14.03.14, 16:31Wojciech Sumliński (fot. Sumlinski.pl)

Tykająca bomba Sumlińskiego

"Sens słowa nadzieja może zrozumieć tylko ten, kto kiedyś tę nadzieję utracił" - mówił Wojciech Sumliński w czasie warszawskiej premiery jego nowej książki. Rzeczywiście, chyba mało jest osób, które mogą z równą jemu autentycznością opowiedzieć o tym, jak w człowieku gasną resztki nadziei. Znany reporter śledczy przeżył taką chwilę niespełna sześć lat temu, kiedy w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu próbował odebrać sobie życie. Do tak desperackiego kroku Sumlińskiego popchnął werdykt sądu, który w praktyce oznaczał długie lata w areszcie wydobywczym oraz inwigilację najbliższych. Dziennikarz został oskarżony o ujawnienie Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI spółce Agora, wydawcy „Gazety Wyborczej”.

„Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji” – wspomina po latach dziennikarz.

29 lipca Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował o aresztowaniu Wojciecha Sumlińskiego. Dzień później reporter podjął nieudaną próbę samobójczą. „Miałem umrzeć, nie umarłem. Muszę powstać i dalej iść. I będę szedł bez względu na to, co przyniesie czas, starając się robić to co potrafię, to do czego jestem powołany. Pewne rzeczy w moim życiu nie były przypadkiem. To, że jestem w tym miejscu, w tym punkcie traktuję jako sytuację, która miała się wydarzyć. Miałem pisać książki, miałem walczyć o prawdę, która jest ukrywana” – mówił na warszawskiej promocji swojej najnowszej książki.

„Z mocy nadziei. Thriller, który pisze życie…” to druga autobiograficzna książka Sumlińskiego, w której dziennikarz opisuje kulisy nalotu „Abwehry”, postawienia mu zarzutów i skazania na areszt wydobywczy. W tym sensie publikacja wprost nawiązuje do poprzedniej książki „Z mocy bezprawia” – jest niejako jej kontynuacją. Autor, spoglądając na tamte wydarzenia z perspektywy sześciu lat, ocenia je „na chłodno”, analizuje fakty, stawia hipotezy i… przedstawia kolejne argumenty, które w normalnym państwie wywróciły establishment do góry nogami.

Czy to oznacza, że Polska takim normalnym państwem nie jest? Czytając refleksje Sumlińskiego takie właśnie można odnieść wrażenie. „Jak to możliwe, że w wolnej, podobno, Polsce, tacy osobnicy wciąż utrzymywali się na szczytach władz? Jak to możliwe, że tak wielu ludzi w ogóle nie widzi tego, co się dzieje? Co jest z tym krajem” – zastanawia się reporter. I choć tego typu retorycznych pytań po lekturze jego książki rodzi się więcej, trudno znaleźć na nie sensowne odpowiedzi. Bo jak wytłumaczyć, że osoba taka, jak Bronisław Komorowski, zostaje prezydentem Polski?

„Z mocy nadziei” rysuje siatkę niejasnych powiązań, w której tkwi Bronisław Komorowski. Sumliński przypomina jego relacje z gen. Tadeuszem Rusakiem, którego w 1990 roku rekomendował na stanowisko szefa UOP w Krakowie. „W całej sprawie nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Komorowski to działacz antykomunistycznej opozycji, zaś Rusak, jako dowódca kompanii czołgów, w grudniu 1981 roku zgłosił się na ochotnika do pacyfikowania kopalni „Wujek”. Czołgi miały zostać użyte, gdyby z pacyfikacją nie poradził sobie pluton specjalny ZOMO” – przypomina Sumliński. Dziennikarz ujawnia, że współpraca Komorowskiego i Rusaka była kontynuowana, kiedy ten pierwszy został Ministrem Obrony Narodowej, a drugi awansował na szefa WSI. „Znalazła ona także specyficzne odzwierciedlenie w odniesieniu do działalności Fundacji „Pro Civili”, której skład osoby i działania wskazywały na dwa fakty: że było to przedsięwzięcie zorganizowane przez WSI. I fakt drugi: ci, którzy mieli paskudny zwyczaj interesowania się fundacją – źle kończyli” – zauważa Sumliński.

Mimo to, jako dziennikarz TVP Sumliński próbuje w 2007 roku zadać kilka pytań marszałkowi. Zapis z tego spotkania zawarty w książce daje do myślenia. Na pytania o „Pro Civili” Komorowski reaguje wyproszeniem dziennikarza: „Ma pan minutę na opuszczenie gabinetu. Później wezwę straż”. Reporterowi już nigdy więcej nie udaje się zapytać Komorowskiego o niejasną działalność fundacji i jej współpracę z Wojskową Akademią Techniczną. Po kilku latach Komorowski zostaje prezydentem RP…

Sumliński zdradza więcej smakowitych „kąsków”. Pisze, jak ludzie służb próbowali rozgrywać w mediach ujawnienie zeznań Jarosława Sokołowskiego „Masy”, imputując opozycyjnej wówczas PO kontakty z grupami przestępczymi. Uchyla rąbek tajemnicy, jeśli chodzi o relacje ludzi WSI z dziennikarzami, kreśląc obraz tego, jak ONI potrafią rozgrywać media. Pisze o Pawle Grasiu, którego spotkała nietypowa przypadłość chwilowych zaników pamięci, o płk. Leszku Tobiszu i jego tajemniczej śmierci. Sumliński jest jak saper, montujący kolejną bombę. Bombę, która w normalnym kraju wysadziłaby cały establishment z wielkim hukiem. Pytanie tylko, czy jest to możliwe, czy raczej po raz kolejny dziennikarz sam na nią wdepnie, w najlepszym przypadku raniąc się odłamkami?

