„Była to decyzja, której nigdy nie byłabym w stanie sama podjąć” – powiedziała Baker. Mimo to przyjmowała wówczas za swoją „myśl, że banda facetów w Waszyngtonie nie ma prawa decydować o naszych ciałach”. Jednak jak stwierdziła: „Zaczęłam dowiadywać się więcej o faktycznym jej [aborcji] przebiegu. I zaczęłam dowiadywać się więcej o tym, jak w rzeczywistości dziecko czuje ból i odsuwa się od igły oraz o brutalności samego doświadczenia dla dziecka. I fakt, że to jest dziecko... A więc tak, jestem pro-life”.

Aktorka stwierdziła, że nie czuje się „godna” w osądzaniu kobiet, także swoich przyjaciółek, które zabiły swoje dziecko i nie chce słuchać od lewicowych krytyków, jak bardzo nienawidzi tych kobiet, które zdecydowały się na aborcję. Wyraziła „współczucie dla osób, które to przeszły”, dodając, że nie ma wobec nich negatywnych uczuć. Dodała jednak: „Po prostu wiem, że to jest dziecko”.

Baker przeciwstawiła się mylnemu pojmowaniu równości między mężczyznami i kobietami, gdyż równość nie oznacza, że „jesteśmy takie same, jak mężczyźni”. Mówiąc o kobietach zauważyła: „Otrzymałyśmy ten dar, że życie rozwija się w naszych ciałach i jesteśmy naczyniem, które przynosi je na tę planetę. A zatem nie jesteśmy takie same, ale faktycznie mamy równe prawa”. Dodała, że przecież równość nie oznacza, że mężczyźni mają prawo do zabicia dziecka: „Czy mężczyzna ma prawo chodzić i zabić dziecko? Nie oni go nie mają”.

Aktorka stwierdziła także, że rzecznicy „prawa” do zabijania nienarodzonych oskarżają pro-liferów o brak współczucia dla kobiet w ciąży, które znalazły się w trudnej sytuacji. Zwolennicy „prawd do wyboru” wykorzystują również tzw. „rzadkie” okoliczności dla usprawiedliwienia aborcji. Tymczasem większość aborcji nie ma związku z ciążą z powodu gwałtu i nie da się ich uzasadnić tym, że przemawiają za nimi względy medyczne.