28-letni Robert Park miał nadzieję, że uda mu się porozmawiać z tyranem oraz przekonać go do wypuszczenia więźniów politycznych i religijnych, a może nawet do zamknięcia obozów pracy. Niestety, od został w Północnej Korei zatrzymany i od razu trafił do aresztu. Spędził tam w sumie 43 dni.

Po powrocie do USA młody aktywista jeszcze w domu miał ataki paniki i kłopoty z oddychaniem. Były one tak wielkie, że utrudniały normalne funkcjonowanie. Pod koniec lutego trafił do kalifornijskiego szpitala psychiatrycznego. Mówił, że metody północnokoreańskiej bezpieki są gorsze, niż metody nazistów.

- Po tym jak został zabrany do Phenianu, Robert przeszedł przez niewypowiedziane, straszne napastowanie seksualne – mówi Jo Sung-rae, prezes organizacji na rzecz praw człowieka, z którą współpracował Park. Wcześniej wiadomo było, że przed zwolnieniem z aresztu strażnicy okrutnie pobili mężczyznę.

Młody ewangelicki misjonarz zdołał przejść po zamarzniętej rzece do Korei Północnej w Boże Narodzenie. Jeszcze tego samego dnia został aresztowany. Do 6 lutego właściwie nie było wiadomo, co się z nim dzieje.

Według szacunków Phenian przetrzymuje 154 tysiące osób w sześciu obozach w nieludzkich warunkach. Komunistyczne władze oczywiście się do tego nie przyznają.

AJ/Wprost.pl

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »