21.01.18, 17:30

Ks. Leszek Misiarczyk: O ,,pentekostalizacji'' Kościoła katolickiego w Polsce

W mojej poprzedniej refleksji zatytułowanej Czy Kościołowi w Polsce rzeczywiście grozi pentekostalizacja ? opublikowanej na portalu Fronda.pl odniosłem się do niektórych oskarżeń o pentekostalizację Kościoła polskiego wysuwanych pod adresem Katolickiej Odnowy w Duchu Świętym i szkół Nowe Ewangeliazcji. Tutaj chciałbym rozwinąć niektóre wątki potraktowane wcześniej skrótowo, a także inne, które wówczas nie doczekały się analizy.

Poprzez oskarżenia środowisk charyzmatycznych i szkół nowej ewangelizacji o protestantyzację lub wręcz pentekostalizację Kościoła Katolickiego przez konserwatystów i bliskich lefebrystom zwolenników teologii i liturgii trydenckiej może grozić nam rzeczywisty lub ukryty rozłam. Bardzo dużo zależy o mądrej i roztropnej postawy polskich biskupów. Członkowie wspólnot charyzmatycznych wyrosłych z Katolickiej Odnowy w Duchu Świętym lub Szkół Nowej Ewangelizacji zaangażowani w nową ewangelizację obawiają się, że ich wspólnoty zostaną rozwiązane, a ich droga wzrostu w wierze określona jako zła i zakwestionowana. Duża część z nich nie odnajduje się już w zwyczajnym, niekiedy nudnym duszpasterstwie parafialnym. W swoich wspólnotach znalazła skuteczną pomoc w rozwiązaniu swoich osobistych problemów i drogę podążania za Bogiem, nie wyobrażając sobie innej formy zaangażowania w życie Kościoła. Wielu jest również zdezorientowanych. Z jednej bowiem strony, poczynając od Ojca Świętego Jana Pawła II kolejni papieże, a za nimi biskupi polscy ciągle powtarzali o konieczności nowej ewangelizacji nowymi metodami i zachęcali wiernych do aktywnego włączenia się w to dzieło, z drugiej natomiast niektórzy duchowni przestrzegają przed przesadnym zaangażowaniem się w nową ewangelizację i wszędzie węszą zagrożenie wpływów protestanckich. Przypomina to zabawną, trochę schizofreniczną sytuację, kiedy to jeden z wikariuszy prowadzący wspólnotę charyzmatyczną w parafii zapytał proboszcza, czy mogą zorganizować spotkanie z jakimś ewangelizatorem, by przyzywać mocy Ducha Świętego i usłyszał rozbrajającą w swojej szczerości odpowiedź: „Możecie przyzywać mocy Ducha Świętego, ale nie za mocno i bez żadnej przesady. Nie chcę żadnych problemów w parafii. Ktoś życzliwy doniesie potem do kurii i będę się musiał tłumaczyć przed biskupem”. No właśnie ! Można przyzywać mocy Ducha Świętego, ale niezbyt mocno. Ciekawe, że w ramach programu duszpasterskiego rozpoczęliśmy w Kościele Polskim Rok Ducha Świętego i dużo się mówi o otwarciu się na Jego działanie oraz pisze opasłe programy duszpasterskie, a z drugiej hamuje tego typu inicjatywy. Wciskamy gaz i hamulec jednocześnie, ale tak nie da się jechać. Przyzywajmy Ducha Świętego, ale nie za mocno, żeby nie było jakichkolwiek problemów. Przyzywajmy Ducha Świętego, ale w taki sposób, aby dał się kontrolować i zamknąć w obrębie zdroworozsądkowej „religii rozumu”. Za dużo lęku jest w takiej postawie. Niekiedy myślę sobie, że gdyby dzisiaj Pan Jezus przyszedł do Polski ze swoim rewolucyjnym przesłaniem ewangelicznym, to część duchownych zamkniętych w świecie swoich lęków nie przyjęłaby w ogóle Jego nauczania jako zbyt odbiegającego od dotychczasowych (czytaj: przedsoborowych) zasad funkcjonowania chrześcijaństwa. A już św. Pawła, Apostoła i Ewangelizatora Narodów, który bardzo emocjonalnie przeżywał swoją nową wiarę, podkreślał kluczową rolę osobistej relacji z Jezusem i na dodatek jeszcze posługiwał charyzmatami, w tym darem glossolalii, z pewnością odesłaliby na badanie psychiatryczne i zakazaliby mu wszelkiego działania za sianie zamętu wśród wiernych. Postawa zachowania dotychczasowego status quo może grozić nam wszystkim, duchownym i świeckim, jeśli nie poddamy się prowadzeniu Boga. Bo to co jest bardzo specyficznie chrześcijańskie, to ciągłe działanie Ducha Świętego, który wybija nas z traktowania religii jedynie jako narzędzia do zaspokajania naszych psychicznych potrzeb bezpieczeństwa i popycha Kościół w nowe, nieznane rejony. Część polskich duchownych traktuje charyzmatyków trochę jak dziwaków, którzy dopóki sobie krzyczą, machają rękami czy śpiewają i nie są zbyt groźni, to niech sobie to robią. Problem pojawia się, gdy zaczynają przyciągać zbyt wielu ludzi i mają odwagę mierzyć się z pomocą Boga z ludzkimi problemami. Wtedy zaczyna się zaciąganie hamulca i określanie przebudzenia charyzmatycznego infiltracją protestantyzmu czy nawet pentekostalizmu. Niektórzy duchowni i świeccy kwestionują wręcz działanie Duch Świętego w tego typu doświadczeniach. Przebudzenie charyzmatyczne po Soborze Watykańskim II nie jest jednak przejawem protestantyzacji Kościoła Katolickiego, ale powrotem do doświadczenia z czasów apostolskich. Przedziwne jest to zaciemnienie niektórych duchownych, którzy, choć z jednej strony widzą zmniejszającą się liczbę praktykujących w polskim Kościele, młodzieży na katechezie, powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, to jednak z uporem maniaka chcą zniszczyć te nieliczne inicjatywy, które jeszcze przyciągają ludzi. Jawi się to jako chęć utrzymania tego, co znane, kontrolowane i bezpieczne, co nie wymaga ryzyka. Pod pozorem obrony tradycji Kościoła wielu broni siebie, swojej płytkiej wiary albo wręcz jej braku i ostatecznie nieufności wobec Boga, który pozostaje na zawsze Panem dziejów. Zobaczmy teraz niektóre z tych zarzutów.

