Fronda.pl: Szef MSZ Radosław Sikorski powtórzył w czwartek to, co kilka dni wcześniej powiedział w Berlinie premier Donald Tusk. Obecny rząd stoi na stanowisku, wedle którego kwestia reparacji od Niemiec została ostatecznie zamknięta. Sikorski powołał się przy tym na notę wystosowaną przez rząd Mateusza Morawieckiego do rządu niemieckiego. Dlaczego wówczas nie zdecydowano się na użycie słowa „reparacje”, tylko pisano o „odszkodowaniach”?
Arkadiusz Mularczyk, poseł PiS: Kierowane wówczas przez prof. Zbigniewa Raua Ministerstwo Spraw Zagranicznych uznało, że pojęcie „odszkodowania” jest pojęciem szerszym od pojęcia „reparacje”, ponieważ obejmuje większy zakres różnego rodzaju roszczeń, jakie mamy wobec państwa niemieckiego. MSZ wydało wtedy komunikat, w którym wyjaśniono, dlaczego użyto takiego pojęcia. W tym komunikacie opisano dziewięć roszczeń, na które polskie państwo wskazało w nocie skierowanej do Niemiec. Pierwszym z nich jest żądanie wypłaty odszkodowania w kwocie 6 bilionów 220 mld 609 mln złotych. To oznacza, że MSZ oparło treść noty na raporcie o stratach wojennych, w którym tak oszacowano polskie straty. Nota zawierała też szereg innych roszczeń, takich jak na przykład zwrot zrabowanych przez Niemców dóbr kultury, dzieł sztuki, czy też zasobów bankowych, ale również rehabilitację zamordowanych na mocy doraźnych wyroków sądowych działaczy czy zwrot mienia zrabowanego Związkowi Polaków w Niemczech. Już wówczas toczyła się dyskusja, dlaczego w nocie nie użyto słowa „reparacje”, wobec czego wyjaśniono zastosowaną terminologię w tym komunikacie. On jest dostępny na stronach MSZ.
To natomiast absolutnie nie zmienia znaczenia tej noty. Ona była jasna. Chodzi o wyrównanie strat poniesionych w wyniku wojny przez Polskę w bardzo szerokim obszarze.
Premier Tusk i minister Sikorski zapewniają, że będą starać się uzyskać od Niemiec jakąś formę zadośćuczynienia, która pozwoli „przywrócić ład moralny”. Minister Sikorski wprost oświadczył na antenie TVP Info, że inicjatywę rząd postanowił oddać stronie niemieckiej. To danie Berlinowi szansy na wykonanie jakiegoś symbolicznego gestu, którym w przyszłości Niemcy będą mogli się zasłonić, jeśli temat odszkodowań będzie podnoszony?
Najgorszym, co można zrobić, jest pozwolenie sprawcy zbrodni, by to on zaproponował formę zadośćuczynienia. To obniżanie statusu naszego państwa i pokazywanie, że przyjmiemy wszystko, cokolwiek Niemcy zaproponują. Nie mieści się w głowie, że można w taki sposób prowadzić politykę zagraniczną. Sprawę, która dotyczy największej tragedii, jaka spotkała naród polski, w lekki sposób oddaje się stronie będącej spadkobiercą sprawców tych zbrodni.
