„Nie musisz latać (na akcje bombardowania), jeśli jesteś szalony, ale nie chcąc latać dowodzisz, że nie jesteś szalony, bo tylko wariat może chcieć brać udział w niebezpiecznych akcjach”. Ta krótka wykładnia słynnego paragrafu 22 z powieści Josepha Hellera jak ulał pasowała do rzeczywistości w PRL. Kiedy ktoś próbował się w tej rzeczywistości zachować racjonalnie, wkraczała tajna broń - właśnie w postaci paragrafu 22, w którym rządziła żelazna antylogia: kiedy niemal wszystkie zachowania są patologiczne, kluczem do zrozumienia rzeczywistości jest absurd. Tylko w kontekście logiki z paragrafu 22 można zrozumieć to, co wydarzyło się 1 sierpnia wieczorem przy wejściu na Cmentarz Powązkowski w Warszawie. Ci, którzy o tej porze znaleźli się przy bramie wejściowej do miejsca pochówku tysięcy Powstańców, mogli obejrzeć następującą scenę: na cmentarz ciągnie nieprzerwany pochód ludzi. Idą grupami i pojedynczo, nie brakuje rodzin z dziećmi, księży, Powstańców z wnukami, idą z biało czerwonymi małymi chorągiewkami, kwiatami, zniczami.
Naraz cały ten tłum zostaje zatrzymany przez zamykaną przez strażników właśnie w tym momencie bramę. Początkowa konsternacja przeradza się w oszołomienie, oszołomienie w rozpacz, a następnie gniew. Atmosfera staje się coraz bardziej napięta. Z jednej strony szaniec nieprzejednania zbudowany przez anonimowego inicjatora zamknięcia bramy i powtarzane tego wieczora po wielokroć argumenty strażników – a są to argumenty nie byle jakie: jest polecenie, w dni powszednie zamykamy o dwudziestej, dziś nie jest dzień świąteczny. Z drugiej strony determinacja narastającego tłumu, który pragnie oddać hołd Bohaterom. Kilkuminutową przepychankę przerywa przybycie policjantów.
W obliczu gęstniejącego tłumu, w tym momencie już bardzo zdenerwowanych ludzi, policjanci proszą o otworzenie bramy. Jeszcze kilka minut, telefoniczna konsultacja z kimś, kto jest w tej sprawie decydentem i strażnicy zgadzają się wpuścić oczekujących. Pozostają pytania: kto i dlaczego podjął decyzję, by 1 sierpnia, jak nie zdarzyło się to nigdy wcześniej - a tego dnia, o tej porze jestem w tym miejscu od 40 lat – zamknąć Cmentarz Powązkowski już o godzinie dwudziestej? Jak to możliwe, że w miejscu tak szczególnym doszło do formalnej próby uniemożliwienia oddania hołdu przez tysiące ludzi Bohaterom Powstania Warszawskiego - rzecz bez precedensu, która nie miała miejsca nawet w PRL? Na to pytanie: jak to możliwe? – odpowiedzi nie ma, bo poproszeni o nią strażnicy odmawiają wyjaśnienia. Mówią jedynie, że nie wpadli na ten pomysł sami. Jeżeli zatem nie oni – to kto? Czy zabiorą w tej sprawie głos tak zwane „czynniki oficjalne”?

