- Podpisy zbieracie do końca czerwca, ile ich już macie?



- Mamy już 166 tys., a jeszcze nie byliśmy dzisiaj na poczcie.



- Wasza akcja się rozkręca. Nazywana jest przez media buntem rodziców. To jest bunt?



- Tak i jest coraz większy. Rodzice nie chcą tej reformy. Ale to nie jest protest dla protestu. W obecnych warunkach po prostu nie da się tej reformy wprowadzić. Rodzice są realistami, widzą co się dzieje w szkołach.



- Chce jej ministerstwo, ale czy szkoły są na nią przygotowane?



- Chyba, żeby zaczęły rosnąć im piętra. Jeśli reforma wejdzie w życie, to dzieci urodzone w 2006 r. będą szły w skumulowanym roczniku z dziećmi o rok starszymi. A tymczasem coraz więcej szkół jest likwidowanych. Dziś mieliśmy kolejny sygnał z Gdańska. Co będzie z tymi dziećmi? Powstaną 40 osobowe klasy? Lekcje do godz. 20.00? Świetlice w namiotach? Gdzie jest granica absurdu, którą musimy osiągnąć by nasze władze oświatowe obudziły się z PR-owego letargu?



- MEN jednak prze do przodu...



- A tymczasem gorący orędownik reformy, czyli rzecznik praw dziecka sam alarmuje, że mamy w Polsce ponad 50 nieskanalizowanych szkół.



- Projekt ustawy zostanie złożony przez was 4 lipca marszałkowi sejmu Grzegorzowi Schetynie. Czy wasza akcja przyniesie zamierzony skutek? Politycy ją poprą, uszanują zdanie rodziców czy wybiorą polityczne kalkulacje.

 

- Polityczna kalkulacja, to słuchanie wyborców. Ignorowanie tak masowego sprzeciwu na chwilę przed wyborami byłoby po prostu głupie.

 

- Co będziecie robić by przekonać polityków do poparcia projektu?


- Rodzice sami z siebie już zaczęli pisać do posłów. Zamieściliśmy na stronie list który przysłała nam jedna z matek, jako wzór dla innych. Będziemy starali się dotrzeć do polityków na wszystkie możliwe sposoby. Ale póki co zbieramy podpisy, mam wrażenie że akcja się dopiero rozkręca...


 

Rozmawiał Jarosław Wróblewski