09.09.18, 16:35

Dzieci Opus Dei. Rozmawiamy z numerariuszem, Bartkiem Moszoro

 

Dzień dobry, Bartek. Spotkaliśmy się tego roku nad morzem podczas tzw długiego weekendu majowego. W pensjonacie gdzie się zatrzymałam, zwróciłam uwagę na grupę kilkunastoletnich chłopców, którymi opiekowało się chyba trzech dorosłych mężczyzn. Chłopcy zachowywali się nienagannie a jednocześnie swobodnie, co jest rzadkością u nastolatków. Podeszłam do Ciebie i zapytałam wprost, kim jesteście. Usłyszałam - Opus Dei. Opowiedz mi jak doszło do tego, że zostałeś członkiem tej instytucji kościelnej, którą uważa się zarówno za wpływową jak i tajemniczą. Jaką pełnisz w niej funkcję, czym się zajmujesz?

 

Bartek Moszoro: Należę do Opus Dei od wielu wielu lat. O przyjęcie starałem się jeszcze jako chłopak, a po osiągnięciu pełnoletności stałem się członkiem tego stowarzyszenia. Ważną motywacją, o której tu chciałbym wspomnieć była moja relacja z Bogiem, która jest relacją osobową. Swoją przynależnością nie afiszuję się; gdziekolwiek pracuję, a wykładam na uczelniach i prowadzę zajęcia ze studentami, nie opowiadam, że należę do Opus Dei. Jednak nie ukrywam tego i osoby znające mnie bliżej wiedzą o tym oraz jaką pełnię funkcję. Obecnie jestem dyrektorem ośrodka dla młodzieży Potok, moje nazwisko i podstawowe informacje znajdują się na stronie internetowej. Tak że trudno mówić o tajemniczości...

Wspomniałeś o relacji z Bogiem. Powiedz kiedy i jak pojawił się pomysł, że właśnie Opus Dei, a nie jakaś inna forma zaangażowanego uczestnictwa w życie religijne.

Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Rosario, kolega z liceum zapraszał mnie na chłopięce spotkania Opus Dei, także modlitewne. Zaczęliśmy prowadzić katechezy w slumsach. Jeździliśmy tam w każdą sobotę, żeby przygotowywać dzieci do Pierwszej Komunii. Organizowaliśmy rozmaite zajęcia dla tych biednych dzieci, na koniec rozgrywaliśmy mecz. Czasami musiałem być sędzią, ale to nie było fajne…

Taki byłeś surowy?

Nie, to dlatego że sędzia zwykle nie jest lubiany [śmiech]. Ta praca w slumsach była mocnym doświadczeniem. Jednym z kroków na drodze rezygnacji z własnych planów po to, aby robić coś dobrego dla innych. To była przecież dla mnie, nastolatka poważna wtedy decyzja – poświęcić sobotę jakimś dzieciom zamiast iść na strzelnicę z dziadkiem i tatą.

Ale nie wiem czy mam tyle opowiadać o sobie, bo zwykle tego nie robię...

Mówiłeś o spotkaniach Opus Dei dla chłopców. A co z dziewczętami? Czy dla nich też prowadzone są podobne zajęcia?

Tak, oczywiście. Sam mam cztery siostry i wszyscy chodziliśmy do szkół Opus Dei, tyle że osobno. Poza tym znaliśmy rodziny kolegów, ich siostry, spotykaliśmy się na wspólnych imprezach. Dziewczęta uczestniczą w takiej samej formacji, wyjeżdżają na takie same obozy wakacyjne Opus Dei, ale osobno chłopcy i dziewczęta.

Potrzeby dziewcząt i chłopców, szczególnie w wieku dojrzewania są odmienne. Może więc koedukacja tak powszechna w XX w., że wydaje się nam być normą, to jednak nie najlepsze rozwiązanie… Ale wciąż zastanawiam się, skąd wzięła się twoja potrzeba oddania się pracy na rzecz innych ludzi. Musisz mieć w sobie wyjątkowo mocne współczucie dla biednych, słabych, pokrzywdzonych.

