Przez lata niemieccy politycy z Angelą Merkel na czele przekonywali, że gazociągi Nord Stream 1 i Nord Stram 2 to projekty biznesowe, które nie mają nic wspólnego z polityką. Berlin lekceważył głosy tych, którzy ostrzegali, że dla Putina gaz jest narzędziem szantażu i całkowicie uzależnił się od rosyjskiego surowca licząc, że dzięki niemu zbuduje gospodarczą hegemonię. Dziś, kiedy Kreml wykorzystał to narzędzie, stojąc w obliczu kryzysu energetycznego, Niemcy liczą na europejską solidarność. „Der Spiegel” zastanawia się jednak, czy na tę solidarność zasługują.
- „Czy europejscy partnerzy pomogą Niemcom, które podczas kryzysu euro uważane były za niespecjalnie solidarne?”
- zastanawiają się niemieccy dziennikarze.
Dziennik przypomina, ze już pięć lat temu Komisja Europejska i Rada Europejska uchwaliły mechanizm solidarności w przypadku niedoborów surowców, ale jego funkcjonowanie zależy od umów bilateralnych. Do tej pory takie umowy podpisało zaledwie sześć państw. Czy kolejne państwa zdecydują się wyciągnąć pomocną dłoń do Berlina? „Der Spiegel” przypomina wypowiedź Joachima Brudzińskiego, w ocenie którego w „europejskiej solidarności” zawsze chodzi o interesy Niemiec lub Francji.
- „Gdzie była solidarność energetyczna i energetyczne bezpieczeństwo Europy, gdy Niemcy wbrew Polsce i wielu innym krajom budowali Nord Stream 1?”
- pytał europoseł Prawa i Sprawiedliwości.
W podobnym tonie wypowiada się również Portugalczyk Bruno Macaes, który jako sekretarz stanu prowadził negocjacje z niemieckim rządem w czasie kryzysu euro. Wówczas Niemcy były niechętne wobec zasady solidarności.
