– Jako kluczowy gwarant bezpieczeństwa kontynentu, USA nie powinny być jedynie biernym obserwatorem planów UE – pisze ekspert na łamach "Politico".
Micha stwierdza, że z uwagi na ogromne zmiany, jakie nadchodzą dla Europy, należy się także liczyć z dużymi konsekwencjami w stosunkach Ameryki z kluczowymi sojusznikami, których – podkreśla – Waszyngton jeszcze nie odnotował.
Michta przestrzega, że rozważane obecnie zmiany w EU doprowadziłyby do przekształcenia jej z konfederacji suwerennych krajów w jednolity podmiot federalny. Jako kluczowy argument zwolenników takiego rozwiązania jest teza, że bez dokonania takcuh zmian niemożliwe stanie się tak szerokim blokiem państwa. Z tego też względu dochodzi do prób siłowego przepychania zmian w traktatach unijnych.
– Jeśli zmiany te zostaną wdrożone, radykalnie przeorganizują władzę w UE, koncentrując ją w Berlinie i Paryżu, gdyż największe kraje będą mogły w zasadzie narzucić swoją wolę całemu blokowi – alarmuje ekspert.
Porównując to do USA, podkreśla, że w warunkach amerykańskich należałoby to porównać do "wyeliminowania przez USA Kolegium Elektorów i przeniesienia procesów wyborczych do głosowania zwykłą większością głosów, co skutecznie umożliwiłoby największym stanom kraju swobodne prowadzenie polityki".
W jego opinii "Stany Zjednoczone wydają się nieświadome" takiego stanu rzeczy i niewiele się dzieje, aby temu przeciwdziałać. W UE sprawa dotyczy natomiast procesu rewizji traktatu obejmującego fundamentalne zmiany w 10 kluczowych obszarach, w tym w polityce zagranicznej UE, bezpieczeństwie i obronie.
– Administracja prezydenta USA Joe Bidena okazała się jednak stosunkowo obojętna (...) być może zakładając, że bardziej zjednoczona UE stanie się skuteczniejszym partnerem, a Berlin i Paryż (przez Brukselę) wyrosną na głównych rozmówców Waszyngtonu. Biorąc pod uwagę, że Niemcy są największym i najbardziej dominującym krajem członkowskim w Europie od czasu brexitu Wielkiej Brytanii, na pierwszy rzut oka taka polityka wydaje się oczywistym stanowiskiem domyślnym
– pisze Michta.
Ekspert przytacza też powtarzane w USA hasło propagandowe zwolenników federalizacji Europy: „Do kogo mam zadzwonić, jeśli chcę rozmawiać z Europą?”.
Michta przestrzega też, przed błędnym myśleniem, jakoby „sfederalizowana” Europa miała być dla Stanów Zjednoczonych łatwiejsza do kontaktów i współpracy, tym bardziej, że tandem Berlin-Paryż zdecydowanie nie jest przychylny interesom amerykańskim w Europie.
– I jak w przypadku każdego sojuszu, Stany Zjednoczone powinny priorytetowo traktować kraje, których postrzeganie zagrożeń i interesy narodowe są najbardziej zbliżone do ich własnych. (...) Przez cały czas to właśnie narody wschodniej flanki NATO – od Finlandii poprzez państwa bałtyckie, Polskę i Rumunię – wykazały największą determinację, by stanąć u boku Stanów Zjednoczonych we wsparciu Ukrainy, podczas gdy Niemcy i Francja poszły w ich ślady z niechęcią, a co więcej często nie udaje się dostarczyć
– wskazuj ekspert.
Michta podkreśla, że po raz kolejny to właśnie kraje wschodniej flanki NATO przodują w postępach w zakresie zbrojeń. Niemcy natomiast nie zwiększyły nawet wydatków na zbrojenia do 2% swojego PKB.
– Zatem pogląd, że sfederalizowana Europa pod przewodnictwem Berlina i Paryża byłaby w większym, a nie mniejszym stopniu wrażliwa na prośby USA o znaczący wkład jeśli chodzi o odstraszanie i obronę, jest to myślenie życzeniowe
– kwituje Andrew Michta.
Ekspert podkreśla, że "Stany Zjednoczone nie powinny być jedynie biernym obserwatorem", ale aktywnym uczestnikiem kluczowych procesów w Europie, zarówno poprzez obecność militarną i NATO, jak też działania gospodarcze.
