Fronda.pl: Pojawiły się opinie, że polskie władze zbyt długo zwlekały z podaniem informacji o wybuchu rakiety w Przewodowie i ostatecznie informacje te zostały podane szybciej przez stronę amerykańską.
Andrzej Talaga (ekspert Warsaw Interprise Institute, publicysta): Rzeczywiście, trudno zaprzeczyć, że to nie polskie władze, czy nawet polskie media, ale agencja amerykańska (AP) powołując się na wywiad USA opublikowała jako pierwsza informację na ten temat. Nie do końca ścisłą, ale jednak. Mówiono w tym komunikacie o dwóch rosyjskich rakietach, okazało się, że było trochę inaczej. Dzisiaj możemy wnioskować, że polskie władze wiedziały o wydarzeniu w Przewodowie niedługo po wybuchu. Lot tej rakiety był przecież monitorowany przez systemy radarowe powietrzne i prawdopodobnie również naziemne. Raport o niej niewątpliwie trafił do centrum operacyjnego sił zbrojnych, a następnie do rządu. Myślę, iż zwłoka w podaniu przez prezydenta RP Andrzeja Dudę czy premiera Mateusza Morawieckiego informacji nawet nie o stuprocentowych faktach, ale choćby najbardziej możliwym scenariuszu wydarzenia w Przewodowie wynikała właśnie z tego, że od razu było wiadomo, iż była to ukraińska rakieta przeciwlotnicza. W związku z tym trzeba było po wypracować zarówno stanowisko, jak i sposób informowania o tej tragedii. Sucha informacja mówiące po prostu, że ukraińska rakieta uderzyła w Polskę i zabiła dwie osoby mogłaby wywołać bardzo złe reakcje zarówno w społeczeństwie polskim, jak i u naszych sojuszników. Sytuacja wymagała stosownego czasu poświęconego na konsultacje i wypracowanie spójnego stanowisko.
Polska i USA ostatecznie mówią jednym głosem, że na Przewodów spadła rakieta ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Przeciwnego zdania są władze ukraińskie. Czy ten rozdźwięk może doprowadzić do jakichś poważniejszych konsekwencji natury dyplomatycznej?
Może, ale nie musi. Dlatego, że nikt nie oskarża Ukrainy. Nie czyni tego ani Polska, ani Stany Zjednoczone, ani NATO, ani inni, wszyscy mówią otwarcie, że mieliśmy tu do czynienia z ukraińską rakietą. Wszyscy zgodnie twierdzą, iż winna jest Rosja, ponieważ to ona atakowała Ukrainę, która się broniła, do czego ma święte prawo. Nie można mieć przecież pretensji do Ukrainy o to, że nie zadziałał system samozniszczenia rakiety. To była stara rakieta, pochodząca najprawdopodobniej z lat 70. Wynika to najzwyczajniej w świecie z faktu, że Ukraińcy po prostu nie mają zbyt wiele najnowszych systemów obrony przeciwrakietowej. Strzelają zatem do rosyjskich rakiet z czego mają i to z całkiem niezłym skutkiem. Podkreślmy więc jeszcze raz, że nikt tej sytuacji nie może być mowy o oskarżaniu Ukrainy, jej winie, odszkodowaniach, czy nawet przesłuchaniu tych, którzy wystrzelili rakietą.
Strona ukraińska zbyt pochopnie odrzuciła polską i natowską wersję wydarzeń upierając się, że to rakieta rosyjska uderzyła w Polskę. Może stać za tym następujące, nacechowane emocjonalnie, rozumowanie: my, Ukraina prowadzimy wojnę obronną, a wy mówicie, że wystrzeliliśmy w was rakietę, jak w ogóle można nas o to oskarżać? Zbadajmy wszystko przez dwa-trzy tygodnie i potem wspólnie ogłosimy, co naprawdę zaszło. Możliwy jest też inny tok rozumowania, znacznie bardziej pesymistyczny - obiektywnie Ukraina jest zainteresowana włączeniem się NATO do wojny, ponieważ dawałoby jej to przewagę. W związku z tym wszystko, co mogłoby nas - NATO, do tejże wojny wciągnąć jest dla Ukrainy korzystne.
Jeden z tych toków rozumowania stał niewątpliwie za oświadczeniem prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który nie czekając na wyniki badań, od razu ogłosił, że nie była to ukraińska rakieta i Ukraińcy mogą to udowodnić. No, chyba jednak nie mogą, nie kłamiąc przy tym.
Zahaczę od razu o ten drugi z przytoczonych przez pana scenariuszy. Nawet nie wiem do końca jak sformułować to pytanie, ale na ile oceniłby pan prawdopodobieństwo, że mogliśmy mieć tu jednak do czynienia z celową próbą włączenia Polski do konfliktu zbrojnego?
I pan, i ja, zachowujemy podczas naszej rozmowy dużą ostrożność w dobieraniu słów, ze znacznie większą ostrożnością musi też działać nasz rząd czy wojsko - bo sytuacja wokół uderzenia rakietowego w Polskę jest naprawdę bardzo trudna. A jednak to, co się stało, po prostu się stało i nie można już od tego uciec. Przecież dwie osoby zginęły. Zostały zabite przez ukraińską rakietę. Osobiście nie podejrzewam, by Ukraina mogła celowo wystrzelić wspomnianą rakietę tak, aby spadła na terytorium Polski, po to, by sprowokować włączenie nas i Sojuszu Północnoatlantyckiego do wojny. Mogę jedynie podejrzewać, iż już po tej tragedii strona ukraińska może po prostu wykorzystywać zaistniałą sytuację, by podgrzewać atmosferę wewnątrz NATO.
Czy deeskalacja to w tej sytuacji, na obecnym etapie najwłaściwsza ścieżka, jaką polskie władze powinny obrać w interesie naszego kraju?
Mamy do czynienia ze zgrzytem pomiędzy nami a Ukrainą, czy bardziej nawet pomiędzy NATO a Ukrainą. Pojawiają się już po zachodniej stronie głosy, że Kijów po prostu kłamie w tej sprawie. Pracujmy intensywnie nad tym, jak ten problem rozwiązać, a nie traćmy energii na zaprzeczanie oczywistym faktom. Chyba rzeczywiście prezydent Ukrainy przyjął w początkowo zła linię tak łatwo i całkowicie bezpodstawnie wszystkiemu zaprzeczając, zobaczymy, co będzie dalej. Polska zachowała się bardzo przytomnie zapraszając ekspertów z innych krajów, głównie amerykańskich, aby i oni ocenili fakty, które dotyczą przecież całego NATO, a nie tylko Polski. Zaprzeczanie więc wszystkiemu przez stronę ukraińską wygląda niestety bardzo źle. Dobrze by było, aby strona ukraińska, jak zapowiada, poprosiła o dopuszczenie do badania dowodów. Jeśli bowiem to rzeczywiście ich rakieta spadła na Polskę, mają prawo wglądu do tychże dowodów, do badań i szczątków, by zweryfikować, czy rakieta pochodziła z ich zasobów, a następnie do tego wszystkiego się ustosunkować. Jak już mówiliśmy wcześniej, nikt przecież od ukraińskich władz nie wymaga przeprosin, odszkodowań czy pokajania się.
Czy zasadne jest inwestowanie głównie w wojska lądowe? I czy jest potencjalnie możliwy morski atak na Polskę od północy?
Oczywiście, że jest możliwy. Atak morski to bardzo szerokie pojęcie. Obserwujemy choćby obecnie rosyjskie ataki morskie na Ukrainę przeprowadzane z Morza Kaspijskiego. Jest to sytuacja zupełnie inna niż ta, z którą mieliśmy do czynienia podczas pierwszej lub drugiej wojny światowej w trakcie ataków lub bitew morskich. Współczesne okręty są wyposażone w rakiety balistyczne lub manewrujące dalekiego zasięgu. W ten sposób można choćby z Morza Kaspijskiego z powodzeniem atakować Lwów. W podobny sposób teoretycznie można by zaatakować i Polskę.
Jeśli zaś chodzi o najbliższy nam Bałtyk - spójrzmy na mapę. W praktyce Rosja ma bardzo wąski dostęp do morza, jedynie w rejonie bazy znajdującej się w Kronsztadzie oraz z bazy w Bałtyjsku w obwodzie królewieckim. Jeśli Finlandia stanie się państwem członkowskim NATO, co najprawdopodobniej nastąpi w przyszłym roku, baza w Kronsztadzie zostanie zablokowana. Wystarczy bowiem ustawić jedną baterię rakiet anty-okrętowych w Estonii, drugą w Finlandii i nic z tej kronsztadzkiej bazy po prostu nie wypłynie. W podobnej sytuacji zresztą już znajduje się Bałtyjsk, ponieważ polskie dywizjony nadmorskie dysponują rakietami, które są w stanie zniszczyć rosyjskie okręty w momencie ich wypłynięcia w morze, a podobny system można przecież umieścić również na Litwie, wówczas baza zostanie także wzięta w dwa ognie. Oznacza to, że rosyjska flota praktycznie traci możliwość skutecznego operowania w akwenie Morza Bałtyckiego. Można więc postawić tezę, że zagrożenie morskie dla Polski ze strony Rosji będzie w bardzo znaczącym stopniu niwelowane. Natomiast zagrożenie lądowe jest niewątpliwie wciąż znaczne większe.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