Nasze roszczenia są bardzo dokładnie i rzetelnie wyliczone. Zaznaczam, że przyjęto kwotę w dolnych granicach. I w tym obszarze musimy się poruszać. To jest linia wyznaczająca potencjalne pola do rozmów, negocjacji i w przyszłości zawarcia umowy międzynarodowej kończącej kwestie związane z II wojną światową. Dzisiaj poszukiwanie - jak określił to minister Sikorski - „kreatywnych rozwiązań”, to tak naprawdę polityka białej flagi. To pokazanie, że Polska nie ma żadnych propozycji, żadnych skonkretyzowanych roszczeń i oczekuje jedynie jakiegoś gestu ze strony Niemiec. Można spodziewać się, że Niemcy chętnie z tego skorzystają. Mają świadomość, że ten rząd nie będzie trwał wiecznie, a sprawa dotyczy relacji bilateralnych, które będą trwały niezależnie od zmiany władzy w Polsce czy w Niemczech. Być może wykonają więc taki gest. Z tym wiąże się wiele niebezpieczeństw. Należy pamiętać, że kreowana przez Niemcy polityka międzynarodowa jest elementem ich soft power. Dla nich dyplomacja i wizerunek międzynarodowy są równie ważne co wizerunek silnej gospodarki. Jeżeli więc taki gest wykonają, będą chciały prezentować go jako gest przezwyciężania swojej historii i pojednania. W ten sposób za stosunkowo niewielkie pieniądze - na przykład na odbudowę Pałacu Saskiego, do którego przymocują później tabliczkę o niemieckiej inicjatywie, która tę odbudowę umożliwiła - osiągną zwycięstwo. Polska w tym scenariuszu zostanie potraktowana jak „ostatni frajer”, który potężne straty sprzeda za koraliki, niczym Indianie w XVII wieku.
To pokazuje albo kompletne niezrozumienie sytuacji, albo być może oddanie sprawy za jakieś ukryte interesy Tuska i Sikorskiego. Może chcą w ten sposób ugrać coś dla siebie i dla swojej formacji. Może chodzi o jakąś przyszłą karierę w Unii Europejskiej. Tego nie można wykluczyć. Ale to odbywa się kosztem polskiej racji stanu i polskiej historii. Musimy pamiętać, że dla poważnych krajów polityka historyczna jest równie ważna jak polityka gospodarcza czy militarna. Poważne, silne kraje używają historii jako elementu swojego soft power. Robią to Niemcy, robi to Rosja i robią to inne kraje. Niemcy robią to właśnie poprzez rozmywanie odpowiedzialności za II wojnę światową. Obecne działania Tuska i Sikorskiego niestety się w tę niemiecką narrację wpisują.
Stał Pan Minister na czele zespołu, który przygotował raport o stratach wyrządzonych Polsce przez Niemcy. Obecna debata na temat odszkodowań od Niemiec jest rezultatem wielu lat Pańskiej pracy. Ma Pan dziś wrażenie, że ktoś wrzuca tę pracę do niszczarki? To osłabianie polskiej pozycji może doprowadzić do sytuacji, w której rzeczywiście nie będzie już szans na jakąkolwiek debatę o odszkodowaniach?
Jest bardzo poważne niebezpieczeństwo, że wiele lat ciężkiej pracy historyków, autorów Raportu i następująca po nich międzynarodowa ofensywa polityczna zostaną zaprzepaszczone. Dewastuje się dziś setki podjętych w tym zakresie działań. Myślę jednak i mam taką nadzieję, że te nasze działania są wielkim dorobkiem politycznym i historycznym. Mimo wszystko ten dorobek nie ulegnie zatarciu. Raport został wydany, jest znany na świecie, gdzie był kolportowany w tysiącach egzemplarzy, w wielu językach. To dorobek polityczny i historyczny naszego rządu, którego nie da się już zatrzeć. Mimo, że obecnie władze próbują go zdezawuować, to on jest i pozostanie. Mam nadzieję i przekonanie, że obecna sytuacja polityczna w Polsce jest okresem przejściowym i prędzej czy później dojdzie do konkretnych rozmów. Żaden rząd nie jest wieczny. Ani rząd Donalda Tuska, ani rząd Olafa Scholza. Niebawem będą wybory do Parlamentu Europejskiego, za jakiś czas odbędą się wybory w Niemczech. Ta sprawa na pewno będzie na agendzie międzynarodowej. O tym się mówi, pisze, dyskutuje. Należne Polsce odszkodowania są przedmiotem zainteresowania różnych środowisk konserwatywnych w Europie i Stanach Zjednoczonych. Trzeba więc kontynuować ten dorobek. Nie można zrezygnować z ofensywy na polu politycznym i historycznym. Tego nie wolno zaniechać. Kwestia odszkodowań to jedna rzecz, ale równie ważna jest kwestia realizowania polskiej polityki historycznej. Nie można porzucić swojej narracji i zrezygnować z budowania świadomości Polaków i świata. Kraj, który przestaje opisywać swoją historię musi liczyć się z tym, że napiszą ją inni. Działo się tak przez dziesięciolecia, dlatego dziś jest to tak ważne wyzwanie dla świadomej klasy politycznej i świadomych Polaków.
Do tej pory podejmowano działania mające skłonić Niemcy do tego, by we własnym interesie i trosce o swój wizerunek rozliczyły się za zbrodnie z czasów II wojny światowej. Poza działaniami dyplomatycznymi, Polska ma wciąż narzędzia prawne, którymi mogłaby się posłużyć w sporze z Niemcami? Jeśli Zjednoczona Prawica powróci do władzy, możliwe jest na przykład skierowanie sprawy do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości?
Analizowaliśmy bardzo wiele różnego rodzaju działań prawnych i politycznych. Wszystkie z nich wymagają oczywiście czasu i pewnej konsekwencji w działaniu. Uznaliśmy, że po pierwsze bardzo ważne jest budowanie świadomości i pewnej presji międzynarodowej. Stąd też prowadziliśmy bardzo szeroką akcję informacyjną, przede wszystkim wśród elit światowych. Mam tu na myśli działania podejmowane w międzynarodowych mediach. Rozmowy z amerykańskimi kongresmanami i senatorami, parlamentarzystami niemieckimi czy posłami do Parlamentu Europejskiego. Podejmowaliśmy też działania w brytyjskiej Izbie Gmin, w Grecji, w Serbii, we Włoszech. Podjęliśmy szereg działań, których celem było budzenie świadomości i pokazywanie, że problem pozostaje niezałatwiony. W ten sposób wywieraliśmy presję na Niemcach.
Problem należnych Polsce odszkodowań został podjęty na forum ONZ, UNESCO i innych organizacji międzynarodowych. W mojej ocenie najwięcej udało się osiągnąć w Radzie Europy. Z naszej inicjatywy jest obecnie procedowany raport brytyjskiego parlamentarzysty lorda Keena. Dotyczy on stworzenia w Radzie Europy mechanizmu rozstrzygania sporów pomiędzy zrzeszonymi w niej państwami. Raport będzie głosowany na kwietniowej sesji i jeśli zostanie przyjęty w proponowanej formule, to będzie stanowił rekomendację dla Komitetu Ministrów Rady Europy do stworzenia obligatoryjnego mechanizmu dla krajów mających konflikty historyczne. To jeden z efektów naszej ofensywy.
Prowadziliśmy też szerokie działania w Kongresie Stanów Zjednoczonych. Odbyliśmy szereg spotkań z kongresmanami i senatorami, również tam zdobywając sojuszników, którzy gotowi byli podpisać się pod projektem rezolucji Kongresu w tym zakresie. Niestety, z uwagi na wybory, tej misji nie byliśmy w stanie dokończyć. Wiem jednak z różnych źródeł, że te działania wzbudziły wśród Niemców największy niepokój.
Mówiliśmy więc o roszczeniach wobec Niemiec w amerykańskim Kongresie, w Radzie Europy, w Parlamencie Europejskim i wielu innych gremiach. Poruszałem też ten problem w czasie posiedzenia Rady do Spraw Zagranicznych w Luksemburgu. Niemcy dostawali sygnał z każdej strony. Dyplomacja tak działa, że każdy dyplomata po jakimś spotkaniu wysyła claris do ministerstwa. W ten sposób Ministerstwo Spraw Zagranicznych Niemiec było bombardowane setkami informacji z całego świata o tym, że Polska aktywnie domaga się podjęcia rozmów i wykonuje różne działania w tym zakresie. Myślę, że to wywoływało dużą nerwowość u Niemców. Oni mają świadomość, że te roszczenia pozostają nierozstrzygnięte. Gdyby było inaczej, sami pokazaliby dokumenty, z których wywodzą swoje stanowisko. Skoro takich dokumentów nie pokazali, to znaczy, że ich nie ma.