 

  1. Pośrednictwo Kościoła a osobista relacja z Bogiem.

 

Krytycy Katolickiej Odnowy w Duchu Świętym i Szkół Nowej Ewangelizacji w Polsce oskarżają charyzmatyków o wprowadzanie do Kościoła Katolickiego przekonania zielonoświątkowców o możliwości nawiązania niezapośredniczonej, bezpośredniej komunikacji z Bogiem bez pośrednictwa księgi, sakramentu, drugiego człowieka lub czyjejś posługi. Ich zdaniem w ten sposób „zostaje zakwestionowane tradycyjne katolickie przekonanie, zgodnie z którym doświadczamy Boga w sposób jedynie pośredni, ponieważ bezpośredni kontakt z Bogiem jest wyjątkowym darem, typowym dla przeżyć mistycznych”. Pisałem wcześniej, że jest to stare, trydenckie przekonanie Kościoła sformułowane w polemice z Reformacją, od którego Sobór Watykański II już dawno odszedł. Powstało ono w kontekście walki z subiektywizmem w przeżywaniu wiary, który zrodził się we wspólnotach protestanckich w okresie Reformacji. Prowadził on do zupełnego odrzucenia autorytetu Kościoła instytucjonalnego, władzy papieża, sakramentalność kapłaństwa hierarchicznego. Nie istnieje jednak żadne oficjalne nauczanie Kościoła, w którym byłoby wyraźnie stwierdzone, że Boga można doświadczyć tylko w sposób pośredni. Od czasów średniowiecza panowało w Kościele Katolickim przekonanie, że to instytucja Kościoła zapewnia wiernym dostęp do Boga i jedynie za jej pośrednictwem możliwy jest kontakt z Nim, natomiast bezpośredni kontakt z Bogiem jest bardzo rzadki i właściwy stanom mistycznym. Było to bardzo paternalistyczne i instytucjonalne podejście bez uwzględniania relacji personalnej z Bogiem. Moim zdaniem, ktoś, kto pisze takie słowa, nigdy sam nie doświadczył bezpośredniego kontaktu z Panem Bogiem ani nie ma osobistej relacji miłości z Jezusem. Można mu tylko współczuć. Nie wiem, jak zwolennicy takiej idei wyobrażają sobie taką zapośredniczoną poprzez instytucję relację z Bogiem, „na zimno i sztywno”, poprzez „racjonalną wiarę” lub etyczne życie. To tak jakby się chciało kochać tylko racjonalnie. Przypomina mi to scenę z filmu pt. „Imię Róży”, gdy młody zakonnik pyta swojego mistrza: „Mistrzu, czy byłeś kiedyś zakochany?” A mistrz odpowiada: „Tak. W filozofii Arystotelesa”. Komuś, kto nigdy nie doświadczył osobistej, relacji miłości z Jezusem, czyli tego, że jest przez Boga kochany za darmo i pomimo swoich grzechów, nie pozostaje nic innego jak „zakochać” się w filozofii albo etyce chrześcijańskiej. Taki człowiek nie ma żadnego kontaktu ze swoimi emocjami i uczuciami, koncentruje się głównie na rozumie i swoim rozwoju intelektualnym, ale wcześniej czy później jego osobowość karłowacieje. Ciekawe, że ci, którzy nagłosniej krytykują żywe emocjonalnie przeżywanie wiary chrześcijańskiej i samych siebie przedstawiają z dumą jako zimnych stoików, bardzo często doją się ponosić emocjom, zawiści, miściwości i zazdrości. Postępująca na naszych oczach w zatrważającym tempie laicyzacja pokazuje, że instytucjonalny styl relacji człowieka do Bogiem nie pociąga już dzisiaj nikogo i dlatego ludzie odchodzą od wiary i Kościoła. W postawie współczesnego człowieka dominuje zdecydowanie chęć osobistego i bezpośredniego doświadczenia Boga nad doświadczeniem innych.

Stanowi to oczywiście nowe wyzwanie duszpasterskie dla Kościoła: jak przekazać nowym pokoleniom chrześcijan apostolskie doświadczenie wiary w Jezusa Chrystusa. Jednym z rozwiązań będzie wprowadzanie ludzi w takie same doświadczenie osobistej relacji z Jezusem. Być może uprzedzając nasze czasy charakteryzujące się właśnie nastawieniem na doświadczenie wszystkiego, Opatrzność Boża wzbudziła już w latach 60’ XX wieku w środowiskach katolickich doświadczenie charyzmatyczne, dzięki któremu wielu ludzi mogło i nadal może bezpośrednio doświadczyć Boga. Krytycy nie mają racji, że takie pragnienie bezpośredniego doświadczenie Boga, to wpływy zielonoświątkowców na doktrynę katolicką, gdyż jest to nauczanie w pełni katolickie. Wystarczy przywołać tutaj kapitalne stwierdzenie papieża Benedykta XVI w encyklice Deus caritas est 1: „U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie”. Przekonanie to powróci w Adhortacji Verbum Domini 11, a papież Franciszek w Evangelii Gaudium 7 wyzna: „Niezmordowanie będę powtarzał słowa Benedykta XVI, wprowadzające nas w serce Ewangelii: «U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą...»”. Jeśli Ojciec Święty, dawny stróż ortodoksji doktryny katolickiej i prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, którego trudno posądzić o uleganie wpływom protestanckim czy zielonoświątkowym, pisał o duchowym spotkaniu z osobą Jezusa Chrystusa jako fundamencie wiary chrześcijańskiej, to miał na myśli właśnie osobiste i bezpośrednie doświadczenie Boga w Chrystusie. Nie ma zresztą potrzeby ani sensu oddzielać od siebie bezpośredniego doświadczenia Boga od pośrednictwa Kościoła. Jeśli ktoś doświadcza osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem, to doświadcza go przecież dzięki pośrednictwu Kościoła i w Kościele. Dzisiaj wielu ludzi doświadcza takiej bezpośredniej relacji dzięki medytacji słowa Bożego, uczestnictwu w Mszy Świętej, podczas korzystania z sakramentu pokuty, w czasie spotkania z drugim człowiekiem czy kontemplacji świata stworzonego, ale też podczas wielkich charyzmatycznych spotkań modlitewnych. One też odbywają się przecież w Kościele. Ktoś kiedyś słusznie powiedział, że gdyby w Kościele w XVI wieku pojawiła się św. Teresa od Dzieciątka Jezusa z jej małą drogą życia duchowego jako propozycją dla wszystkich, to nigdy nie byłoby Reformacji. A trudno chyba św. Teresę posądzać o protestantyzację Kościoła Katolickiego poprzez głoszenie możliwości bezpośredniego kontaktu z Panem Bogiem na małej drodze. I co ciekawe, w życiu Teresy odbywał się ten kontakt z Bogiem bez jakichkolwiek nadzwyczajnych łask mistycznych. Nie miała wizji, objawień ani stygmatów, nie doświadczała też daru bilokacji, lecz skoro Bóg ją prowadził taką właśnie drogą, to po to, aby była ona wzorem do naśladowania. Zresztą Kościół uznając ją za świętą i ogłaszając Doktorem Kościoła potwierdził autorytatywnie, że jej mała droga życia duchowego jest pewną drogą uświęcenia i zbawienia dla innych. Oczywiście, jeśli to przeżycie subiektywne bezpośredniego kontaktu z Bogiem nie zostałoby odpowiednio rozeznane przez pasterzy Kościoła i zintegrowane z całością nauczania Kościoła, to wtedy zostalibyśmy rzeczywiście na poziomie fideizmu protestanckiego. Jeśli jednak, jak ma to miejsce w Katolickiej Odnowie w Duchu Świętym czy Szkołach Nowej Ewangelizacji, jest ono wyraźnie złączone z medytacją biblijną (pośrednictwo Księgi), uczestnictwem w sakramentach, posługą kapłańską czy posługą na rzecz bliźniego, nie stanowi żadnego zagrożenia dla wiary katolickiej. Więcej, stanowi jej ogromne ubogacenie i ożywienie. Ludzie po takim doświadczeniu wracają do medytacji Słowa Bożego, częściej przystępują do sakramentu pokuty i szukają dobrych kierowników duchowych, częściej uczestniczą w Mszy Świętej i przyjmują Jezusa w Eucharystii. Ciekawe, że w dzisiejszych czasach Pan Bóg dotyka swoją łaską właśnie za pośrednictwem wspólnot charyzmatycznych czy neokatechumenalnych albo szkół Nowej Ewangelizacji nawet ludzi, którzy daleko odeszli od Kościoła bądź wręcz niewierzących. Dzieje się to jednak nadal w Kościele i poprzez Kościół, bo przecież wszystkie te wspólnoty są częścią Kościoła Katolickiego.

 

  1. Emocjonalne przeżywanie wiary a „wiara rozumna”.

 

Częsty zarzut, jaki pada pod adresem katolickich wspólnot charyzmatycznych lub związanych ze szkołami Nowej Ewangelizacji, to oskarżenie o zbyt emocjonalne przeżywanie i wyrażanie swojej wiary. Oskarżenie to wpisuje się w długą tradycję dyskusji na temat procesu tzw. racjonalizacji chrześcijaństwa. Rozpoczyna się on dosyć wcześnie, bo już w II wieku kiedy to misje ewangelizacyjne głoszenia Chrystusa wychodzą z obszaru judaizmu antycznego i docierają do ludzie wykształconych w kulturze hellenistycznej. Z oczywistych względów misjonarze chrześcijańscy nie mogli odwołać się do dziedzictwa Starego Testamentu lub judaizmu antycznego, zaczęli więc przekładać przesłanie ewangeliczne na język filozofii helleńskiej. W pismach chrześcijańskich apologetów greckich i łacińskich z II i III wieku takich jak św. Justyn, Klemens Aleksandryjski czy Tertulian znajdziemy więc nie tylko próbę obrony wiary chrześcijańskiej przed prześladowaniami ze strony Cesarstwa Rzymskiego lub ówczesnych elit intelektualnych, ale również jej prezentację jako jedynej prawdziwej filozofii życia. Wielcy myśliciele pierwszych wieków Kościoła wykorzystywali filozofię Platona do opisu tajemnic wiary chrześcijańskiej a filozofię stoicką wraz z nauką o cnotach do stworzenia podstaw etyki i moralności chrześcijańskiej. Do dzisiaj trwa wśród badaczy starożytności chrześcijańskiej gorąca dyskusja na temat owej hellenizacji chrześcijaństwa, która zdaniem niektórych (np. słynnego A. von Harnacka) wypaczyła czystość pierwotnego przesłania ewangelicznego. Nie ulega wątpliwości, że przełożenie Ewangelii na język filozofii otwarło dla niej podwoje wśród ludzie wykształconych w kulturze hellenistycznej, ale miało to swoje konsekwencje w postaci zamknięcia nowej wiary do obszaru rozumu i zredukowania jej do etyki naturalistycznej. Ten proces pogłębił się jeszcze bardziej w średniowieczu, kiedy to św. Tomasz zaadoptował na użytek teologii chrześcijańskiej filozofię Arystotelesa, tworząc spójny system filozoficzno-teologiczny zwany tomizmem. Tomizmu nauczano przez całe stulecia na katolickich uniwersytetach i w seminariach duchownych formując w ten sposób umysły przyszłych duchownych, którzy przekazywali go dalej ludziom w formie bardziej przystępnej. Św. Tomasz, zwłaszcza ze swoimi racjonalnymi dowodami na istnienie Boga, dał Kościołowi potężne narzędzie do rozumowego uzasadnienia wiary chrześcijańskiej. I tak oto ukształtowało się przekonanie, że wiara katolicka jest racjonalna jakby ta racjonalność była jej istotą. Osobiście pytałem już wielu zwolenników owej „racjonalnej wiary”, głównie wśród duchownych, żeby wykazali mi racjonalność tajemnicy wcielenia Syna Bożego, Jego śmierci na krzyżu czy zmartwychwstania. Nie potrafili! Bo miłość, a nie rozum jest głównym motywem, który skłonił Go do stania się człowiekiem i odkupienia nas za cenę swojej haniebnej śmierci na krzyżu i potem zmartwychwstania. Szalona miłość Boga do ludzi, który zniża się w Jezusie Chrystusie i wydaje siebie na zabicie, aby nas przyprowadzić do wspólnoty ze sobą jest istotą chrześcijaństwa. Pięknie to uchwycił św. Jan pisząc, że „Bóg jest miłością” (1 J 4,8). Nie napisał, że Bóg jest Rozumem. Mężczyznom jednak słowo „miłość” kojarzy się z jednej strony z seksem, a z drugiej z kobiecym sentymentalizmem, więc unikają go. A my duchowni celibatariusze pewnie lękamy się miłości. Dużo o niej mówimy innym ludziom, ale sami boimy się jej. Wychowano nas tak, że emocji i uczuć nie trzeba wyrażać, bo to takie „mało męskie” i należy je kontrolować, bo jeśli nie, to można się zakochać w jakiejś kobiecie i wtedy będą problemy. Jeszcze trudniej przeżywać nam miłość do Jezusa, no bo jak to mężczyzna ma kochać mężczyznę, nawet jeśli tylko duchowo! Uciekliśmy więc w rozum, teologię i filozofię. No i wielu jest zakochanych w filozofii lub teologii albo „miłuje racjonalnie”. Odnosi się wrażenie, że kobiety lepiej chwytają tę istotę chrześcijaństwa tkwiącej w miłosnej relacji do Jezusa i z natury jest im łatwiej ją przeżywać. Jednak ich sposób przeżywania wiary przez całe stulecia był marginalizowany w Kościele właśnie jako zbyt emocjonalny i mało racjonalny. Przeżywaniu wiary we wspólnotach charyzmatycznych, neokatechumenalnych czy nowej ewangelizacji rzeczywiście towarzyszy dużo emocji, gdyż wychodzi się ze słusznego założenia, że do Boga idzie cały człowiek a nie tylko jego rozum. Fakt, że takie wspólnoty przyciągają coraz więcej ludzi, dowodzi, że ludzie szukają takiego żywego przeżywania swojej wiary a nie drętwego odstania w kruchcie kościoła. Nie przyciągają ich jednak tylko emocje, ale działanie mocy Bożej. Prawdą jest, że rozum oddajemy Panu Bogu jako ostatni element naszej osobowości, gdyż boimy się „stracić rozum”, ale on też potrzebuje odkupienia przez Chrystusa. W przeciwnym razie będzie nas koncentrował na sobie, oddzielał od wiary i miłości oraz od Boga. Gdyby Bóg chciał uczynić z rozumu fundament zbawienia, to by tak zrobił, ale postanowił, na nasze szczęście, że wiara będzie taką podstawą.

Czy oznacza to, że mamy zrezygnować z racjonalnego uzasadnienia naszej chrześcijańskiej wiary? Czy mamy zrezygnować z refleksji teologicznej? Absolutnie nie! Ale nie łudźmy się, że to dzisiaj kogoś doprowadzi do wiary. Pamiętam rozmowę z pewnym człowiekiem, który chciał porozmawiać, gdyż miał pewne wątpliwości w wierze. Rozwiałem wszystkie jego wątpliwości argumentami rozumowymi, a on i tak nie wrócił do praktykowania wiary. Nawróci się ten, kogo dotknie moc Boża i spotka osobiście uzdrawiającego i przebaczającego Jezusa Chrystusa, a naszym zadaniem jest podprowadzać ludzi do Niego. Sami z siebie nic nie możemy.

 

  1. Demonologia afrykańska.

 

Zarzutom o pentekostalizację Kościoła Katolickiego w Polsce towarzyszy również oskarżanie, zwłaszcza niektórych egzorcystów, o zmianę doktryny Kościoła poprzez inspirowanie się tzw. demonologią afrykańską. Według niej świat jako zamieszkały przez liczne demony atakujące człowieka przed którymi trzeba się bronić. Nie wiem skąd krytycy wzięli ten argument, bo ja pełniąc jeszcze kilka lat temu posługę egzorcysty w Diecezji Płockiej po raz pierwszy dowiedziałem się o czymś takim od nich. Wcześniej nie wiedziałem, że byłem wyznawcą demonologii afrykańskiej, podobnie zresztą jak większość polskich egzorcystów. Ale zostawmy na boku żarty! Sądzę, że takie przekonanie mogło zrodzić się w głowach niektórych polskich duchownych dlatego, że do Polski dosyć często zapraszany był i jest ks. John Bashobora z Ugandy i jego uznano za propagatora owej demonologii afrykańskiej. Brałem kilka razy udział w spotkaniach z ks. Johnem, m. in. na Stadionie Narodowym w Warszawie, ale nie nauczał on nic na ten temat. Drugim źródłem takiego przekonania mogła był lista słynnych ”furtek” jako pomoc w rachunku sumienia. Ponieważ ta listy krążyła po Polsce w różnych wersjach, niektóre miały nawet po kilka stron i gdy się je przeglądało, można było odnieść wrażenie, że z każdej strony grozi człowiekowi jakiś zły duch. Lista ta jednak, tak przynajmniej ja ją rozumiałem, była spisem wszystkich możliwych „furtek”, przez które zły duch może mieć dostęp do człowieka, co nie znaczy, że w przypadku każdego człowieka wszystkie one się sprawdzają. Ktoś połączył te dwa elementy i doszedł do błędnego i absurdalnego wniosku, że oto w Polsce promowana jest jakaś demonologia afrykańska, według której świat jest pełen złych duchów ciągle atakujących człowieka przed którymi trzeba się bronić. Polscy egzorcyści i pewnie nawet twórcy owej listy furtek robili wielkie oczy czytając ze zdziwieniem, że są promotorami demonologii afrykańskiej, o której nic wcześniej nie wiedzieli. Zwolennicy hipotezy o pentekostalizacji Kościoła w Polsce przykleili bezpodstawnie wszystkim łatkę i teraz inni to za nimi bezmyślnie powtarzają bez dokładnego zbadania problemu. W rzeczywistości kwestia ta jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje. Z jednej bowiem strony wierzymy, że Chrystus poprzez swoje dzieło zbawcze wyzwolił nas z mocy „śmierci, piekła i szatana”, ale z drugiej również dobrze wiemy, że cały czas im podlegamy, a ostatecznie wyzwolenie nastąpi dopiero podczas Paruzji. Sam osobiście pytałem niektórych polskich teologów o wyjaśnienie następujących kwestii: skoro Chrystus zwyciężył Szatana i demony na krzyżu, to dlaczego mają oni niekiedy władzę nad człowiekiem i go zniewalają? Jak rozumieć słowa z 1 Listu św. Jana Apostoła 5,19 „cały zaś świat leży w mocy Złego”? Jak widzimy przekonanie o tym, że w świecie cały czas aktywnie działają demony jest biblijne i wcale nie trzeba wymyślać jakiejś demonologii afrykańskiej. Dalej, dlaczego podczas celebracji sakramentu chrztu św. przeprowadza się egzorcyzm małych dzieci? Czyżby one również były w mocy złego ducha przed chrztem? Z perspektywy posługi egzorcysty odpowiedzi na te pytania są kluczowe, aby dobrze się rozeznać w dynamice działanie demonicznego i skutecznie pomagać ludziom. Takich pytań jest zresztą więcej: dlaczego osoba opętana może przystępować do sakramentu pokuty, uczestniczyć we Mszy Świętej a niekiedy przyjmować Jezusa w Eucharystii i nie ma wtedy żadnych manifestacji, natomiast w przypadku egzorcyzmu taka manifestacja z reguły pojawia się? Przecież obecność Chrystusa w sakramentach jest, jeśli można tak powiedzieć, większa niż w sakramentaliach? Dlaczego do uwolnienia osoby opętanej nie wystarczy sam sakrament pokuty a potrzeba egzorcyzmów ? Sam długo się nad tym zastanawiałem i pytałem różnych mądrych ludzi, ale nie potrafili udzielić mi odpowiedzi. Wniosek, jaki nasuwa się po takich doświadczeniach, jest taki: niewiele wiemy o świecie demonicznym i regułach w nim panujących, który przecież jest nadprzyrodzony. Dlatego zalecana jest pokora i bardzo duża ostrożność w wypowiadaniu się na ten temat również ze strony zawodowych teologów. A tu nagle w Polsce mamy wysyp ekspertów od opętania, demonów i egzorcyzmów, którzy nigdy żadnego opętanego na oczy nie widzieli i nie uczestniczyli w żadnym egzorcyzmie. Na moje zaproszenia, by wzięli udział w egzorcyzmie i pomogli nam w rozeznaniu teologowie i psycholodzy zazwyczaj odmawiali, ale do mediów wypowiadali się jako eksperci.

 

  1. Tzw. „spowiedź furtkowa” i „grzechy pokoleniowe”.

 

Inne zarzuty dotyczyły oskarżeń o wypaczanie sakramentu pokuty poprzez praktykowanie przez niektórych kapłanów tzw. „spowiedzi furtkowej” czy odwoływanie się podczas modlitwy o uzdrowienie do grzechów pokoleniowych, które miałyby być przyczyną aktualnych cierpień jakiegoś człowieka. Zacznijmy od tzw. „spowiedzi furtkowej”. Wyjaśnijmy zaraz na początku, że skrót myślowy w postaci „spowiedź furtkowa”, który funkcjonował w powszechnym obiegu jest błędny. Nie oznaczał on nigdy jakiejś nowej formy sakramentu pokuty, ale dotyczył rozbudowanego rachunku sumienia, który kapłan przeprowadzał z penitentem, starając się odnaleźć owe „furtki”, przez które zły duch miałby ciągły dostęp do człowieka. Podczas mojej posługi egzorcysty często zastanawiałem się, dlaczego po modlitwie o uwolnienie objawy w postaci cierpienia ustępowały jedynie na jakiś czas, a potem powracały. Doświadczenia innych egzorcystów były podobne. Nie bardzo było też wiadomo, jak pomóc takim ludziom, którzy po dwóch lub trzech tygodniach przychodzili ponownie z tymi samymi objawami. Wtedy wpadła mi w ręce owa słynna lista „furtek”, według której kluczowe w skutecznej pomocy cierpiącym ludziom jest odkrycie właśnie tej „furtki”, poprzez którą człowiek otworzył się na działanie złego ducha i ma on nadal dostęp do niego. Postanowiłem jej użyć w przypadku nawracających objawów cierpienia duchowego. Moje obawy budziła długa lista tych „furtek”, uznałem więc, że wystarczy skupić się na kilku głównych, czyli np. na czynach przeciw I przykazaniu jak okultyzm, praktyki magiczne itp. oraz braku przebaczenia doznanych krzywd. Pamiętam przypadek pewnej kobiety, która przez długi czas doświadczała dręczeń demonicznych i modlitwa o uwolnienie nie przynosiła trwałej poprawy. Okazało się, że nieprzebaczenie było ową „furtką”, poprzez którą zły duch miał do niej dostęp i ją dręczył. Kiedy to odkryliśmy i przebaczyła osobie, która ją skrzywdziła, została całkowicie uwolniona. I co ciekawe, nie miało to wcale miejsca podczas spowiedzi, lecz w czasie modlitwy o uwolnienie. Szkoda, że odebrano kapłanom skuteczne narzędzie pomocy ludziom cierpiącym. Rzekomi eksperci z Wydziału Teologicznego KUL okazali się na tyle tchórzliwi, że nawet nie podpisali swojej oceny tego zjawiska własnymi nazwiskami. Nikt też nie zapytał księży korzystających z owej listy „furtek”, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Teologowie akademiccy zazwyczaj na co dzień nie mierzą się z ludzkim cierpieniem, bólem i biedą, bo zajmują się teoretycznymi dywagacjami więc nie mają jasnego rozeznania w tej materii. Pseudo-eksperci ocenili i podjęto decyzję zakazując korzystania z listy furtek w pomaganiu ludziom.

