Już przed meczem Węgry - Izrael było wiadomo, że atmosfera na trybunach będzie gorąca. Skrajna prawica na Węgrzech cieszy się niezwykłą popularnością, a mecze piłki nożnej - jak w wielu innych państwach - są areną nie tylko potyczek sportowych, ale również miejscem manifestowacji swoich przekonań. Tak też było podczas meczu towarzyskiego dwóch reprezentacji. Węgrzy wygwizdali hymn Izraela, a także wywiesili flagi Palestyny i Iranu, czym ściągneli na siebie uwagę policji i ochrony. Funkcjonariusze natychmiast zareagiwali, legitymując i zatrzymując kibiców.

Polscy narodowcy przypominają, że Fidesz i Viktor Orban wielokrotnie potępiali nacjonalistyczny Jobbik, "za krytycyzm wobec działań społeczności żydowskiej i państwa izraelskiego", zapewniając Żydom "nadzwyczajne środki bezpieczeństwa".

Przyznam, że nie rozumiem tego zaangażowania polskiej prawicy w obronę Jobbiku. I nie chodzi bynajmniej o skandale z udziałem aktywistów tej partii. Mój znajomy niedawno udał się w podróż na południe Europy. Odwiedził również Węgry. I chociaż od lat deklaruje się jako narodowiec, po swoim powrocie, był nieco zaskoczony sympatiami polskich nacjonalistów do działaczy skrajnie prawicowego Jobbika. Jego zdaniem, Leszek Bubel z całym swoim folklorem politycznym spokojnie zrobiłby karierę na węgierskiej scenie politycznej jako "prawicowy populista".

Niestety chore doszukiwanie sie przez "Gazetę Wyborczą" antysemityzmu we wszystkim, przyczyniło się do narodzenia kolejnej postawy - negowania antysemityzmu nawet, gdy jest oczywisty. Bo chociaż Węgrzy tłumaczyli się "sprzeciwem wobec polityki państwa Izrael", to jednak gwizdanie podczas hymnu czy wywieszanie obcych flag, tylko po to, aby "dowalić Żydom" jest kiepskim pomysłem na wyrażanie politycznej kontestacji.

 

Tyle, że łatwiej wtedy zrobić z siebie męczenników, a Orbanowi doprawić mordę "zdrajcy".

Aleksander Majewski