Jednym z nich był Axel Oxenstierna, kanclerz królowej Szwedów, Gotów i Wandalów Krystyny Wazy, który de facto rządził w imieniu małoletniej władczyni. Był on głównym architektem porozumienia, na mocy którego luteranie mogli wybudować trzy świątynie. Żeby nie było zbyt słodko niechętny innowiercom cesarz Ferdynand III Habsburg swoją zgodę obwarował warunkami, które – jak można przypuszczać – miały sprawić, że kościoły nigdy nie powstaną a porozumienie pozostanie wyłącznie na papierze świadcząc o „dobrej woli” jednej i nieudolności drugiej strony. Świątynie, nazywane „Kościołami Pokoju” miały być, o czym wspomniałem, trzy. Ponadto do ich budowy nie można było wykorzystać materiałów trwałych – czyli kamienia i cegły – miały być postawione z drewna, słomy, gliny, piasku i tp. Surowców, budowa musiała się zakończyć w ciągu jednego roku, nie można ich było postawić w obrębie murów miejskich ale też nie dalej niż „długość strzału armatniego” od nich, nie mogły wyglądem przypominać świątyni, nie mogły być wyposażone w dzwonnicę ani też przy kościołach nie mogła działać szkoła parafialna. Mimo tych utrudnień protestanci nie zrezygnowali z marzeń o własnej świątyni, w której mogliby chwalić Boga modlitwą i śpiewem. Do naszych czasów przetrwały dwa kościoły, w Jaworze i Świdnicy. Świątynia w Głogowie zbudowana w roku 1652 dwa lata później runęła, a następnie – odbudowana – spłonęła od uderzenia pioruna.

Najokazalszym spośród trzech Kościołów Pokoju był (i jest!) ten postawiony w Świdnicy, który bez wahania można nazwać perłą barokowej architektury. Zanim jednak ten cud sakralnego budownictwa mógł ujrzeć światło dzienne trzeba było pokonać piętrzące się przed gminą ewangelicką problemy, zwłaszcza te natury finansowej. By zdobyć fundusze na budowę dwójka świdniczan, Christian Czepko i Matthaus Scholtz wyruszyli w podróż po Europie, która była swoistą kolektą, czy też może – jakbyśmy to dziś określili – poszukiwaniem sponsorów pośród możnych wyznawców luterańskiego odłamu chrześcijaństwa. Nie było to łatwe zadanie, w zniszczonej trwającym trzy dekady konfliktem Europie trudno było znaleźć chętnych do wspomożenia tego szczytnego dzieła – odbudowy wymagało prawe wszystko, każdy miał własne potrzeby, dobroczynność w tej sytuacji nie była priorytetem. „Szukajcie a znajdziecie, proście a będzie wam dane, kołaczcie a otworzą wam” - ten cytat z Ewangelii św. Łukasza najlepiej oddaje sedno tej niezwykłej wyprawy, z której obszerną relację można przeczytać w pamiętniku Czepki zatytułowanym „Podróż szwedzka, czyli jak Christian Czepko ze Świdnicy po kolektę w imię Świętej Trójcy się wyprawował”. Pasjonująca to lektura, przypominająca raczej powieść przygodową niż suchy zapis kwesty, szczerze ją polecam na długie, zimowe wieczory. Nadmienić wypada, że samo odkrycie tegoż pamiętnika mogłoby posłużyć za kanwę kolejnego filmu o przygodach Indiany Jonesa – w zamurowanym pomieszczeniu plebanii przy świdnickim Kościele Pokoju odkryto kilka tysięcy woluminów, w tym około dwustu wydań biblii i dzieło Christiana Czepki, o którym nikt wcześniej nie miał pojęcia. Intrygować może też sam tytuł dzieła, ale... kto się chce dowiedzieć o co chodzi niech sam po nie sięgnie, gwarantuję, że nie będzie żałował.
Najważniejsze, że udało się zebrać potrzebną sumę (sama królowa Krystyna Waza wyasygnowała niebagatelną wówczas sumę 100 talarów) i można było przystąpić do budowy. 23 sierpnia 1656 roku położono kamień węgielny a już 24 czerwca roku następnego odprawiono pierwsze nabożeństwo w nowej świątyni. Tempo budowy zaiste imponujące, gdybyż tak współcześni budowlańcy przykład wzięli z Albrechta von Saebisch'a i Andreasa Kaempera (którym świdniccy protestanci zlecili budowę) moglibyśmy zapomnieć o kryzysie w branży budowlanej. Inaczej się jednak nie dało, gdyby zastrzeżony przez cesarza Ferdynanda termin (budowa musiała być ukończona w ciągu jednego roku) nie został dotrzymany cały trud poszedłby na marne, wysiłek przepadł a protestanci straciliby możliwość wzniesienia kościoła. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem i z drewna, gliny, słomy i piasku wzniesiono imponującą budowlę sakralną, która niewątpliwie jest – o czym już wspomniałem – perłą barokowej architektury.

Świdnicki kościół, który poświęcono Przenajświętszej Trójcy, jest bazyliką wybudowaną na planie krzyża greckiego w systemie szachulcowym. Przypomina on nieco mur pruski, dla laika właściwie nie do odróżnienia, jednak drewniany szkielet zamiast ceglanym murem wypełniono – by zachować cesarskie warunki – słomą i gliną. Ma on 44 metry długości, 30,5 metra szerokości i może pomieścić siedem i pół tysiąca wiernych, w tym dla trzech tysięcy zapewnia miejsca siedzące. Udało się to – na ograniczonej przecież powierzchni – uzyskać dzięki czterem piętrom empor, które zwiększyły znacznie powierzchnię użytkową świątyni. Myśl o pomieszczeniu jak największej liczby osób towarzyszyła budowniczym od samego początku, była podstawowym założeniem projektu – wszak miało to być jedyne miejsce modlitw protestantów zamieszkałych na ogromnym terenie. Kiedy tylko zakończono budowę przystąpiono do wyposażenia wnętrza, które ani trochę nie przypomina spartańskich wręcz warunków jakie znamy z innych protestanckich zborów. Empory na całej długości pokryto 47 malowidłami i 78 wersetami biblijnymi składające się na swego rodzaju „Biblię pauperum”, na stropach zawieszono tarcze cechowe, portrety mieszczan i epitafia szczególnie zasłużonych dla parafii mieszkańców, stropy pokryto przepięknymi malowidłami autorstwa dwóch świdniczan: Chrystiana Sussenbacha i Chrystiana Kolitschky. Do najcenniejszych elementów tegoż wyposażenia należą barokowe organy zbudowane w latach 1666 – 1669 przez brzeskiego organmistrza Gottfrieda Klose, do których w latach 1776 – 1784 dołożono ruchome figurki aniołków. Organy te w niczym nie ustępują najsłynniejszym instrumentom jak chociażby tym znanym z katedry w Oliwie. W roku 1695 Sigismund Ebersbach ufundował świątyni drugie, znacznie mniejsze organy, które umieszczono na najwyższej emporze nad ołtarzem. Innym, bezcennym zabytkiem sztuki sakralnej jest ambona stworzona przez Gotfrieda Augusta Hoffmanna z roku 1729 roku. Na jej balustradzie wyrzeźbiono alegorie „wiary”, „nadziei” i „miłości”, nad drzwiami umieszczono figurę Jezusa Chrystusa Dobrego Pasterza a na schodach sceny biblijne: „zesłanie Ducha Świętego”, „Golgotę” oraz „Raj”. Nie można nie wspomnieć głównego ołtarza, wyrzeźbionego przez tego samego artystę co ambona z okazji stulecia świątyni ze wspaniałą płaskorzeźbą przedstawiającą „Ostatnią wieczerzę” czy malowidła przedstawiającego „Niebiańskie Jeruzalem” znajdującego się na stropie nad halą ołtarzową, do którego artysta natchnienie zaczerpnął z Apokalipsy Świętego Jana.
Nie sposób w krótkim tekście opisać wszystkich wspaniałości jakie czekają na zwiedzających świdnicką świątynię, by to zrobić należałoby stworzyć kilkutomowe dzieło z niezliczoną ilością fotografii. Wszystkim tym, którzy sztuką i historią są żywo zainteresowani proponuję w któryś weekend września wybrać się do Świdnicy by na własne oczy zobaczyli nie tylko Kościół Pokoju ale i inne cuda, których w tym niewielkim miasteczku nie brakuje: Katedrę św. Stanisława i św. Wacława, Synagogę, Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, rynek z mieszczańskimi kamienicami, czterema fontannami i przepięknymi barokowymi rzeźbami...
Kogoś może oburzać fakt, że protestancki zbór nazywam świątynią czy też budowlą sakralną, jednak z pełną odpowiedzialnością powiedzieć muszę, że świdnicki Kościół Pokoju w pełni na te określenia zasługuje – mimo że nie ma w nim wystawionego Najświętszego Sakramentu, że nie posiada on Tabernakulum, obecność Boga jest tam wyczuwalna, wręcz namacalna. Może sprawiły to okoliczności w jakich powstał, może to zasługa ludzi, którzy przez trzysta z górą lat tegoż Boga w nim chwalili inaczej, co prawda, niż my ale równie gorliwie? A może fakt, że budowla tak nietrwała, lepianka właściwie, przetrwała trzy i pół wieku dziejowych zawirowań – w tym dwie światowe wojny, które Dolnego Śląska nie oszczędzały – stoi na przekór wszystkiemu po dziś dzień i cieszy oczy wszystkich, którzy zechcą ją odwiedzić? Czyż to nie zasługa Bożej Opatrzności?