Nie mniej skomplikowana jest kwestia tzw. grzechów pokoleniowych. Określenie jest znowu skrótem myślowym na opisanie wpływu skutków grzechów popełnianych przez przodków. Często błędnie interpretowano to zjawisko jako dziedziczenie odpowiedzialności za grzechy popełnione przez przodków. Wiemy jednak zarówno ze Starego i Nowego Testamentu jak też nauczania Kościoła jednoznacznie: każdy odpowiada za swoje własne grzechy przed Bogiem. Odpowiedzialność za grzechy jest indywidualna i nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości. Inni próbowali sprowadzić wszystko do tzw. grzechu społecznego, który znany jest w katolickiej teologii moralnej a polega na tym, że niektóre grzechy jednostek, np. alkoholizm mają bardzo dotkliwe skutki w życiu najbliższej rodziny i szerszej społeczności. Nie o takie jednak zjawisko tutaj chodzi, ale o duchowe cierpienie z powodu skutków grzechów popełnianych przez przodków. Samo określenie „grzech pokoleniowy” jest więc mylące, gdyż teologicznie nie ma czegoś takiego jak grzech pokoleniowy. Jest tylko grzech indywidualny i odpowiedzialność za niego też osobista. Chodzi tutaj o rzeczywistość trudną do uchwycenia i opisania, ale która wydaje się mieć miejsce w życiu ludzi. Przytoczę moje doświadczenie w tym obszarze. Kiedy Biskup Płocki Piotr Libera minował mnie egzorcystą w Diecezji Płockiej, pomyślałem sobie, że konieczne jest przestudiować dokładnie Rytuał egzorcyzmów, poczytać sobie trochę opracowań na temat opętania i egzorcyzmów a także wziąć udział w kilku egzorcyzmach sprawowanych przez bardziej doświadczonych w tym względzie kapłanów. Uczestniczyłem więc kiedyś w egzorcyzmie sprawowanym przez takiego doświadczonego polskiego egzorcystę, który w pewnym momencie zaczął pytać złego ducha, od kiedy wszedł w ciało tej osoby. Gdy ten odpowiedział, że od jej narodzenia, wtedy egzorcysta zapytał, co otworzyło mu dostęp do niej. Zły duch odpowiedział, że grzechy jej przodków, którzy w czasie ostatniej wojny grabili cudze mienie, palili i zabijali innych ludzi. Kiedy miną wyraziłem moje zdziwienie i zrobiłem wielkie oczy w ciszy, egzorcysta zaczął prosić Pana Boga, aby przebaczył przodkom tej osoby wszelkie grzechy popełnione w przeszłości. Wtedy zły duch zaczął krzyczeć ze złością do egzorcysty, że nie może on tak się modlić. W każdym razie egzorcysta poszedł tym tropem, zły duch wyznał ostatecznie, że jest Lucyferem i wyszedł z tej osoby. Do dzisiaj nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Zły duch jednoznacznie potwierdził, że to właśnie grzechy przodków tej osoby stały się powodem jej opętania od urodzenia. Oczywiście, nie trzeba wierzyć wszystkiemu, co złe duchy mówią podczas egzorcyzmów, bo często zwyczajnie kłamią, ale przekonujące wydaje się być pójście tym tropem przez egzorcystę, które przyniosło pozytywny skutek w postaci całkowitego uwolnienia osoby opętanej. Ktoś, kto nie widział czegoś takiego ani nie doświadczył osobiście, zwłaszcza z perspektywy teoretycznych analiz teologicznych może mieć wątpliwości, czy rzeczywiście istnieją aż takie skutki grzechów przodków. Rzeczywistość demoniczna jest nadprzyrodzona i tak naprawdę wciąż niewiele o niej wiemy, a to powinno nas skłaniać do większej pokory i ostrożności w wypowiadaniu sądów. Tymczasem o takich rzeczach rozstrzygają teologowie za biurkiem, którzy nigdy sami nie egzorcyzmowali ani nie brali udziału w żadnym egzorcyzmie. Bez takiego osobistego doświadczenia pojawia się rozdźwięk pomiędzy doświadczeniem egzorcystów czy nawet kapłanów modlących się modlitwą o uwolnienie a spojrzeniem na fenomen opętania i egzorcyzmów z zewnętrznej perspektywy teologicznej. Szkoda, że nadal brakuje spotkań teologów akademickich, psychiatrów/psychologów z egzorcystami, by ciągle pogłębiać temat opętania i egzorcyzmów. Chodzi przecież cały czas o człowieka, który bardzo cierpi psychicznie i duchowo, któremu powinniśmy pomagać.

Ks. Leszek Misiarczyk

Poglądy autora są jego prywatną opinią i nie odzwierciedlają stanowiska portalu Fronda.pl