TRADYCYJNIE ROSJA WZMACNIA OFENSYWĘ PRZEZ PROPAGANDĘ

Działania wojenne Rosji widocznie popierane są przez uaktywnienie rosyjskiej machiny propagandowej w wielu państwach.

Jak informuje aktywistka społeczna, organizatorka protestów antywojennych Natalia Panczenko, tzw. Polski Ruch Antywojenny 3 lutego rozpoczął kampanię pt. „To nie nasza wojna”, która jest typowym przykładem rosyjskiej propagandy.

Organizatorem kampanii jest politolog, profesor Leszek Sykulski, wszystkie tezy którego całkowicie odzwierciedlają to, co produkują putinowskie tuby propagandowe. W ramach tej akcji, celem której jest zniechęcenie Polaków do wsparcia Ukrainy, w całej Poslce powinny zostać zainstalowane billboardy z hasłem: To nie nasza wojna!

Domagając się zaprzestania wsparcia Ukrainy, Sykulski oświadcza, że „nie ma zgody na żadne relacje wojskowo-polityczne z Ukrainą, ponieważ to jest najprostszy sposób zniszczyć Polskę podczas wojny”.

Jeszcze jesienią 2022 roku podczas występu w Poznaniu on twierdził, że USA mają zamiar wciągnąć Polskę przy pomocy przychylnego Ameryce rządu Prawa i Sprawiedliwości do aktywnego udziału w wojnie z Rosją, która według politologa pragnie żyć w pokoju.

JAK POLSCY WOJSKOWI OCENIAJĄ RYZYKO?

Jakie jest stanowisko polskich wojskowych oraz jak oni oceniają zagrożenia nadchodzące z Rosji?

W styczniu i lutym tego roku pojawił się szereg niepokojących wypowiedzi polskich wojskowych, takich jak szef Sztabu Generalnego WP gen. Rajmund Andrzejczak, wykładowca Centrum Szkolenia Wojsk, weteran Iraku i Afganistanu płk Piotr Lewandowski oraz były dowódca Wojsk Lądowych gen. Andrzej Skrzypczak.

Wszyscy podkreślali krytycznie wysoką stawkę wojny prowadzonej przez Rosję przeciwko Ukrainie, a także strategiczne znaczenie obrony Ukrainy również dla Polski.

Krytykując podejście Zachodu, polegające na kroplówkowym udzielaniu pomocy Ukrainie, polscy wojskowi zaapelowali o odrzucenie obaw przed przekroczeniem jakichkolwiek czerwonych linii i natychmiastowe przekazanie Ukrainie całej niezbędnej broni, w tym zdolnej do rażenia celów oddalonych nawet o 300 km, nowoczesnych samolotów bojowych oraz czołgów.

W ostatnich dniach do zaprzestania dawkowania pomocy wezwał także były dowódca wojskowych sił specjalnych GROM, generał Roman Polko, dając Ukrainie możliwość prowadzenia wojny powietrznej z użyciem odrzutowców F-16, co jest kluczowe do powodzenia ofensywy. Powiedział też, że właściwe byłoby atakowanie celów wojskowych poza Ukrainą, w tym lotnisk i wojskowych węzłów logistycznych.

Na tle tych wypowiedzi polski wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz powiedział, że Polska jest jednym z głównych organizatorów misji unijnej, w ramach której planuje nie tylko szkolić co miesiąc dwa bataliony Sił Zbrojnych Ukrainy, lecz także zapewnić kompleksowy pakiet szkoleniowy wojskom ukraińskim, w tym nieodpłatne przekazanie sprzętu wykorzystywanego do szkolenia.

Taka dyplomacja wojskowa stopniowo się wzmacnia, wystarczy przypomnieć sobie rolę Polski w wywarciu aktywnej presji na Niemcy w sprawie przekazania Leopardów.

„Zamiast stopniowego dostarczania Ukrainie większej ilości broni i sprzętu wojskowego, NATO powinno spowodować wielki wybuch i ogłosić przekazanie całej pomocy wojskowej 24 lutego 2023 roku, w pierwszą rocznicę rosyjskiej inwazji. Wzmocniłoby to przekonanie Kremla, że Moskwa walczy z silnie uzbrojonym Sojuszem” – napisał w artykule na łamach czasopisma Foreign Affairs Michael McFaul, politolog i były ambasador USA w Rosji.