Niestety, bardziej prawdopodobny jest drugi scenariusz. Proszę zauważyć, że Sumliński już jest persona non grata. W mainstreamowych mediach nie istnieje (no chyba, że akurat wspominają o kolejnych odsłonach jego procesów). Autor, który owszem, targnął się na swoje życie i przeszedł ciężką depresję, jest uznawany niemal za niepoczytalną osobą a jego książką nikt poważny się nie interesuje. Poza kilkoma niszowymi, prawicowymi portalami nigdzie nie znalazłam choćby niewielkiej wzmianki o publikacji…

Sumliński, choć zdaje sobie z tego sprawę, nie poddaje się. Walczy o Prawdę w imię zasad i wartości, jakie wyznaje. Autor wcale nie ukrywa, że siłę daje mu wiara i rodzina. Zresztą, wiele o tym pisze, bo „Z mocy nadziei” to dużo bardziej osobista książka, niż „Z mocy bezprawia”. Reporter z dużą drobiazgowością pisze o emocjach, jakie targały nim i najbliższymi pamiętnego lata 2008 roku. Opisuje długie dni w szpitalu i troskę, jaką otoczyła go żona, dzieci oraz przyjaciele. Pisze o przywracaniu równowagi w życiu jego rodziny, o wypadach nad morze i w Tatry. Wiele miejsca poświęca urokom Podlasia, na które „wyemigrował”, niejako przecinając pępowinę z tzw. wielkim światem.

„Z mocy bezprawia” zawiera ponadto dwa inne, równie ważne wątki. Reporter kreśli sylwetki postaci, które miały ogromny wpływ na jego życie – ks. Stanisława Małkowskiego i prokuratora IPN Andrzeja Witkowskiego. Całą trójkę łączy ks. Jerzy Popiełuszko, z którym przyjaźnił się kapłan, a którego okoliczności śmierci próbował wyjaśnić prokurator. Wyjaśnienie zagadki kapelana Solidarności to zresztą życiowa misja Sumlińskiego, który napisał o tym m.in. dwie książki („Kto naprawdę go zabił?” i „Teresa. Trawa. Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych”).  Znaczna część „Z mocy bezprawia” poświęcona jest właśnie kulisom pracy zespołu kierowanego przez Witkowskiego, który dwukrotnie był odsuwany od śledztwa ws. śmierci ks. Jerzego. Oczywiście, za każdym razem kiedy był niezwykle blisko ujawnienia Prawdy, która mogłaby pogrążyć żyjących jeszcze decydentów…

Pamiętam, że czytając „Z mocy bezprawia” zarwałam kilka nocy, bo lektura była tak pasjonująca, że nie sposób było się od niej oderwać. „Z mocy nadziei” jest znacznie bardziej stonowana, „spokojniejsza”, aczkolwiek i tak wciąga wartką akcją i sensacyjnymi informacjami. Ale to publikacja także z dużym „ładunkiem” pierwiastka religijnego, duchowego, a przede wszystkim tego zwyczajnie człowieczego. To w końcu thriller, który napisało Życie…

Marta Brzezińska-Waleszczyk

Wojciech Sumliński, „Z mocy bezprawia”
Wyd. Wojciech Sumliński Reporter 2014, s. 388 

Komentarze

anonim2014.03.15 8:40
Banda czerwonych zdrajców ma się dobrze Zawierzyli dusze diabelskiej kobrze Piekło już rozwarło szeroko wrota Szkoda że nie widzi tego ciemnota Pozdrawiam
anonim2014.03.15 11:25
Stara metoda służb:zamknąć w psychuszce,albo nadać odium wariata i prawdopodobieństwo,ze autor jest passe ma mega progres.Dziwne,że nie było wypadku samochodowego i rozpadającego się na pół auta klasy Lancia,zawału lub ostrego zapalenia trzustki.
anonim2014.03.16 15:08
Jankielu, Jankielu! A o kim to piszecie? Czyżby w szkole była pała za czytanie ze zrozumieniem?
anonim2014.03.16 18:51
@ Jankiel - wróć się do podstawówki. A dla red. Sumlińskiego wielki szacunek. Także dla sprzyjających mu mediów, m. in. Radia Wnet.
anonim2014.03.18 1:26
Pani Marto, świetna recenzja, dziękuję!