Lato 1950 r. Dla Franciszka S. to były trzy najgorsze miesiące w całym jego życiu. Wojnę udało mu się jakoś przetrwać, mimo że aktywnie działał i narażał życie jako jeden z łączników Armii Krajowej. Najgorsze przyszło dopiero pięć lat po jej zakończeniu - w "wolnej" Polsce. Przesłuchania w areszcie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Brzesku prowadził Zdzisław Sz., wtedy zaledwie 21-letni mężczyzna.Młody, postawny i silny. Gdy okazało się, że Franciszek S. nie jest skory do mówienia, Sz. stał się bardzo agresywny.



Repertuar tortur, jakie na Franciszku stosował młody funkcjonariusz UB, był bardzo szeroki. Bił przesłuchiwanego po twarzy pięściami, a gdy to nie pomagało - sięgnął po pistolet. Wymachując nim przed twarzą ofiary zastraszał go, a na koniec okładał boleśnie lufą broni.  Agresja i krzyk nie pomogły - Franciszek S. nie dał się złamać. Zaciskał wargi i milczał jak grób. Wtedy Zdzisław Sz. postanowił zmienić taktykę. Zaczyna głodzić Franciszka S., drastycznie ogranicza też dostęp do wody. Na koniec przetrzymuje go w specjalnie wychłodzonej celi, nie pozwala mu nawet zasnąć.



- Zdzisław Sz. nie przyznał się do popełnienia zarzuconego mu czynu. Złożył wyjaśnienia, w których potwierdził tylko, że we wspomnianym okresie pracował w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Brzesku - informuje prokurator Bogdan Łabuzek z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Krakowie.



Zdzisławowi Sz. postawiono zarzut popełnienia zbrodni komunistycznej, stanowiącej zbrodnie przezciwko ludzkości. Akta sprawy trafiły właśnie do brzeskiego sądu. Niedługo powinna być znana data pierwszej rozprawy. Zdzisław Sz. ma obecnie 83 lata, mieszka poza Brzeskiem. Franciszek S. już nie żyje - nie doczeka więc sprawiedliwego osądu nad swoim oprawcą.  Wiadomo, że przypadek Zdzisława Sz. jest tylko częścią wielowątkowej sprawy, w którą zamieszani są także inni funkcjonariusze UB z Brzeska. Ubeków, którzy przekroczyli swoje uprawnienia w czasie przesłuchiwań działaczy AK, było w tej placówce dużo więcej - pisze Paulina Korbur.

 

JW/Gazeta Krakowska