Takie oświadczenie wywarłoby mocny nacisk psychologiczny na Kreml oraz na rosyjskie społeczeństwo, sygnalizując, że Zachód jest zaangażowany w przywrócenie przez Ukrainę wszystkich okupowanych terytoriów, przekonuje McFaul w artykule „Jak osiągnąć przełom na Ukrainie”.

DLACZEGO ZACHÓD POWINIEN PRZYZNAĆ SIĘ DO UDZIAŁU W WOJNIE?

Jednocześnie na uwagę zasługuje pojawienie się w polskim dyskursie politycznym tezy „To jest nasza wojna”. I to nie tylko w sensie kontynuowania i zwiększania pomocy dla Ukrainy, ale także konieczności przygotowania się do ewentualnego udziału jednostek wojskowych NATO, w tym Polski, w misji wojskowej na terytorium Ukrainy.

Autor tej tezy, prawnik, analityk i publicysta Krzysztof Wojczal, przewidział w 2019 roku, że Rosja rozpocznie wojnę w 2022 roku. W artykule „To jest nasza wojna!” chyba jako pierwszy poruszył kwestię otwartego przyznania się Zachodu i państw NATO, w tym Polski, do udziału w wojnie.

Przecież, jak zaznacza publicysta, Rosjanie – rząd, propaganda i społeczeństwo – są przekonani, że oni prowadzą na Ukrainie wojnę z NATO. Teza, że Rosja prowadzi wojnę na Ukrainie przeciwko NATO i Zachodowi, jest nie tylko rdzeniem rosyjskiej propagandy, lecz także tym, w co wierzy większość Rosjan. To usprawiedliwia działania Kremla i oni podejmują dokładnie takie same kroki, jak gdyby prowadzili wojnę z NATO na Ukrainie.

„Tymczasem cały Zachód, na poziomie dyplomatycznym i politycznym, udaje, że wojna rosyjsko-ukraińska dotyczy tylko stron konfliktu. Jednocześnie wysyła na Ukrainę dużo amunicji, sprzętu wojskowego i żywności. Udzielanie wsparcia politycznego, finansowego i wojskowego (szkolenie ukraińskich wojskowych na Zachodzie). Unikanie stwierdzenia, że my jako Zachód jesteśmy w konflikcie z Federacją Rosyjską, wbrew pozorom nie chroni nas przed zemstą Władimira Putina. Zachodnia ostrożność nie wiąże więc w żaden sposób rąk Putinowi. To mentalnie i politycznie związało ręce NATO i całemu Zachodowi” – twierdzi polski analityk.

Dlatego potrzebne jest oficjalne oświadczenie, że NATO jest w konflikcie z Federacją Rosyjską z powodu wojny na Ukrainie?

Zdaniem Wojczala cel (którym jest tylko zwycięstwo w wojnie) powinien być jasno określony, tak aby zarówno społeczeństwa zachodnie, jak i Rosja, którą trzeba przekonać, że nie ma szans na wygraną, były tego świadome. Pokazałoby to determinację wobec działań Rosji, wobec której Zachód od 2014 roku prowadzi politykę defensywną w obliczu rosnącego zagrożenia dla wschodniej flanki NATO, oraz pozbawiłoby argumentów rosyjską propagandę, która aktywnie zastrasza zachodnie społeczeństwo do zaangażowania się w wojnę.

„Nic nie wpłynie na Moskwę bardziej niż oświadczenie zachodnich przywódców, począwszy od Joe Bidena, że konflikt na Ukrainie to nasza wojna i zamierzamy ją wygrać.

Tym samym Rosjanie otrzymają jasny sygnał: „Wy na Kremlu możecie jedynie zadecydować o tym, jak dotkliwa będzie Wasza klęska. Stracicie mniej, jeśli wycofacie się z Ukrainy już jutro. Im więcej wyślecie ludzi i sprzętu na Ukrainę pojutrze, tym porażka będzie bardziej druzgocąca” – przekonuje ekspert.

UKRAINA JAKO KLUCZOWY ELEMENT GEOPOLITYCZNEJ MOZAIKI

Ukraina jest dla Moskwy celem samym w sobie, jednak jednocześnie stanowi szerszy element układanki. Kreml traktuje podbój Ukrainy jako tylko jeden z pierwszych etapów dalszej eskalacji.