Trudno powiedzieć czy jest wyjątkowe. Wychowałem się po prostu w środowisku, w którym było rzeczą oczywistą, że trzeba w życiu robić coś ważnego, nie tylko zajmować się sobą i że każdy rodzi się po coś, ma do spełnienia swoje własne zadanie.

Czyli nie wystarczy tylko chodzić do pracy, dbać o swój dom, o własną rodzinę...

Kiedy zastanawiam się czy mój tata robił w życiu coś ważnego, to nie mam wątpliwości że tak. Przy czym nie jest, jak to się mówi, działaczem społecznym. Jest wielkim polskim patriotą i tę postawę przekazał mnie i moim siostrom. Z kolei babcia przeżyła cztery lata w obozach koncentracyjnych, też w Auschwitz, a zawsze działała dla Polski. U nas w domu było oczywiste, że każdy winien jest oddanie swojej ojczyźnie. W służbie ojczyźnie i społeczeństwu każdy ma swoją rolę do spełnienia. Znam wielu ludzi, którzy robią rzeczy dobre i pożyteczne, ale nikt nie napisze o nich książek.

Myślę, że trzeba o nich mówić, pokazywać ich, bo oni stanowią wzór dla innych. Żyjemy w świecie, gdzie młodzi ludzie cierpią z powodu braku autorytetów, ale przede wszystkim wzorców postępowania. Słyszą raczej, że celem ich życia jest samorozwój i dobra praca; no, może jeszcze założenie rodziny...

Po pierwsze, decyzja o stworzeniu rodziny posiada wielką wartość wynikającą z odrzucenia postawy egoistycznej. Poza tym ważne, by zostawić po sobie nie tylko ślad zawodowy, ale też potomstwo, które stanowi naturalną kontynuację nas samych, przez co jest w stanie ponieść w przyszłość wartości i idee, które mu przekazaliśmy. W tym sensie rodzina, wychowanie dzieci to powołanie.

Pracując z młodzieżą kładę nacisk na to, by myśleli o założeniu w przyszłości rodziny. Jednocześnie zachęcam do zaangażowania w projekty społeczne. Jeżeli to zaakceptują, będą dla innych wzorcem życia w pełnym wymiarze udanego czyli owocnego. Będą tworzyć rodziny, przyjazne środowiska wierne szlachetnym wartościom. W realiach świata, który rozumieją już lepiej niż ja, będą starali się realizować osobiste powołanie do świętości oraz ewangelizacyjną misję Opus Dei.

Kiedy mówiłeś o swoim wychowaniu, podkreślałeś wagę żywego w rodzinie patriotyzmu. Wiem, że jesteś pól-Argentyńczykiem, pół-Polakiem, że urodziłeś się w Rosario. Twoją ojczyzną jest zatem?

Jest i zawsze była Polska.

Dlaczego?

Tata jest Polakiem urodzonym w Argentynie i wielkim patriotą, a mama to akceptowała. Z pełną świadomością wychodziła za mąż za Polaka, a potem wystąpiła o polskie obywatelstwo. W domu śpiewaliśmy pieśni patriotyczne, święta obchodziliśmy zgodnie z polską tradycją, a od dziecka pragnąłem dobrze mówić po polsku. W Rosario my i nasi kuzyni chodziliśmy do babci na lekcje języka, ale to była tylko godzina tygodniowo i raczej podczas wakacji niż w ciągu roku. Stanowczo za mało, żeby nauczyć się języka, chociaż babcia uczyła nas z podręcznika, gdzie zaznaczała nasze postępy. Kiedy więc w wieku siedemnastu lat przyjechałem do Polski, znałem tylko parę słów [śmiech]. Musiałem uczyć się od podstaw.

Czuję oczywiście więź z Argentyną, szczególnie przebywając w Polsce, tym bardziej że tutaj ludzie widzą we mnie bardziej Argentyńczyka. Oglądam oczywiście każdy mecz reprezentacji Argentyny...

A jak Polska gra z Argentyną, to komu kibicujesz?

Zazwyczaj odwrotnie niż moje otoczenie, ale to chyba właśnie gen polski [śmiech]. W szkole zawsze namawiałem kolegów, żeby kibicowali Polakom, a teraz w Polsce zwykle dostaję gratulacje, kiedy Argentyna osiąga sukcesy. Zabawne - po wyborze kard. Bergoglio na papieża otrzymałem chyba tyle esemesów z gratulacjami, co Kamil Stoch po wygranej. Aż zablokowała mi się komórka, a chciałem dodzwonić się wtedy do taty, do siostry we Włoszech i nie mogłem.

Jeżeli chodzi o moją postawę patriotyczną, to zawdzięczam ją i ojcu, i babci, ale i mamie, która zawsze to akceptowała.

Nawiasem mówiąc historia mojej mamy jest dość ciekawa. Jej matka czyli moja babcia jest Żydówką konwertowaną na katolicyzm. Jednak moja mama dowiedziała się o tym dopiero po swoim ślubie. Nie było to dla niej bez znaczenia, bo wiedziała jakie tradycje panują w rodzinie mojego taty… jego rodzice należeli do Stronnictwa Narodowego. W pewnym sensie tata wybrał ją więc na żonę raz jeszcze, jako córkę Żydówki.

Ta historia pokazuje też jakie były losy tych rodzin, które wyjechały z Polski. O babci ze strony mamy wiem poza tym bardzo mało, tyle że na katolicyzm nawróciła się w późnym wieku. Była przy tym bardzo prospołeczna, oddana innym bez względu na koszty własne. To była ta fala emigracji, której członkowie bardzo ciężko pracowali na życie, mieli jasno określone zasady moralne, a swoim dzieciom zapewniali edukację w naprawdę dobrych argentyńskich szkołach publicznych. Teraz to się zmieniło i na kontynencie południowoamerykańskim Argentyna wręcz przoduje we wprowadzaniu do szkół wszelkich kontrowersyjnych nowinek.

Opowiedz o swojej pracy z młodzieżą w Polsce.

W Warszawie mamy klub Potok, gdzie prowadzimy zajęcia dla chłopców. Pracuję tam od pięciu lat, przedtem byłem w Szczecinie, a jeszcze wcześniej w podobnym ośrodku w Argentynie. Naszym głównym celem jest o zorganizowanie młodzieży czasu wolnego w przyjaznym, zdrowym otoczeniu. Rodzice mają często problemy z kontrolą czasu jaki dzieci spędzają przed komputerem czy ze smartfonem, obawiają się istniejących w sieci zagrożeń, możliwości nawiązywania kontaktów z nieodpowiednimi ludźmi, także uzależnienia od rzeczywistości wirtualnej. Nasze kluby są odpowiedzią na te problemy.

Czy zajmujecie się tylko dziećmi rodziców należących do Opus Dei?

Niekoniecznie. Na przykład w zeszłym roku najwięcej chłopców przyprowadził do nas pan, który chociaż nie związany z Opus Dei, jest zachwycony naszym sposobem pracy z młodzieżą. Przywozi do nas swoje dzieci i ich kolegów. Ponieważ mieszkają pod Warszawą, więc co sobotę muszą dojeżdżać półtorej godziny na zajęcia i robią to chętnie. Dla chłopców wartością dodaną jest to, że po drodze zostawiają siostry i koleżanki w innym ośrodku. Kiedyś jeden z nich miał złamaną rękę, więc zaproponowałem, że spotkanie odbędzie się w jego domu - nawet mowy nie było!

Czym chłopcy zajmują się na tych spotkaniach?

Głowna myśl jest taka, żeby młodzież rozwijała własne pasje, co przynosi efekty nieporównywalne z jakimkolwiek narzuconym programem. Dostają w tym celu wsparcie specjalistów z różnych dziedzin: naukowców, przedsiębiorców, artystów. Na przykład chłopcy z Potoku brali w tym roku udział w międzynarodowym projekcie naukowym ASGARD. Pracowali pod kierunkiem naukowców z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego poznając przy tym ich metody badawcze. Musieli także znaleźć fundusze na swój projekt i na wyjazd do Belgii, gdzie w kwietniu odbywała się finałowa część projektu. To było dla nich wspaniałe przeżycie.

Staramy się przy tym umożliwić chłopcom kontakt z innymi młodymi ludźmi, którzy podzielają ich pasje i wprowadzać ich w zgodne z ich zainteresowaniami środowisko zawodowe. Sami, jako klub nie posiadamy własnej infrastruktury na przykład sportowej ani stałego finansowania. Polegamy na pomocy i wsparciu rodziców i osób, które cenią sobie nasz sposób pracy z młodzieżą. Dlatego nasze działania są zależne zarówno od aktualnych możliwości, jak i potrzeb dzieci. Jesteśmy szczególnie otwarci na te ostatnie i raczej słuchamy młodzieży niż narzucamy własne pomysły, więc zajęcia w Potoku zależne są od tego, kto w nich uczestniczy. A że wszystko odbywa się w atmosferze przyjaźni, to dzieciaki mogą rozwijać się swobodnie.

Teraz mamy chłopca, który pasjonuje się musicalem, a pochodzi z rodziny zajmującej się tą dziedziną sztuki. Chciałby zrealizować u nas w klubie, przy udziale i pomocy kolegów musical Hamilton, który od trzech lat cieszy się na Broadwayu wielką popularnością. Ze względu na nasze ograniczone możliwości będzie to chyba raczej w formie słuchowiska. Chłopiec chciałby je nagrać i w ten sposób zdobyć pieniądze na jakieś działanie charytatywne - żeby nadrzędnym celem było zrobienie czegoś coś dla innych, a nie tylko realizacja własnych ambicji. Tego też ich uczymy. Z kolei za trzy tygodnie rozpoczynamy kurs zarządzania projektami, a potem chłopcy będę według tego realizować własny projekt jako jego kierownicy.

Młodzież w wieku licealnym działa dobrze wtedy kiedy robi rzeczy, do których ma przekonanie. My możemy dać im narzędzia: odpowiednią wiedzę, kontakty, możemy ich wspierać ucząc konsekwencji w podejmowanych działaniach, dotrzymywania zobowiązań i terminów. Jednak ostatecznie wszystko zależy od nich. Formacja u nas polega przede wszystkim na wyrabianiu dobrych nawyków: refleksji nad swoim postępowaniem, samokontroli, hartu ducha, przełamywania własnych słabości, świadomości że rzeczy wartościowe zawsze mają swoją cenę, otwartości na innych czyli umiejętności rozmawiania z ludźmi myślącymi inaczej, ofiarności, dzielności. Kładziemy nacisk na kształtowanie męskiej postawy. To szczególnie ważne w świecie gdzie rola mężczyzny jako męża i ojca zdewaluowała się i kiedy zacierają się różnice między płciami.

Czy w zajęciach Opus Dei może uczestniczyć każdy chłopiec? Pytam o to, bo słyszałam, że zanim przyjmiecie dzieciaka do klubu, przeprowadzacie wywiad rodzinny.

