4 czerwca i 25 rocznica częściowo wolnych wyborów skłania do stawiania pytań o to, w jakim miejscu jesteśmy, co się udało, a co nie. I niestety ja nie jestem takim optymistą, jak niemała część mainstreamowych komentatorów. Dostrzegając bowiem sukces nie mogę opędzić się od wrażenia, że w istocie III RP jest wielkim odstępstwem od marzenia, planu jaki dla Polski miał św. Jan Paweł II (przypomnijmy to on, a nie Wojciech Jaruzelski, był głównym architektem naszej wolności) czy jaki niosła na sztandarach Solidarność. Apostazja ta jest zaś tak mocna, że powoli przestaliśmy to już nawet dostrzegać.
I widać to niemal na każdym kroku. Solidarność w wymiarze społecznym nie istnieje. W skrajnym ubóstwie – a informuje o tym dzisiejszy „Nasz Dziennik” - żyje prawie 10 procent Polaków, i prawie jedna czwarta rodzin wielodzietnych, a liberalni Polacy przekonują, że skoro ktoś jest dzieciorobem to sam jest sobie winien. Młodzi nie mają pracy uciekają z Polski (co oznacza dla Niej demograficzną, wcale nie tak powolną, śmierć), co oznacza, że ich dzieci (nawet jeśli będą wyjątki to tak statystycznie się stanie) przestaną być Polakami a staną się Brytyjczykami, Irlandczykami, Niemcami czy Norwegami. Ci, którzy zostają – a wystarczy porozmawiać ze studentami, żeby mieć tego świadomość – czują się wykluczeni z możliwości zrobienia kariery i skazani na pracę często poniżej swoich możliwości. Przedsiębiorcy, ci którzy nie są w układzie z władzą albo nie przyjechali z zagranicy, też są wciąż dyskryminowani, okładani domiarami i nie czują się ani docenieni ani wspierani przez państwo. To ostatnie traktuje ich raczej jako przeciwników, niż twórców sukcesu gospodarczego.
Wciąż nie jesteśmy solidarni także z niepełnosprawnymi. Ich, choć jest to całkowicie sprzeczne z duchem Solidarności, wciąż można w Polsce zabijać. A jeśli ktoś przypomina, że z faktu niepełnosprawności czy nieodpowiedniego pochodzenia nie wynika, że można go zabić, słyszy, że jest fundamentalistą, i że nie rozumie demokracji. Jeśli zaś, nie daj Boże, ktoś jawnie oznajmi, że nie będzie zabijać, wówczas zaczyna się na niego nagonka pod hasłem, że w ten sposób narzuca on swoje normy moralne innym.
Gdzieś po drodze zniknęło także chrześcijańskie zakorzenienie Solidarności i wolności. Św. Jan Paweł II wyparował z debaty publicznej, nie ma akademickich ośrodków badań nad jego spuścizną, nie ma polityków, którzy chcieliby wprost nawiązywać do projektu chrześcijańskiego republikanizmu, który on nam pozostawił, nie ma chętnych do podjęcia wizji chrześcijańskiej Rzeczypospolitej. Każdy, kto podjąłby taki projekt zostałby okrzyknięty zwolennikiem zacofania i ciemnoty. Brak też – i to już wina nas wierzących – pamięci o tym, że to ludowo-narodowy katolicyzm Prymasa Tysiąclecia sługi Bożego Stefana Kard. Wyszyńskiego ukształtował przestrzeń społeczną i duchową konieczną do powstania ruchu Solidarności. Tamta religijność jest zapominana, pomijana, dyskryminowana, nie przestawia się jej klerykom i młodym księżom, choć wierni tej religijności są nadal zwyczajni Polacy. W mediach zaś religijność zwyczajnych ludzi Solidarności jest przedstawiana jako zacofanie, zabobon, zagrożenie dla Polski, choć to ona właśnie podtrzymała polskość w trudnych latach komunizmu.
Zapomnieliśmy też – i piszę to całkowicie świadomie – o bohaterstwie i świętości bł. Jerzego Popiełuszki, nie stawiamy go już za wzór młodym katolikom, nie wspominając już o młodych kapłanach. To on powinien być wzorem dla kapłanem, na jego przykładzie powinno się formować kleryków. Ale tak nie jest. Radykalizm chrześcijański przestał być w cenie, a my polscy katolicy, nie mówiąc już o polskich biskupów, staliśmy się raczej strażnikami państwa, obrońcami status quo, a nie świadkami Prawdy, także tej niewygodnej dla rządzących czy mainstreamowych mediów. Ludzie, którzy o nią walczą są coraz częściej osamotnieni, bo brak jasnego sygnału od Kościoła hierarchicznego, że jest on z nimi.
Moralność publiczna została także zamordowana przez rozmywaczy prawdy, którzy budują wizję świata, w której Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak czy ubecy walczyli o wolność Polski, tak jak ich ofiary, by wymienić tylko bł. Jerzego Popiełuszkę czy Grzegorza Przemyka. Symbolicznym potwierdzeniem tego moralnego bagna III RP był państwowy pogrzeb Wojciecha Jaruzelskiego, który w pewnym sensie wprowadził go do panteonu bohaterów III RP. Problem polega na tym, ze jeśli jego uznać za patriotę i bohatera to ks. Jerzy Popiełuszko będzie w istocie zdrajcą. A ujmując rzecz łagodniej jeśli Jaruzelski jest zasłużony dla Polski, to oznacza to, że nikt nie ma żadnych obowiązków wobec swojego kraju. Inna sprawa, że dokładnie o tym samym przekonuje nas brak sensownej i całościowej lustracji i dekomunizacji w Polsce, a nawet to, że Goebbels PRL nadal jest goszczony na salonach jako ekspert od przemian.
Listę tych zaniedbań, zniszczeń jakich dokonała w naszych sumieniach i umysłach III RP można mnożyć. A ja nie przypominam ich po to, by powiedzieć, że III RP jest beznadziejna, a po to, by pokazać, że trzeba ją budować na zupełnie innych fundamentach. Bez powrotu do chrześcijaństwa, do myśli św. Jana Pawła II, do świadectwa bł. Jerzego Popiełuszki i sługi Bożego Stefana Wyszyńskiego nie będzie prawdziwie wolnej Rzeczypospolitej, nie będzie Rzeczypospolitej Solidarnej!
Tomasz P. Terlikowski