Putin rozpoczął wojnę z Ukrainą, aby uderzyć w interesy NATO i UE.

Obecnie zaufanie do NATO, demonstracja siły i jedności zostały zachowane tylko dlatego, że Ukraińcy się bronią.

Gdyby „specjalna operacja” skończyła się sukcesem po trzech dniach, to Putin podważyłby pozycję USA jako gwaranta bezpieczeństwa oraz rozpocząłby szantaż energetyczno-militarny względem Europy. Po to, by Unia Europejska uległa woli Moskwy, uznała jej wyższość oraz odwróciła się od Stanów Zjednoczonych, stając się zależną od Rosji w strefie energetyki, a także pod względem bezpieczeństwa.

Po pełnej aneksji terytorium Ukrainy, Putin mógłby następnie przejąć kontrolę nad Mołdawią. Dzięki temu Federacja Rosyjska znalazłaby się na całej szerokości granic NATO i mogłaby rozmieścić ogromne armie wzdłuż granicy z Rumunią i wzdłuż całej wschodniej granicy Polski.

Stałe bazy wojskowe na Białorusi, Ukrainie i ewentualnie w Mołdawii wywierałyby stałą presję na UE i NATO.

Zajmując Ukrainę, Rosjanie mogliby skierować swoje możliwości i wysiłki na wojnę hybrydową przeciwko państwom bałtyckim, Polsce i Rumunii, destabilizując cały region.

W niezwykle trudnej sytuacji do obrony znalazłyby się Łotwa i Estonia. Duże zagrożenia dla bezpieczeństwa odstraszyłyby kapitał zagraniczny od Europy Środkowej, grożąc długotrwałym kryzysem gospodarczym.

Dalszy nacisk hybrydowy i militarny ze strony Kremla zmusiłby Zachód do rozpoczęcia drugiej zimnej wojny.

Aby zneutralizować zagrożenie, należałoby więc rozmieścić wzdłuż wschodniej flanki Sojuszu setki tysięcy żołnierzy z całego NATO. Pociągnęłoby to za sobą ogromne koszty i naruszyłoby interesy wszystkich krajów UE.

Przy tym Amerykanie nie mogliby poświęcać uwagi Chinom, gdyż byliby zmuszeni do obrony wschodniej flanki NATO.

Klęska Ukrainy byłaby odbierana na całym świecie jako klęska wizerunkowa Stanów Zjednoczonych i całego zbiorowego Zachodu. Dlatego też amerykańskie sojusze bilateralne, w tym te na Dalekim Wschodzie (Japonia i Korea Południowa), mogłyby się załamać.

CZEGO BOI SIĘ PUTIN?

Wojczal podkreśla, że z jednej strony Putin interpretuje obecne dystansowanie się zachodnich przywódców od wojny jako słabość, i właśnie to zachęca go do dalszej eskalacji konfliktu. Z drugiej strony, taki sposób prowadzenia dyplomacji daje pełną swobodę rosyjskiej propagandzie, która aktywnie wykorzystuje przeciwne hasło jako kluczowe w swojej narracji.

Oczywiście zachodni politycy boją się, także z powodów czysto politycznych, przyznać swoim wyborcom, że toczy się wojna. Jednak działania Waszyngtonu, Paryża, Warszawy, czy nawet Berlina wyraźnie demonstrują, że elity są w pełni świadome tego stanu rzeczy.

Biorąc pod uwagę wyżej podane informacje, pewne jest to, że strona rosyjska najbardziej obawia się otwartego uznania przez Zachód (przez polityków i społeczeństwo), że wojna na Ukrainie to ich wojna. Polski analityk przekonuje, że właśnie dlatego należy to zrobić.

Nie warto zapominać, że Rosja jest militarnie słabsza od NATO i Stanów Zjednoczonych, i w razie starcia nie miałaby szans.

Z tego powodu Zachód może i powinien zacząć grozić Putinowi i rosyjskim elitom. Przecież sytuacja, w której agresywna, ale słabsza strona zagraża wszystkim wokół jest bardzo niebezpieczna.

CO POWINNO ZROBIĆ NATO?

