To, co było widać na ulicach Warszawy, ale także cały ciąg wcześniejszych wydarzeń, jednoznacznie pokazują, że rządząca Platforma Obywatelska i prezydent-elekt dążyli do zwarcia, awantury, starcia o krzyż. I świadomie podsycali emocje, mając nadzieję, że uda się je wykorzystać do bieżącej walki politycznej. Determinacja ludzi, którzy zebrali się przed Pałacem Prezydenckim, a także poziom emocji sprawiły, że planu tego nie udało się doprowadzić do końca.
Dlaczego zdecydowano się na taki scenariusz? Odpowiedzi mogą być tylko dwie. Albo z głupoty (czy może łagodniej - całkowitej nieznajomości społeczeństwa), co oznacza całkowity brak umiejętności koniecznych do rządzenia, albo celowo, by doprowadzić do rozbujania emocji. I obawiam się, że prawdziwa jest ta druga odpowiedź. Władzom zależało na tym, żeby coś się pod Pałacem wydarzyło, żeby komuś puściły nerwy, i by zachował się niegodnie. Dzięki temu przez kolejne miesiące będzie można - we wszystkich możliwych stacjach telewizyjnych i większości gazet – dowodzić, że jakiekolwiek reformy są niemożliwe, że rząd Tuska może tylko podnosić podatki, a główną jego zasługą ma być to, że nie jest on rządem Kaczyńskiego.
Usłużni intelektualiści będą przekonywać, dlaczego trzeba tolerować liberałów, którzy podnoszą podatki i w imię "odchudzania" państwa zatrudniają czterdzieści tysięcy nowych urzędników, dlaczego musimy zaakceptować, że polski rząd nie chce wyjaśnienia nie tylko tragedii w Smoleńsku, ale nawet afery hazardowej. Uzasadnienie będzie zaś niebywale proste. A służyć za nie będzie strach przed powrotem PiS do władzy. PiS, któremu dorobi się oblicze ludzi, których pokazywały media (każdy, kto był przed Pałacem wie, że to, co widać było w mediach, nie do końca oddawało rzeczywistość).
Słowem, pojawi się nowy powód (po świętej pamięci Lechu Kaczyńskim), dla którego nie da się reformować państwa. I będzie można kolejne lata spędzić na grze w piłkę, uprawianiu PR-u i przekonywaniu (swoją drogą nowa akcja reklamująca wykorzystanie środków unijnych, która przekonuje mnie, że jeżdżę nowoczesnymi autostradami, szybką koleją itd. to już zupełny obciach), że jest świetnie, gdy wcale tak nie jest.
Dla osiągnięcia tego celu wcale nie trzeba było usunąć krzyża. A może nawet lepiej, by pozostał on na swoim miejscu. Dzięki temu bowiem będzie można wciąż na nowo opowiadać o konieczności obrony państwa przed ekstremistami, a Kościoła przed profanatorami krzyża (copyright by Szymon Hołownia). I wskazywać na jedynych wybawicieli, czyli premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Teraz nikt już nie będzie wymagał od nich reform, bo komentatorzy skupią się na obronie przed „krzyżakami”. I będą nas epatować obrazkami.
Ale to nie wszystko. PO osiągnęła także sukces krótkoterminowy, jakim jest przykrycie (dzięki, nie ma co ukrywać, pomocy mediów) posiedzenia rządu, na którym zajmowano się podniesieniem podatków (i to podatków kluczowych z punktu widzenia najuboższych czy rodzin wielodzietnych) i dyskutowano (w prawdziwie liberalnym duchu), jak wyciągnąć jeszcze więcej pieniędzy z kieszeni podatników, oferując im w zamian wyłącznie Tuska jako premiera.
Tyle o wygranych. Ale są też przegrani, którzy dali się wciągnąć w zaplanowaną przez PO bitwę. Pierwszym z nich jest Kościół, który zupełnie niepotrzebnie dał się wmanewrować w rzekome (bo jeśli uważnie wczytać się w oświadczenia kurii czy jej przedstawicieli, to się tego w nich nie znajdzie) wspieranie „przeniesienia krzyża”. Jeśli prezydentowi-elektowi i jego partii rzeczywiście przeszkadzał krzyż, to powinni go oni przenieść sami, na własną odpowiedzialność, a nie wciągać w to kurię, wystawiając na szwank nie tylko jej autorytet, ale i narażając na zniewagi osoby duchowne.
Przegrał to starcie także PiS, który ustawił się dokładnie w tej roli, w jakiej chciały go widzieć media. I nie ma w tym momencie znaczenia, czy w tej konkretnej sprawie miał on, czy nie miał racji. Liczy się to, że dorobiono mu gębę (a żeby uczciwie powiedzieć, to trochę i sam sobie ją dorobił) zainteresowanego wyłącznie sprawami symbolicznymi, a lekceważącego realne problemy ludzkie. A do tego trzeba mieć świadomość, że ponownie udało się ustawić PiS w roli zagrożenia dla ładu konstytucyjnego (takie wypowiedzi już się pojawiły, by wspomnieć tylko sugestie prof. Radosława Markowskiego w TVP Info). I wszystko wróci w stare koleiny.
A krzyż... Wiem, że to pesymizm, ale wszystko na to wskazuje – choć chciałbym się mylić - i tak w końcu zostanie przeniesiony. W jego miejscu zaś nie pojawi się ani tablica, ani pomnik. Ale jednego, i to jest źródło nadziei, politycy i marketingowcy PO zmienić nie mogą. Otóż krzyż tam wróci. A wraz z nim ludzie, którzy po 10 kwietnia doświadczyli czegoś ważnego, i teraz chcą bronić własnej pamięci o tych wydarzeniach. Ludzie, którym jeszcze chce się chcieć.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »
