12.12.18, 20:20fot. Kremlin.ru

Łukaszenka jedną nogą w Moskwie, drugą w Berlinie

11 grudnia br. doszło do spotkania Aleksandra Łukaszenki z niemieckim ambasadorem na Białorusi Peterem Dettmarem. Zdaniem białoruskich komentatorów, wygląda to dość osobliwie, zważywszy na fakt, że zaledwie kilka dni wcześniej przywódca Białorusi, wdając się w spór z rosyjskim prezydentem o ceny gazu, „wyrzekł się” Niemiec.

„Naszym głównym partnerem nie są, niestety lub na szczęście, Niemcy, ale Federacja Rosyjska! … A my potrzebujemy żeby były równe warunki – przede wszystkim z naszą braterską Rosją!”, mówił Łukaszenka, próbując przekonać Putina do niższych cen gazu dla Białorusi.

A po upływie niespełna tygodnia, reprezentujący tego „nie najważniejszego” partnera, zasiadł w fotelu naprzeciwko Aleksandra Grigoriewicza Łukaszenki.

„No cóż, jeśli ktoś chce żartować z osławionej już białoruskiej wielowektorowości to teraz widać ją w całej krasie”, ironizuje politolog Aleksandr Kłaskowskij w komentarzu dla portalu naviny.by.

Zauważa on, że podczas spotkania, dostało się od białoruskiego lidera niemieckim partnerom. Wytknął im „ekonomiczne mury”, które wznoszą, by nie dopuścić na swoje rynki białoruskich towarów.

„Jak widzimy, Łukaszenka stosuje tę samą ofensywną taktykę na froncie zachodnim. Gra na geopolitycznych interesach, a często na fobiach. – Mogłoby się wydawać, że to „wyższa szkoła pilotażu”, można oklaskiwać. Ale jak inaczej miałby przetrwać mały kraj, wciśnięty pomiędzy potwory? Musi lawirować, podbijać swoją cenę, szarżować i twardo negocjować z partnerami na przeciwnych wektorach” – pisze Kłaskowskij.

Tymczasem politolog Walery Karbalewicz zwraca uwagę na kolejny ciekawy szczegół. Jego zdaniem spotkanie Łukaszenki z niemieckim ambasadorem można rozpatrywać nie tylko z punktu widzenia jego politycznych manewrów. Jest to raczej środek nacisku na Rosję w okresie poprzedzającym negocjacje w sprawie rekompensaty za manewr podatkowy.

Rosja żąda od Białorusi „dalszej integracji”. Inaczej nici ze sponsoringu

„Sam fakt przyjęcia przez prezydenta państwa szefa zagranicznej misji dyplomatycznej, jest stosunkowo rzadkim zjawiskiem. Jak mówią, – to nie „powinność króla”. Nawet minister spraw zagranicznych nie spotyka się często z ambasadorami, musiałby mieć ku temu ważny powód, wyjaśnia Walery Karbalewicz w komentarzu do Radia Svaboda.

Zwykle Łukaszenka przyjmuje na audiencji ambasadorów w związku z rozpoczęciem lub zakończeniem ich misji dyplomatycznej na Białorusi lub w przeddzień ważnej wizyty. Teraz, przyjmując niemieckiego dyplomatę, Łukaszenka „chce wysłać jakiś sygnał do jakiegoś zagranicznej stolicy”. I nietrudno zgadnąć, kto jest adresatem tego sygnału.

„Na początku trudnych negocjacji Łukaszenka zdecydował się zdobyć przewagę, punkty polityczne, by nie stanąć przed obliczem Kremla na słabej pozycji. Jedynym sposobem na szybkie uzyskanie politycznej przewagi są życzliwe gesty w stronę Zachodu, żeby szantażować Kreml”, mówi Karbalewicz.

Dlaczego wybór padł na Niemcy, jest również zrozumiałe. Jest to najpotężniejszy kraj UE, który w dużej mierze determinuje politykę europejską. A biorąc pod uwagę niedawne wzmianki o nim podczas spotkania z Putinem, ta opcja wydaje się idealna.

„Wybór kraju, którym można się posłużyć w celu szantażu Rosji wydaje się bardzo trafny. I już nawet nie jest ważne, o czym Łukaszenka rozmawiał z ambasadorem Dettmarem, choćby o pogodzie, piłce nożnej czy kobietach. Sam fakt spotkania jest ważny – zauważa politolog. – Inna sprawa, czy taki prosty ruch pomoże. Ale cóż, wszyscy grają takimi atutami, jakie są im dostępne”.

Źródło: Kresy24.pl