Musimy tutaj odróżnić samo Opus Dei od klubu młodzieżowego Potok. Jest oczywiście jasne, że ośrodek prowadzą członkowie Opus Dei. Ksiądz prowadzący spotkania modlitewne i katechezy należy do prałatury Opus Dei, które bierze na siebie odpowiedzialność za wierność nauce Kościoła. Przy czym Potok jest ośrodkiem otwartym dla wszystkich. Jeżeli chłopiec z naszego klubu przyprowadzi raz kolegę na wspólne oglądanie meczu, to nie ma problemu. Gdyby jednak miało to się powtarzać, chcemy upewnić się, że rodzic to akceptuje. Mamy przecież do czynienia z niepełnoletnimi i rodzice muszą wiedzieć co, gdzie i z kim robi ich dziecko. Dlatego rozmawiamy. Zapraszamy rodziców na zajęcia, mogą być na nich zawsze obecni. Zachęcamy też, by przyprowadzając młodsze dziecko witali się z nami i odwiedzali nas w pokojach gdzie mieszkamy. W wyjazdach też biorą udział rodzice, najczęściej ojcowie, którzy są dużą pomocą. W tym wypadku ważniejsze jest jednak to, żeby ojcowie mieli możliwość spędzania czasu ze swoimi synami.

Przypuszczam, że młodsze dziecko, szczególnie kiedy wyjeżdża z wami po raz pierwszy, czuje się wtedy bezpieczniej.

Akurat na poczucie bezpieczeństwa nie kładłbym takiego nacisku - to są przecież chłopcy! Natomiast główną wartością obecności ojca na wyjeździe jest czas jaki spędzi z nim syn. To bardzo ważne i dobre dla chłopców, szczególnie że ojcowie są często bardzo zajęci przez cały tydzień. Dlatego zwyczajowym wstępem do uczestnictwa w Potoku są klubiki dla ojców z młodszymi synami; prowadzimy je w kilku miejscach. Tam spotkania odbywają się raz w miesiącu, czasami też w naszym ośrodku. Bardzo często stamtąd właśnie trafiają do nas chłopcy, kiedy zaczynają czuć potrzebę większej samodzielności. Znają już wtedy i opiekunów, i księdza. Czyli ojciec wprowadza syna w nasze środowisko i jest obecny wtedy, kiedy wiek syna tego wymaga, a syn w naturalny sposób przechodzi do następnego etapu.

Wszystko co robimy, odbywa się za wiedzą i akceptacją rodziców, także dlatego że aby nasza praca wychowawcza przyniosła efekty, musi być spójna z przekazem płynącym z domu. Inaczej wszystko byłoby na nic. Praca z młodzieżą to wielkie wyzwanie i tak to zawsze też traktował Kościół. Tu nie ma miejsca na dwulicowość, dwuznaczność, fałsz. Młodych ludzi nie przyciągnie ktoś, kto jest niespójny w swoich myślach, deklaracjach i działaniach. A stawka jest wysoka – walczymy przecież o dusze.

Z tego co powiedziałeś, rozumiem że poza ewangelizacją ideą Opus Dei, a przynajmniej pracy Potoku jest kształtowanie określonych postaw. Czy pracujecie tylko z katolikami?

Bardzo dobre pytanie. Nie tylko; przychodzą do nas też chłopcy, którzy nie biorą udziału w spotkaniach modlitewnych czy katechezach i nie robimy z tego problemu. Zdarzały się dzieci z rodzin niereligijnych, gdzie rodzice uznawali po prostu nasz styl formowania charakterów za pożyteczny.

Ale wróćmy do założeń Opus Dei, z których jednym jest wypracowywanie najpierw u młodzieży potem u dorosłych pewnych postaw, cech, cnót chrześcijańskich. To piękny i ważny cel. Ale chyba nie jedyny? Mówi się, że Opus Dei to półtajna organizacja przenikająca swoimi mackami rozmaite instytucje społeczne, państwowe, naukowe, a członkowie Opus Dei wspierają się wzajemnie w sposób niejawny.

