoruskim. To się stało, i już się nie odstanie, ale warto wyciągać wnioski na przyszłość i nie powielać starych błędów.
Czy Pana zdaniem jest możliwe wprowadzenie stanu wyjątkowego na Podlasiu? Czy istnieje możliwość ponownego wykorzystywania oszukiwanych przez Łukaszenkę migrantów do szturmowania polskich granic?
Na razie nic nie wskazuje na jakieś bezpośrednie zagrożenie kolejną wielką falą migracyjną. Ale oczywiście warto monitorować sytuację, przede wszystkim poprzez ofensywne działania wywiadu, czyli patrzeć Łukaszence i Putinowi na ręce, kontrolować, co robią nie tylko tuż przy naszej granicy, ale także na Bliskim Wschodzie czy w Afryce. I to razem z sojusznikami. Żebyśmy znów nie zostali zaskoczeni faktem, że pod Mińskiem i Grodnem zgromadzono tysiące ludzi, którzy mogą być użyci do destabilizacji sytuacji u nas.
Ale to nie jest jedyny scenariusz. Prowokacja na dużą skalę może przybrać zupełnie odmiennych charakter. Dlatego tak ważna jest jakość wywiadu, dyplomacji, wszelkich narzędzi „przykładania ucha” do procesów decyzyjnych przeciwnika. Fizyczna ochrona granicy i innych obiektów oraz wprowadzanie stanów wyjątkowych to już działania reaktywne, ostatni z kilku etapów troski o bezpieczeństwo. Natomiast te działania są najbardziej medialne i dobrze sprzedają się w przedwyborczej propagandzie. Dlatego nie wykluczam, że politycy chętnie po sięgną – eskalując poczucie strachu, a potem udając, że się o nas troszczą. A tymczasem w polityce bezpieczeństwa powinna obowiązywać stara, medyczna zasada – znacznie lepiej zapobiegać, niż leczyć.
Oczywiście, profilaktyka polegająca na wczesnym wykryciu zagrożeń oraz na aktywnym wpływaniu na międzynarodowe trendy nie zawsze wystarczy. Czasem trzeba sięgnąć i po skalpel, czyli po czołgi i rakiety. Ale to zawsze powinna być dopiero ostateczność, gdy subtelniejsze narzędzia nie dały efektów.