Mimo przejścia do opozycji, Prawo i Sprawiedliwość nie zrezygnuje z tych działań?
One muszą być kontynuowane. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy mogli wywierać presję na Niemców w Parlamencie Europejskim. Trzeba cały czas podejmować działania informacyjne i edukacyjne na arenie międzynarodowej. Nie mając instrumentów rządowych jest to oczywiście trudniejsze, ale absolutnie jest to temat, który w różnych obszarach będzie kontynuowany przez najbliższe lata.
Stanowisko w sprawie reparacji jest częścią strategii budowania relacji z Niemcami, którą obrała koalicja Donalda Tuska. Na początku miesiąca Mateusz Morawiecki opublikował nagranie, w którym zwrócił uwagę na doniesienia, wedle których rząd może chcieć postawić na budowanie sojuszu z Niemcami i Francją kosztem sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Później pojawiły się głośne również za oceanem wpisy Donalda Tuska, który zaatakował Republikanów. Należy dziś rzeczywiście obawiać się o przyszłość polsko-amerykańskiego sojuszu?
Obawiam się, że to bardzo zły sygnał wysłany w ciągu pierwszych dwóch miesięcy funkcjonowania tego rządu do opinii publicznej. Po pierwsze rząd wywiesił białą flagę w relacjach z Niemcami. Rezygnujemy nie tylko ze strategicznych inwestycji – mówimy tu o CPK, atomie, trudnościach dla inwestycji Intela – ale również z polityki historycznej i reparacji. W relacjach z Niemcami widzimy absolutne podporządkowanie.
To wiąże się z wypychaniem wpływów amerykańskich. Donald Tusk niewątpliwie jest pomocnikiem Berlina w budowie scentralizowanej Unii Europejskiej. Być może dostanie za to jakąś nagrodę. Ma to może związek z jakimiś obietnicami złożonymi przez Berlin. Ale budowa federalnej Unii Europejskiej oznacza wypychanie wpływów Stanów Zjednoczonych. Niemcy właśnie to robią rękami Donalda Tuska. Proszę zwrócić uwagę, że żaden niemiecki polityk nie pozwoliłby sobie na atakowanie kongresmanów jakiejkolwiek partii. Niemcy mają wielkie interesy w Stanach Zjednoczonych, a skrajną głupotą jest atakowanie jakiejkolwiek frakcji parlamentarnej w USA. Donald Tusk zaatakował frakcję, która za chwilę może rządzić. Wiele stanów jest zresztą zarządzanych przez Republikanów. To Teksas, Floryda i inne stany, które mają PKB wielokrotnie większe niż Polska. Obrażanie tych ludzi jest po prostu skrajnie głupie i skrajnie nieodpowiedzialne. To pokazuje, że Tusk jest pomagierem Berlina i jego rękami Niemcy powoli chcą wypychać wpływy amerykańskie z Europy.
Jak odczytuje Pan gest Białego Domu, który postanowił zaprosić na wspólną wizytę prezydenta i premiera? To również jakiś sygnał związany z obecną sytuacją polityczną w Polsce?
Być może tak rzeczywiście jest. Biały Dom ma świadomość, że kompetencje prezydenta w Polsce są jednak ograniczone. Stąd pomysł przyjęcia prezydenta i premiera. Obawiam się, że mogą się niestety pojawić rozbieżne komunikaty. Co powie prezydent, to raczej wiemy. Jego polityka jest znana i przewidywalna. Trudno jednak przewidzieć, co powie premier. Donald Tusk prowadzi politykę uników, bardzo często nie mówi prawdy. Różnego rodzaju manipulacji dopuszczał się już wcześniej, choćby przy rezygnacji z budowy tarczy antyrakietowej. Po takie manipulacje może sięgać również obecnie. Może więc dobrze, że amerykańska administracja będzie miała okazję wysłuchać tego, co mówi prezydent oraz tego, co mówi premier i zweryfikować to w przyszłości.
