„Tak jak wielu wierzy w to, że Trójca Święta naprawdę istnieje, tak nie widzę powodów, by nie uwierzyć, że istnieje również wędrówka dusz i każdy z nas odradza się na nowo w innej, niekoniecznie ludzkiej, choć żywej postaci. Na przykład komara, ślimaka, jeża lub konia” - przekonuje Środa. I niestety myślę tę kontynuuje. „Myśl ta nachodzi mnie z ogromną siłą co roku, zwłaszcza na wakacjach, gdy obserwuję znajomych, którzy ze złością i pasją godną lepszej sprawy mordują latające robaki, i to niekoniecznie wtedy, gdy ich gryzą. Oczywiście z wyrozumiałością odnoszę się do sytuacji ekstremalnych, gdy głodny komar lub natrętna mucha unoszą się nad czyimiś ustami, powiekami lub siadają na plecach w złych celach, ale ich swobodny lot czy niewinne bzyczenie nie powinny w nikim wywoływać morderczych zamiarów. Bo mucha i komar chcą żyć, a to, co robią, w przeciwieństwie do tego, co robi człowiek, wynika z ich istoty, a nie woli i wolnego wyboru” - pisze Środa w „Gazecie Wyborczej”.
„Można jednak dodać, że wielkość ta prócz posiadania wolnego wyboru (zabić nie zabić) powinna polegać na trosce o słabszych. I to nie tylko z tego powodu, że i nam może przypaść w udziale ich los. Tymczasem tak się dzieje, że im coś jest mniejsze, słabsze, bezbronniejsze, tym częściej staje się bezmyślną ofiarą mordów” - napisała filozofka, i już już miałem nadzieję, że może dokonuje się w niej jakieś nawrócenie, i że dostrzegła, że owi najmniejsi, to także dzieci w łonach matke, ale oczywiście pomyliłem się. Chodziło o zwierzątka. „Rozdeptujemy ślimaki (czy komuś przyjdzie do głowy omijać je lub przesuwać z drogi na trawę?), przejeżdżamy jeże (a to naprawdę urocze stworzenia, od miesiąca goszczę całą rodzinę na kolacjach, więc wiem, co mówię; jeże potrafią się zaprzyjaźniać, i to nie tylko z psami i kotami), zamykamy w różnych pomieszczeniach motyle, niepomni na ich kruchość” - dodaje.