Niewątpliwie Opus Dei wywiera wpływ na ludzi choćby przez to, że członkowie naszej formacji starają się stosować w praktyce jej zasady, dawać świadectwo wiary. W tym miejscu warto wrócić na chwilę do kwestii kształtowania młodzieży. Oprócz określonych zasad, wypracowywania cnót staramy się wykształcić w nich postawę wewnętrznej autonomii, która stanowi ochronę przed zewnętrznymi naciskami i wpływami. To oznacza umiejętność kierowania się rozumem i sumieniem - własnym napędem niezależnym od okoliczności. Nasi członkowie mają za zadanie realizować osiem błogosławieństw w swoim życiu, w swoim indywidualnym powołaniu, na miejscu gdzie się znaleźli i nie zważając na przeszkody. Nie da się tego dokonać bez wewnętrznej autonomii.

Każdy członek Opus Dei ma być zaczynem chrześcijańskich cnót w rozmaitych obszarach społeczeństwa. Dlatego uczymy, że nie jest dobrą praktyką zatrudnianie u siebie czy otaczanie się w pracy członkami Opus Dei, nasza rola nie ma polegać na wzajemnym popieraniu się. Natomiast nie prowadzimy kontroli działań naszych członków i zostawiamy to ich sumieniu.

W tej sprawie wypowiadał się też nasz nowy prałat Fernando Ocariz, fizyk z wykształcenia, który pracował 20 lat w Kongregacji do Spraw Wiary u Papieża Benedykta XVI...

To chyba dobra rekomendacja...

Bardzo dobra! Zatem w jednym ze swoich listów prałat Fernando Ocariz pisał, że priorytetem Opus Dei jest wspieranie rodziny i młodzieży podobnie jak to się dzieje w Kościele. Cytował też słowa naszego założyciela Josemaría Escrivá de Balaguer, że naszym celem jest spotkanie z Chrystusem tam gdzie jesteśmy, w rodzinie i w pracy. To największe wyzwanie. Bo przecież nie zawsze jest łatwo konsekwentnie pomagać potrzebującym, nie ugiąć się pod naciskiem otoczenia, zachowywać uczciwie, nie odcinać się od ludzi o innych poglądach, rozmawiać z tymi którzy nie zawsze przecież chcą słuchać.

Nasze społeczeństwo w dużym stopniu utraciło zdolność do spokojnej rozmowy, do wysłuchania drugiej strony sporu. Jak ty reagujesz na agresję?

Nie wiem… Nie spotykają mnie takie sytuacje; Polska to świetny, przyjazny kraj.

Miałam na myśli agresję jaka zapanowała od pewnego czasu w polskiej przestrzeni publicznej. To wynika z głębokiego podziału naszego społeczeństwa. Nie zdarzyło ci się, że kiedy ujawniłeś swoją przynależność czy poglądy, że ktoś cię zaatakował? To przecież zdarza się na co dzień.

Członkowie Kościoła muszą liczyć się z takimi atakami. Ja jednak z natury nie jestem konfliktowy i myślę, że chociaż rozmowa jest podstawą, to doświadczenie uczy, że samymi argumentami trudno kogoś przekonać. Dlatego powinniśmy dawać świadectwo własnym życiem i na tym przykładzie pokazywać, że Ewangelia nie tylko nie jest toksyczna lecz przeciwnie - wydobywa z człowieka to co w nim najlepsze. Trzeba więc przede wszystkim robić swoje, a ludzie odpowiedzą na dobro jakiego są świadkami. To chyba naturalna właściwość człowieka. Nawet nasi sąsiedzi… szczególni ludzie… z okolic ulicy Idzikowskiego, Ikara, którzy wiedzą kim jesteśmy… nawet oni patrzą na nas przychylnie widząc to co robimy.

Czy wobec tego uważasz, że jeśli stajemy się obiektem czyjejś agresji, także tej ideologicznej, to jest to po części naszą własną winą?