Za eskalację konfliktu odpowiada potężniejszy aktor. To NATO i Stany Zjednoczone mają możliwość powstrzymania Federacji Rosyjskiej poprzez zademonstrowanie swojej potęgi i co najważniejsze gotowości do jej użycia. Putin i jego poplecznicy powinni się bać. To jedyna rzecz, która może ich powstrzymać.

Oczywiście Ukraina nie może upaść i po wojnie musi wstąpić do NATO, bo tylko w ten sposób można ochronić nie tylko Ukrainę, lecz Europę przed ponowną rosyjską agresją.

Wojczal jest przekonany, że dość ryzykowne jest oczekiwanie, że Ukraina wygra wojnę z Rosją tylko dzięki pomocy Zachodu.

Putinowi też się spieszy i rok 2023 może być punktem zwrotnym. Jeśli Rosjanie znów zechcą spróbować przełamać strategiczną linię Dniepru i okrążyć Kijów, będzie to obarczone klęską, dlatego Zachód musi neutralizować takie próby.

W tym celu kraje NATO powinny zadeklarować gotowość, w przypadku najgorszego scenariusza i zagrożenia dla Kijowa, do wkroczenia na Ukrainę ze swoimi wojskami w celu ustanowienia granicy sanitarnej.

Siły pokojowe powinny być liczne, wykazywać gotowość bojową i mieć wsparcie we wszystkich obszarach (morskim, powietrznym, cybernetycznym, kosmicznym).

Według szacunków autora, już teraz potrzebna jest zdecydowana demonstracja możliwości neutralizacji większości aktywów Rosji. Szczególnie zajęcie pozycji wzdłuż granicy całej wschodniej flanki NATO, zademonstrowanie gotowości do odparcia inwazji oraz przejęcie pełnej kontroli nad przestrzenią powietrzną Ukrainy.

Wykazać zdolność, w razie potrzeby, do wkroczenia do Mołdawii i przejęcia kontroli nad Naddniestrzem.

Siły rakietowe, artyleryjskie, lotnicze i morskie NATO powinny zademonstrować zdolność do przeprowadzenia zmasowanych uderzeń na obwód kaliningradzki i Białoruś w celu zneutralizowania zgromadzonego tam arsenału rakiet jądrowych.

Jeśli Putin, mimo wszystko, nadal będzie próbował zająć Ukrainę lub Kijów, to koalicja wybranych państw (bo jedność całego NATO w kwestii wejścia na Ukrainę jest wątpliwa) powinna rzeczywiście tak rozmieścić swoje wojska, aby siły rosyjskie nie mogły przejść bez zaatakowania sojuszników. Jednocześnie kluczowe jest wykazanie pełnej przewagi powietrznej i gotowości do zniszczenia wszelkich jednostek rosyjskich, które spróbują otworzyć ogień.

Na zakończenie Wojczal apeluje do polityków, wojskowych, ekspertów, dziennikarzy i zwykłych komentatorów o wprowadzenie do dyskursu publicznego hasła: „To jest nasza wojna!”.

„Najważniejsze jest przekonanie nas wszystkich, a potem samego Putina, że TO JEST NASZA WOJNA i jesteśmy gotowi do działania. Skoro Putin zachowuje się tak, jakby NATO było w stanie wojny z Rosją na Ukrainie i przekonuje o tym Rosjan, to uznanie tego oczywistego stwierdzenia z naszej zachodniej strony nie może mieć dla nas żadnych negatywnych konsekwencji. Wręcz przeciwnie, w ten sposób możemy zneutralizować rosyjską propagandę i powstrzymać Moskwę przed eskalacją konfliktu. Kreml musi wierzyć, że jesteśmy gotowi na wszystko. W przeciwnym razie będą one wkraczać dalej, eskalować i w końcu doprowadzą do bezpośredniej wojny z NATO. Nie możemy im na to pozwolić!” – stwierdza ekspert.

Jak widać, próba rozpoczęcia takiej dyskusji w przestrzeni społeczno-politycznej została już podjęta. I ze względu na całą pozorną niewiarygodność takiego scenariusza, spróbujmy przypomnieć sobie wszystko, co wydawało nam się nieprawdopodobne rok temu, w lutym 2022 roku.

Anatolij Kurnosow
Ukraiński tekst ukazał się na łamach portalu „Radio Swoboda”

Jagiellonia.org