Marta Brzezińska: Panie generale, polska armia jeszcze nigdy nie była tak mała jak dziś. „Dziennik Gazeta Prawna” donosi, że tylko w minionym roku uciekło z niej 7,4 tys żołnierzy. Coraz młodszych. Tylko 55 proc. tych, którzy odeszli miało prawo do emerytury. Eksperci od wojskowości mówią, że to z powodu upadku morale w wojsku, które jest efektem kolejnych reform. Co Pan na to?
Gen. Roman Polko: Zgadzam się z opinią, że morale w armii upada. Zapewniam jednak, że z wojska odchodzą nie tylko ci, którym nie przysługują jeszcze uprawnienia emerytalne, ale także ci, którzy już je mają. Tak na marginesie - one wcale nie są takie wysokie (ok. 45 – 50 proc.). Prowadzę zajęcia na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza i ku wielkiemu zaskoczeniu zobaczyłem tam kapitana, który biegle włada kilkoma językami, zaliczył wiele misji, kończy studia doktoranckie. Myślałem, że to się będzie łączyło z jakimś awansem, a on mi powiedział, że odchodzi do cywila bo w armii brak jakiejkolwiek wizji rozwoju. Ten brak perspektyw i totalny marazm pogrąża nasze siły zbrojne, które zmierzają nie wiadomo w jakim kierunku. Marynarka wojenna upada bo padł jeden z programów. Marynarze nie wiedzą co z nimi będzie, co zostanie im zaproponowane w zamian. Ale w zamian, to znaczy kiedy? Za dwadzieścia lat? Oni przecież służą tu i teraz, a nie tam i potem. Zapewne będą musieli odejść. Chodzą też plotki o zbijaniu ledwo co powstałego dowództwa wojsk specjalnych, które przecież święci triumfy na misji w Afganistanie. Ten rodzaj sił naprawdę się sprawdza i podczas gdy inne elementy są redukowane, akurat te wojska się rozwijają, gdyż są skuteczne w działaniu. To wszystko powoduje, że nawet ci, którzy mają w sobie mnóstwo energii, pasji, wiary, chęci a dla których pieniądze nie są wyznacznikiem bycia w armii, odchodzą bo brak im chociaż cienia poczucia, że będą potrzebni, cienia poczucia stabilizacji. Nie rozwijają się.
Odchodzą zdolni, wykształceni fachowcy, którzy więcej perspektyw rozwoju widzą w cywilu. A co z szeregowymi? Oni też masowo odpływają.
Im się akurat najmniej dziwię, bo dziś łatwiej zostać podoficerem przychodząc prosto z cywila, nie posiadając żadnych doświadczeń, aniżeli mając za sobą wieloletni staż służby czy nawet odbyte misje. Będąc już w wojsku trudno przeskoczyć na ten wyższy szczebel niż przychodząc z cywila. To naprawdę totalny absurd, który rodzi frustracje i zniechęcenie, bo dochodzi do sytuacji, kiedy starszy szeregowy z dużym doświadczeniem bojowym nagle dostaje kaprala, który praktycznie niewiele wie a ma być jego dowódcą drużyny.
Jak tak dalej pójdzie i ta tendencja się nie zmieni, to w polskiej armii zostaną tylko generałowie i pułkownicy, których już teraz jest nadmiar. Jeden oficer najwyższej szarży przypada na niespełna 60 szeregowych i podoficerów. W przeliczeniu zrobionym przed „DGP”: jeden generał mógłby dowodzić batalionem, a jeden pułkownik przypada na 1/3 kompanii.
To absurdalna sytuacja. Jej namiastkę widziałem już w Iraku. Tak szafowano wtedy hasłami „misja szkoleniowa”, ale jeden „drobny” szczegół - ci, którzy atakowali nasze wojska o tym nie wiedzieli. W Iraku spotkałem swojego znajomego, dowódcę grupy specjalnej, który powiedział mi: „Nas tu jest kilkudziesięciu do roboty, a reszta to sztabowcy i dowódcy. Siedzą, doradzają i tak naprawdę nic nie robią”. Mamy zbiurokratyzowaną armię, która tworzy szereg dokumentów, kwitów i nic poza tym. Gdyby jednak poszła Pani do sztabu, to wszyscy będą tam niezwykle zapracowani! Wszyscy są niezbędni jak drugi korpus zdemilitaryzowany w Krakowie, który nie dowodzi żadnymi wojskami czy jak tzw. jednostki skadrowane, gdzie jest generał, dowódca, pułkownicy, a które tak naprawdę nie mają żadnych wojsk pod sobą! A kiedy się ich zapytać, czy to nie głupota, absurd, to odpowiedzą, że to na wypadek wojny, że wtedy powołają armię i będą dowodzić. Dziś w armii utrzymuje się myślenie rodem z PRL - o głębokich rezerwach, które będą wygrywać przyszłe wojny, a których tak naprawdę nie ma. To totalny absurd. Tych dziwnych stanowisk jest za dużo, brakuje zaś pełnych, silnych jednostek. Nawet te elementy wojskowe, z których jesteśmy dumni to tak naprawdę pięć do dziesięciu procent armii. Reszta wciąż szkoli się w siermiężnych warunkach z limitem amunicji, paliwa. Czyli uprawiamy fikcję...
Rząd jednak zdaje się tego nie zauważać i nieustannie uprawia propagandę sukcesu. Przewodniczący sejmowej komisji obrony narodowej Stefan Niesiołowski nie mówi o kryzysie w armii, ale o sukcesie i jako najważniejsze osiągnięcia wymienia likwidację powszechnego poboru i profesjonalizację armii. To się nijak ma do tego, o czym mówi Pan generał...
Skoro mamy takich ekspertów od wojska jak pan Niesiołowski, to mnie to nie dziwi. To jest to taki chichot, bo z tego co wiem, to on jest ekspertem, ale w zupełnie innej dziedzinie. Naigrawanie się z armii i wyznaczanie na stanowisko ministra człowieka, który jest słaby politycznie przynosi takie, a nie inne efekty. Ministerstwo obrony potrzebuje silnego człowieka jakim był na przykład minister Szmajdziński, który rzeczywiście umiał dowodzić wojskiem. Wyznaczanie drugorzędnej postaci politycznej na stanowisko ministerialne powoduje, że resort degraduje się jeszcze bardziej. Co tu dużo mówić, pan Niesiołowski jako przewodniczący sejmowej komisji obrony narodowej, który chyba dopiero teraz poznaje resort, to naśmiewanie się z armii. Niesiołowski podchodzi do wojska raczej na zasadzie piarowskiej, aniżeli traktuje je poważnie. To wszystko sprawia, że armia potrzebuje wielkich zmian i odbudowania morale, ale na poważnie, nawiązując do tych najlepszych tradycji oręża polskiego. Sytuacja napawa ogromną troską, bo łatwo coś zrujnować, łatwo rozwiązać 36. pułk lotnictwa, łatwo zlikwidować programy rozwojowe w marynarce wojennej, ale nie dawać nic w zamian. Łatwiej zwolnić kilkudziesięciu kapelanów zamiast tych wszystkich biurokratów przyczepionych do swoich stołków. Ja nie słyszę żadnych propozycji rozwiązań problemów, więc tym bardziej to wszystko napawa niepokojem. Martwi to nie tylko mnie, ale przede wszystkim wielu żołnierzy zawodowych w czynnej służbie, bo to oni ucierpią w pierwszej kolejności.
Jeśli armią wreszcie zajmie się jakiś kompetentny człowiek, będzie miał wiele do zrobienia (czyt. naprawienia)...
Teraz jest polityka przetrwania i propagandy, a wszystko to, co jest dobre ulega degradacji. Nastąpił poważny upadek etosu służby, a w tej chwili przypudrowuje się wszystkie braki, które są w armii. I z tego powodu utrzymuje się korpus wyższych oficerów generalicji tylko po to, by udawał, że wszystko jest ok. W konsekwencji mamy taką posłuszna generalicję, która nie wychyli się, jak na przykład szef sztabu armii amerykańskiej przed wojną w Iraku, który przeprosił i powiedział mniej więcej tak: „Jesteśmy w stanie wygrać wojnę, ale jesteśmy na tyle silni, by zapewnić tam pokój, a to jest naszym zadaniem”.
Rozmawiała Marta Brzezińska

