Fronda.pl: Rosyjska parada z okazji kapitulacji Niemiec w drugiej wojnie światowej wyglądała w tym roku wyjątkowo biednie. Sama atmosfera wokół parady i przemówień przypominała smutę. Dlaczego rosyjskie władze zrezygnowały ze zwyczajowych w tym dniu demonstracji siły i potęgi wojskowej?
Andrzej Talaga (ekspert Warsaw Enterprise Institute, publicysta): Od prezydentury Borysa Jelcyna parady odbywające się każdego roku 9 maja - nie organizowano ich w tym dniu w Związku Radzieckim - były częścią rosyjskiej ideologii państwowej. Kult wielkiego zwycięstwa nad faszyzmem pełni rolę elementu ideologicznego, łączącego Rosję z ZSRR. W czasie sprawowania władzy przez Władimira Putina oficjalna Rosja kompletnie nie zauważa faktu, że Związek Radziecki był przecież w czasie drugiej wojny światowej częścią większej koalicji. W państwowej mitologii rosyjskiej możemy się dowiedzieć, że ZSRR de facto wygrał batalię z faszyzmem samodzielnie, nie wspomagany przez nikogo innego.
Biorąc to wszystko pod uwagę tegoroczna parada 9 maja była bardzo skromna, delikatnie rzecz ujmując. Ta marność to niewątpliwie cios wymierzony w całą dotychczasową, narrację polityczna i historyczną putinowskiego reżimu. Zawsze do tej pory starano się na tych paradach pokazywać moc i potęgę militarną Rosji, prezentowano zaawansowany sprzęt, chwalono się choćby rakietami Iskander czy Kindżał, było też lotnictwo, w tym bombowce strategiczne. W tym roku z tego wszystkiego zrezygnowano. A to oznacza, że albo Rosja nie jest dziś organizacyjnie w stanie podołać organizacyjnie, bo nie ma na to zwyczajnie pieniędzy albo też po prostu nie ma czego pokazać, gdyż wszystko, czym dysponuje, zostało zaangażowane w działania na froncie ukraińskim. Jak się wydaje oba te czynniki odgrywały istotną rolę. Nie można było przetransportować setek jednostek sprzętu wojskowego do Moskwy w celu zaprezentowania podczas parady, bez znaczącego osłabienia sił na froncie.
Głównym tematem uroczystości 9 maja nie była w tym roku wyłącznie Wielka Wojna Ojczyźniana, ale Specjalna Operacja Wojskowa na Ukrainie. Dlaczego tak się stało?
Mamy do czynienia z wyraźnym dualizmem dotyczącym tego, w jaki sposób Rosja oficjalnie opowiada o wojnie na Ukrainie. Z jednej strony bowiem słyszymy o jakiejś operacji specjalnej jakichś sił porządkowych. Żadna wojna. Z drugiej mamy wątek kompletnie zaprzeczający poprzedniemu, co zresztą w propagandzie nie ma większego znaczenia - a mianowicie, że na Ukrainie trwa wojna Rosji z Zachodem. Nie z Ukrainą - bo przecież Rosja nie może przegrać z tak słabym przeciwnikiem - ale właśnie z Zachodem. Ale jest i trzecia narracja, która wkomponowuje się w to, co Pan powiedział w pytaniu, czyli że głównym wątkiem tegorocznej moskiewskiej parady była nie Wielka Wojna Ojczyźniana, ale wojna na Ukrainie. I w myśl tejże narracji obecnie trwający konflikt jest kontynuacją tamtego, toczonego z Niemcami. A więc dzisiejsza Rosja nie walczy z Ukraińcami, lecz z faszystami, ze złem, które na Ukrainie znalazło swój matecznik. Krótko mówiąc, prawnuki i wnuki bohaterów walczących niegdyś z niemieckimi faszystami kontynuują ich dzieło zmagając się z faszystami ukraińskimi, wspieranymi przez demoniczny Zachód.
Poprzez taką narracje Rosja niejako przygotowuje grunt przypuszczając, że być może przegra tę wojnę lub też nie wygra jej w sposób, w jaki planowała. Oto walczy nie z Ukrainą, ale z potężnym NATO i całym wielkim Zachodem. Do tego staje w obronie świata przed faszyzmem. Na Kremlu uznano, że nie ma sensu opowiadać o tamtej dawnej wojnie skoro obecnie na Ukrainie toczymy przecież taką samą wojnę z faszystowskim złem.
Po zestrzeleniu drona nad Kremlem pojawiły się teorie, że Putin wkrótce ogłosi kolejną mobilizację oraz nawiąże jakoś do tego wydarzenia w kontekście pokonania Niemiec hitlerowskich, które napadły na ZSRR. Czy takie wydarzenie jest Pana zdaniem w dalszym ciągu prawdopodobne? Czy dron nad Kremlem faktycznie mógł pochodzić z Ukrainy, czy też był nieudaną rosyjską prowokacją?
Słyszymy opinie, że Rosja zrobiła celowo prowokację, aby dać pretekst do mobilizacji i podjąć radykalne działania na Ukrainie. A przecież tak naprawdę nie wiemy, ani kto coś wystrzelił, ani w co uderzyło, ani też kto, co strącił. I zapewne jeszcze długo ta sprawa pozostanie niejasna. A może rzeczywiście to siły ukraińskie za tym stoją? Przecież już niejednokrotnie przeprowadzały głębokie uderzenia na terytorium Federacji Rosyjskiej. I nie robili tego żadni partyzanci tylko ukraiński wywiad wojskowy (HUR). Kto wie czy te drony nie zostały odpalone na przykład z jakiegoś lasku znajdującego się w odległości 20 km od Moskwy, a wszystko to miało wywołać efekt szoku u Rosjan. Zresztą zastanówmy się nad tym wszystkim przez chwilę. Czy Rosja naprawdę przeprowadzałaby tego rodzaju prowokację tylko po to, aby de facto kompletnie obnażyć bezsilność własnej obrony powietrznej nie potrafiącej ustrzec siedziby prezydenta? Nie sądzę, aby Rosjanie mieli atakować samych siebie tylko po to, by zyskać pretekst do mobilizacji. Byłoby to bowiem szokującym wręcz błędem propagandowym.
Jeśli zaś chodzi o samą mobilizację, to ona przecież trwa. Mobilizacja masowa, czyli jednorazowe powołanie pod broń na przykład dwóch milionów żołnierzy, teoretycznie jest dla Rosji wykonalna, bo posiada ona tego typu rezerwy. Z drugiej jednak strony ci nowi żołnierze potrzebują przecież dowódców, a kadry oficerskiej po rosyjskiej stronie ewidentnie brakuje. Oficerowie rosyjscy albo zginęli na froncie ukraińskim (odnotowujemy tam ponadprzeciętne straty wśród korpusu oficerskiego) albo są właśnie zaangażowani w działania zbrojne. W związku z tym nie ma kto szkolić tych żołnierzy. Po drugie, potrzebna byłby też infrastruktura, czyli poligony, budynki itd., których też nie ma w Rosji wystarczającej liczbie dla takiej masy wojska. Po trzecie wreszcie, rosyjscy żołnierze potrzebują sprzętu. Jest on wprawdzie produkowany, bo rosyjski przemysł wszedł w tryb wojenny; tylko, że ma on jednak ograniczone możliwości, brakuje fachowców, materiałów, obrabiarek itp. W związku z tym nie jest w stanie wytworzyć odpowiedniej ilości sprzętu dla tak licznej armii powołanej ad hoc.
Ogłaszanie tego rodzaju mobilizacji byłoby strzelaniem sobie w stopę. Nie sądzę, aby Putin popełniał tak wielki błąd i ogłaszał mobilizację, której nie jest w stanie przeprowadzić. Nie wydaje się też, aby miał to zrobić w najbliższym czasie, bo jaka byłaby lepsza propagandowo okazja na takie deklaracje, jeśli nie parada 9 maja? Nic takiego się nie stało.
Jakie są Pana przewidywania w sprawie ukraińskiej kontrofensywy? Oczekiwania są spore w związku m.in. z przesyłanym na Ukrainę zachodnim sprzętem oraz sukcesami ubiegłorocznego kontruderzenia. A jednak prezydent Czech Petr Pavel, będący jednocześnie generałem armii i szefem komitetu wojskowego NATO ostrzegł, że w każdym wypadku straty Ukrainy będą znaczne i należy liczyć się z innym rezultatem wojny niż pełne zwycięstwo ukraińskie. Czy jest to poważne ostrzeżenie?
Co rozsądniejsi obserwatorzy wojny od dawna ostrzegają, żeby nie robić sobie zbyt wielkich nadziei. Z tego, co wiadomo Ukraińcy szkolą obecnie kilkanaście brygad, co oznacza dopływ na front nowych 100-110 tysięcy ukraińskich żołnierzy wyposażonych po części w sprzęt zachodni.
… Czy mówimy tu o ludziach, którzy nie walczyli jeszcze na ukraińskim froncie?
