Nie za bardzo jest jasne, z czym tak bardzo chcą zrywać feministki. Mit matki Polki od dawna w Polsce nie funkcjonuje. Większość kobiet dokonuje takiego wyboru, by móc korzystać z zarówno z życia, robić karierę, jak i zaspokoić swoje pragnienia macierzyńskie (naturalne, czyli takie, których nie może zniszczyć nawet lewacka propaganda). Oznacza to w praktyce, że zdecydowana większość Polek ma jedno dziecko, które – gdy tylko osiągnie ono kilka miesięcy życia – powierza się żłobkowi lub niani, by dzieciaczek nie przeszkadzał w karierze.

 

Wiele z tych kobiet chętnie wybrałoby inaczej, ale nasza kultura tak mocno naciska na matki, by jak najmniej przejmowały się dobrem dziecka, a jak najwięcej zyskiem pracodawcy, że w istocie nie mają one innego wyboru, niż ten, który podpowiada im kultura. One mają wracać do pracy, a o dzieci mają zatroszczyć się wyspecjalizowane placówki. A jak któraś się z tym nie zgadza, to już koleżanki ją zakrzyczą, będą przekonywać, że jest „kwoka”, „mamuśka” czy „matką Polką”. Trzeba więc mieć naprawdę sporo samozaparcia, by wbrew temu naciskowi, powiedzieć jasno i zdecydowanie: wybieram to, co lepsze dla moich dzieci, i nie tylko zostaję z nimi, ale też chcę im dać większą liczbę rodzeństwa.

 

I takie właśnie kobiety, które potrafią rzeczywiście pójść pod prąd są przez feministki potępiane. Ich styl życia jest uznawany za taki, z którym trzeba zerwać... Ale prawda jest taka, że to właśnie panie, które pozostają wierne najważniejszemu powołaniu kobiety, jakim jest macierzyństwo, wybierają nie tylko lepiej, ale też bardziej z kobiecą naturą. I dlatego na dłuższą metę one wygrają, bowiem jedyne, co mają im do zaoferowania feministki, to kobiecość na wzór tej, jaką prezentuje posłanka Grodzka. Kobiecość sprowadzona do drugorzędnych atrybutów płciowych, pozbawiona za to tego, co w kobiecości jest najważniejsze: umiejętności poświęcenia i macierzyństwa.

 

Tomasz P. Terlikowski