Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych uchyliła postanowienia marszałka Sejmu Szymon Hołowni ws. wygaśnięcia mandatów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Wcześniej lider Polski 2050 podjął starania, aby sprawą nie zajmowała się Izba Kontroli Nadzwyczajnej, a Izba Pracy. W czasie konferencji prasowej przyznał nawet, że zwrócił się do prezesa Izby Pracy „o powierzenie sprawy składowi, który nie podważy zaufania, do którego nie będzie żadnych wątpliwości”.

Hołownia postanowił zignorować orzeczenia Izby Kontroli i czekać na decyzję Izby Pracy. Kolejne szokujące słowa wypowiedział w wywiadzie dla portalu Gazeta.pl.

- „Jeśli marszałek Sejmu idzie z prostą, urzędniczą sprawą do Sądu Najwyższego i uzyskuje w tej sprawie cztery sprzeczne orzeczenia, to znaczy, że każdy Kowalski, który pójdzie do sądu rejonowego po stwierdzenie spadku po babci, może wyjść z niego z jednym orzeczeniem, że dostał spadek po babci, z drugim, że babcia dostała spadek po nim, trzecim, że to on jest babcią, i czwartym, że nią nie jest”

- powiedział.

Do tej pory marszałek otrzymał dwa orzeczenia – Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Dwa kolejne dopiero ma wydać Izba Pracy. Skąd więc Hołownia wie, że będą one sprzeczne?

- „Coraz bardziej się pogrąża”

- pisze na X.com Paweł Jabłoński.

- „Właśnie zasugerował, że zna już treść orzeczeń które mają zapaść… dopiero w środę. Bo dziś nie ma żadnych czterech sprzecznych orzeczeń. Są dwa, niesprzeczne: Sąd Najwyższy uchylił postanowienia marszałka wobec obu posłów”

- zauważa poseł PiS.

- „Chyba, że Hołownia umówił się z kimś w Sądzie Najwyższym na konkretne orzeczenia – i już zna ich treść. Do czego się właśnie przyznał”

- dodaje.