Problem nie zaczyna się od samej idei harmonizacji, tylko od jej skali i metody. Jeżeli „porządkowanie” ma oznaczać nawet kilkanaście frakcji, kilkanaście kolorów i cały zestaw nowych symboli, to zamiast prostego komunikatu dostajemy instrukcję obsługi, której nie da się wdrożyć bez tarć. Człowiek nie segreguje lepiej dlatego, że ma więcej opcji – segreguje lepiej, gdy reguła jest intuicyjna i powtarzalna. Im więcej pojemników i wyjątków, tym więcej pomyłek, a potem… więcej odpadów „problemowych”, które i tak lądują w strumieniu zmieszanym albo trafiają do sortowni jako zanieczyszczenie.
Drugi kłopot jest bardzo przyziemny: infrastruktura. W wielu miastach altany śmietnikowe już dziś są na styk, a część zabudowy w ogóle nie ma miejsca na rozbudowę. „Dołóżmy kolejne pojemniki” brzmi jak plan z prezentacji, nie z osiedla z lat 70. albo z ciasnej starówki. Nawet jeśli część frakcji miałaby być zbierana „okazjonalnie”, to i tak pojawia się pytanie: gdzie, kto, jak często i za jakie pieniądze? Tę fakturę dostają zwykle samorządy i mieszkańcy.
Trzecia rzecz to koszt przejścia. Wymiana lub przemalowanie pojemników, nowe naklejki, nowe tablice, aktualizacja regulaminów, przetargi, kampanie informacyjne, szkolenia, korekty umów z operatorami, zmiany w sortowniach. To są realne wydatki oraz ryzyko, że w okresie przejściowym system „siądzie” – bo zanim ludzie się nauczą, zanim firmy się dostosują, zanim dojadą nowe pojemniki, spada jakość selektywnej zbiórki. I to w momencie, gdy gminy i tak walczą o stabilne stawki i moce przerobowe.
Jest też argument, o którym biurokracja lubi zapominać: różnorodność lokalna nie zawsze jest „chaosem”, czasem jest odpowiedzią na realne warunki. Inaczej wygląda zbiór w gminie wiejskiej, inaczej w metropolii, inaczej tam, gdzie działa sprawny system kaucyjny, a inaczej tam, gdzie dopiero raczkuje. Ujednolicenie „na sztywno” potrafi rozjechać rozwiązania, które lokalnie działają – bo były dopasowane do logistyki, zabudowy i nawyków. Centralny projekt ma tę wadę, że nie płaci ceny za błędy wdrożeniowe; płacą ją mieszkańcy w opłatach i w bałaganie wokół wiat.
Kolejny problem to komunikacja i dostępność. Kolory w całej UE? Brzmi prosto, dopóki nie przypomnimy sobie o osobach z zaburzeniami rozróżniania barw, seniorach, użytkownikach różnych języków, turystach, dzieciach. Tu akurat unijne analizy idą w stronę piktogramów i dopasowanych oznaczeń na opakowaniach oraz pojemnikach, bo sam kolor bywa niewystarczający i nie rozwiązuje problemu, „co gdzie wrzucić”. Jeśli więc z przekazu medialnego wynika „kolorologia totalna”, to warto trzymać się zasady: mniej bodźców, więcej jednoznacznych znaków – i to takich, które działają w praktyce, a nie tylko w folderze.
Wreszcie: ryzyko przerzucenia odpowiedzialności na obywatela. Im bardziej skomplikowany system, tym łatwiej powiedzieć: „to ludzie źle segregują”, zamiast zapytać o jakość opakowań, projektowanie produktów pod recykling, sensowność frakcji i realne możliwości przerobu. Unia chce podnieść poziom recyklingu – słusznie. Ale recyklingu nie robi się samą instrukcją przy śmietniku. Robi się go także regulacjami, które zmuszają producentów do prostszych materiałów i mniej problematycznych mieszanek oraz do ponoszenia kosztów, gdy wprowadzają na rynek opakowania nieprzetwarzalne.
Co istotne: sam kierunek harmonizacji etykiet i oznaczeń jest wpisany w unijne prawo dotyczące opakowań i odpadów opakowaniowych (PPWR), a szczegóły mają być doprecyzowywane w aktach wykonawczych. To oznacza, że spór nie dotyczy tego, czy Unia „coś zrobi”, tylko jak to zrobi: czy pójdzie w stronę prostego, kompatybilnego systemu znaków, czy w stronę rozbudowanej „mapy frakcji”, którą ciężko utrzymać w realnym życiu osiedli i gmin.
Jeżeli celem ma być mniej odpadów i więcej realnego recyklingu, to rozsądna droga wygląda inaczej: czytelne piktogramy + minimum frakcji podstawowych + mocna presja na producentów + inwestycje w moce przerobowe i systemy zwrotu. „11 pojemników” może brzmieć jak ambitna reforma. Ale równie dobrze może być instrukcją, jak wyprodukować więcej błędów, więcej kosztów i więcej frustracji – czyli dokładnie to, co dziś nazywa się „chaosem”.
Zenon Witkowski