Tak, o zupełnie nowych brygadach, choć oczywiście niektórzy żołnierze mogli już być na froncie. Właśnie te brygady miałyby być szpicą ukraińskiej kontrofensywy. I tutaj znów jest wiele wariantów, o których słychać. Po pierwsze mogą zostać rozrzucone po całym froncie i całościowo wzmocnić siły ukraińskie wnosząc nową jakość do boju i stopniowo przesuwać linię frontu ku właściwym granicom Rosji. Drugi koncept polega na tym, że cała ta stutysięczna armia z nowego zaciągu uderzy w jednym punkcie. Choćby na Mariupol czy Melitopol, próbując odciąć Krym. Albo też będzie kilka ofensyw w różnych punktach, ale tylko jedna z nich będzie tą właściwą, a pozostałe będą tylko ściągały na siebie siły rosyjskie, aby odciążyć właściwy kierunek ukraińskiego uderzenia.
Każdy z tych wariantów jest możliwy. I każdy z nich może oznaczać… porażkę Ukrainy, choć wydaje się, że w najmniejszym stopniu ten pierwszy. Jeśli bowiem będziemy mieli do czynienia z kontrofensywą na kilkunastu kierunkach, niepowodzenie na którymś z nich będzie można zrekompensować sukcesami na innym. A i propagandowo cała rzecz byłaby do wygrania. Gdyby natomiast zdecydowano się na jedną wielką ofensywę, np. uderzenie na Mariupol, mogłoby się skończyć poważną klęską militarną Ukrainy, wskutek której wykrwawiłaby ona swój najnowszy zaciąg niezużytych wcześniej w boju oddziałów.
Darczyńcy Ukrainy oczekują, aby wojna rozstrzygnęła się już teraz. A więc Kijów ma jeszcze jakieś cztery miesiące do jesiennych deszczów, aby osiągnąć maksimum tego, co jest możliwe do osiągnięcia. Potem zachodnia pomoc militarna dla Ukrainy zacznie słabnąć.
Zachód w istotnym stopniu zużył już swoje rezerwy, jeśli chodzi o amunicję czy sprzęt wojskowy, przekazując je Ukrainie. Teraz musi po prostu wyprodukować uzbrojenie, aby uzupełnić własne zapasy oraz móc je nadal przekazywać Ukrainie. Taka produkcja nie przebiega w cyklu miesięcznym, lecz zajmuje często kilka lat. Pamiętajmy, że Zachód w przeciwieństwie do Rosji nie przestawił przemysłu obronnego na tryb wojenny, więc nie będzie już miał w przyszłym roku czego przysłać Ukrainie. Chcąc czy nie darczyńcy dają Ukraińcom wybór: albo wygracie wojnę teraz albo będziecie musieli rozmawiać na warunkach de facto rosyjskich. Wydaje się, że tak po prostu będzie, Ukraina nie osiągnie swych maksymalistycznych założeń, czyli odbicia wszystkich ziem zagrabionych przez Rosję. Będzie musiała zasiąść do rozmów z Rosją lub obie strony zawieszą wojnę bez pokoju, a nawet rozejmu. Jest też trzecia możliwość, kto wie, czy nie najgorsza: wojna będzie trwała nadal na dłuższej czy krótszej linii styczności, mniej intensywna, bez wielkich zwycięstw i wielkich klęsk. Nudna, wyczerpująca, coraz bardziej beznadziejna.
Warto podkreślić, że jedyną znaną skuteczną ukraińską ofensywą była ta pod Charkowem, z Chersonia Rosjanie sami się wycofali. W tamtej ofensywie Ukraińcy operowali na poziomie batalionów nie potrafili walczyć brygadami. Obecnie te siły, które znajdują się z tyłu frontu, są szkolone do prowadzenia operacji w ramach brygad. Chodzi o skoordynowane działanie różnych rodzajów broni na poziomie brygady.
Ukraińcy mają jednak ciągle duży problem z koordynacją uderzeń artyleryjskich i piechoty. Walczą trochę tak, jak w XIX wieku. Najpierw ostrzał artyleryjski, a dopiero potem wchodzi piechota. Zachód walczy w inny sposób, piechota idzie równocześnie z ogniem artylerii w pełnej koordynacji działań. Ogień artyleryjski uderza dokładnie tam i dokładnie wtedy, gdzie piechota tego potrzebuje. Tego Ukraińcy jeszcze nie potrafią. Ponadto, z tego co słychać w otwartych źródłach tylko dziewięć na kilkanaście nowych ukraińskich brygad jest wyposażonych w sprzęt zachodni. Niektóre z tych nowych brygad dysponują za małymi siłami artyleryjskimi, aby poważnie myśleć o przełamaniu linii rosyjskich. W najgorszym wypadku ofensywa takimi siłami może doprowadzić do ich zmasakrowania.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
