Księża są chciwi i pazerni. Tak, na pewno każdy z nas spotkał w życiu zachłannego na mamonę duchownego. Każą sobie płacić za odprawianie mszy, za chrzest i pogrzeb, nie mówiąc już o zawrotnych sumach za ślub. Mój znajomy, kiedy poszedł z narzeczoną do parafii dać na zapowiedzi, na pytanie, ile się należy za tę „usługę”, usłyszał (w obecności przyszłej żony!), że tyle, ile jest dla niego warta... Inny, od dwóch miesięcy czeka na odpowiedź na maila z pytaniem o dokumenty potrzebne do zawaracia sakramentu małżeństwa. A przecież mają te komputery i internety (a nawet użyczają wież kościołów, aby umieścić nadajniki, o czym z nieskrywaną troską informowała kilka dni temu „GW”).

 

Księża mają kobiety, ba, nawet dzieci! Szczególnie w małych, wiejskich parafiach, gdzie wszyscy wiedzą, ale nikt głośno nie powie. O molestowaniu dzieci mówi się coraz więcej, ale już o nagabywaniu księży czy kleryków w seminariach... Przecież jednemu czy drugiemu ambitnemu będzie zależało na dostaniu się na bogatą parafię albo posadę do kurii, to nie powie, że dał się pomacać tu czy tam...

 

Księżom wydaje się, że wciąż mają potężną władzę nad ludźmi, że skoro już są tymi proboszczami czy prałatami, to mogę sobie dowolnie wprowadzać swoje porządki. Pomiatać młodszymi księżmi, gardzić parafianami. Jasne, w wiejskich parafijkach wciąż każą ludziom przynosić na plebanie różne „dary”, a potem z ambony wyczytują, że Kowalski „podarował” dziesięć worków ziemniaków, a Malinowski dał 12 kur. Swoją parafię traktują jak Przedsiębiorstwo Usług Kościelnych – jak najmniej się narobić, by jak najwięcej zarobić.

 

Jasne, mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, bazując na mniej lub bardziej utartych stereotypach czy zasłyszanych plotkach. Tylko ile by to miało wspólnego z prawdą? To tak, jakbym chciała stworzyć mapę najbardziej natężonych przypadków pedofilii w Polsce i pozaznaczałabym na niej największe parafie...

 

Bardzo łatwo jest napisać o tym, co w Kościele złego. Ludzi, którzy (oczywiście anonimowo!) o tym opowiedzą nie brakuje. Ale już dostrzec, choćby dla zachowania zdrowych proporcji, z czystej uczciwości i dziennikarskiej rzetelności to wszystko, co w Kościele dobre – to jakoś niektórym mediom przychodzi znacznie trudniej. I taką właśnie metodą klasycznego maniulanctwa (pewnie zresztą nie pierwszy raz) posłużyła się „Gazeta Wyborcza”, która w dzisiejszym „Dużym Formacie” wydrukowała przerażająco smutny artykuł. Zapytani przez Adama Szarego księża, na dwóch potężnych stronach opowiadają o pięciu powodach, dla których mogliby zrzucić sutanny. I w ostatnim, minimalnym w stosunku do reszty, akapicie o jednym (sic!), dla którego tego nie robią. Przy czym odpowiedzi typu „Nie wiem” są mało optymistyczne... 

 

Przy szeregu zarzutów, jakie zapytani księża stawiają swoim współbraciom czy przełożonym, podawane przez nich w jednym zdaniu (!) powody, dla których mimo wszystko wciąż są księżmi, brzmią naprawdę mało przekonująco. Tak, jakby księżmi byli, bo się po prostu przyzwyczaili albo nie mają odwagi na podejmowanie radykalnych kroków.

 

Oczywiście nie jestem za tym, żeby o Kościele mówić tylko dobrze, albo wcale, żeby zamiatać pod dywan bolesne sprawy. Ale tak się zastanawiam, ilu z tych księży, którzy pobiegli na skargę do „Wyborczej” szczerze pogadało ze swoimi przełożonymi, upomniało ich, a jeśli to nie poskutkowało, poszli z problemem „wyżej”. Najłatwiej jest narzekać, i to w medium, o którym wiadomo, że wykorzysta każdą okazję, by przywalić Kościołowi. Ale jakoś mało komu chce się (albo starcza odwagi), żeby coś w tym Kościele zmieniać na lepsze.

 

Marta Brzezińska