To na pewno. Każdy z nas ma do wykonania wiele pracy nad sobą i wiele do nauczenia. Może trzeba coś w sobie poprawić, może moje świadectwo nie jest autentyczne... Staramy się najlepiej jak potrafimy, ale nie ze wszystkim sobie radzimy. Na przykład my w Potoku pracujemy społecznie i trzeba na przykład zrobić ulotki na sobotę, która jest już zaraz, a my zabieramy się do tego dopiero po pracy i na sobotę ulotek nie ma… To przecież nasza wina, powinniśmy to zmienić. Dlatego musimy wciąż się doskonalić, zarówno Opus Dei jako całość jak i członkowie.

Na koniec pytanie bardziej osobiste… Jaką pozycję zajmujesz w Opus Dei, poza tym że kierujesz Potokiem?

Jestem numerariuszem czyli celibartariuszem Opus Dei. Supernumerariusze mogą tworzyć rodziny i są liczniejsi; numerariusze oddają się Bogu w celibacie apostolskim i są potrzebni, by tworzyć w świecie ośrodki Opus Dei. Kiedy przyjechałem do Polski, było tu niewielu numerariuszy. Nie tylko jesteśmy bardziej dyspozycyjni jako ludzie stanu wolnego; jest to też powołanie. Oddanie się pełne Chrystusowi jest uszczęśliwiającym doświadczeniem, a stanowi też świadectwo wiary. Ale ani jedni, ani drudzy nie afiszują się swoimi funkcjami tylko wypełniają je w realiach życia.

Idziesz ulicą. Co która kobieta zwróci na cienie uwagę? Myślę, że niejedna. Jesteś dobrze ubranym, atrakcyjnym, przystojnym mężczyzną o sporym uroku. I celibatariuszem. Czy w ten sposób nie wprowadzasz kobiet w błąd?

Nigdy nie ukrywam prawdy o sobie. Ale zdarzało mi się, kiedy prowadziłem zajęcia ze studentami, obracać sygnet na palcu w ten sposób, żeby wyglądał jak obrączka.

Obrączka ma być ochroną?

Przynajmniej daje do myślenia.

Wiesz pewnie o tym, że jest wiele kobiet, dla których stanowi raczej zachętę.

Zakładam że każdy człowiek posiada rozum i nim się kieruje. Oczywiście, może zdarzyć się inaczej… Ja jednak staram się nie prowokować takich zdarzeń - idąc ulicą staram się być skupiony i nie rozglądam się na boki.

Natomiast z mojej strony można to wyjaśnić tylko tak, że jest to powołanie boże. Inaczej tego zaakceptować ani pojąć się nie da – bo dlaczego nie miałbym być z kobietą, jak mógłbym w tym wytrwać. Można to porównać z sakramentem małżeństwa. Mówi się nie raz, że Kościół go narzuca. Nic podobnego! Zachęca do niego, bo z sakramentu płynie wielka łaska, która pomaga wytrwać w tym co niełatwe. Trudno to zrozumieć bez intensywnego życia modlitwą. Bez motywacji większej niż ta, jaka popycha nas, byśmy mieli lepszą furę czy dom.

A ten piękny pierścień na twoim palcu? Rycerz na koniu… czy to jakiś symbol Opus Dei?

Nie, sygnet rodzinny, chociaż niektórzy myślą jak ty, że to znak Opus Dei.

Jest tu rycerz na czarnym koniu, z podniesioną przyłbicą i pałaszem w ręku. Rodzinie Moszoro ten herb nadał jeden z polskich królów w dowód wdzięczności za pomoc i wsparcie. Przypuszczam, że ekonomiczne, jako że 800 lat temu przybyliśmy do Polski z Armenii, a Ormianie znani są z talentów kupieckich.

Pomyślałam, że ty jesteś tym rycerzem. Walczysz o dobrą sprawę. I z podniesioną przyłbicą. Dziękuję ci za tę rozmowę. I za twoje świadectwo.