Bronisław Wildstein dla F.: Zgwałcona prawda. O dekoncentracji mediów - zdjęcie
15.11.18, 20:40zdj. screen Youtube

Bronisław Wildstein dla F.: Zgwałcona prawda. O dekoncentracji mediów

Martyna Ochnik: Panie redaktorze, jest pan dziennikarzem i publicystą o ogromnym doświadczeniu. Dlatego chciałabym dowiedzieć się, co pan sądzi o koncepcji dekoncentracji mediów. Niektórzy podnoszą tę kwestię jako niezwykle istotną dla jakości polskiego dziennikarstwa; inni jak choćby redaktor Łukasz Warzecha twierdzą, że jest to działanie pozbawione sensu podpierając swoją argumentację opiniami ekspertów z mediów zagranicznych.

Bronisław Wildstein: W wielu krajach Europy funkcjonują przepisy chroniące rodzime media przed nadmiernym udziałem w nich kapitału zagranicznego. Tak jest we Francji, natomiast w Niemczech istnieje bardzo silna presja, aby nie pozwalać przejmować obcemu kapitałowi mediów. Pamiętam też taką historię z dużym pismem wiedeńskim, które chcieli kupić Duńczycy. Zrobiła się z tego straszna afera, chociaż przecież Duńczycy byli zagrożeniem dość egzotycznym. Potraktowano to jednak jako niebezpieczny precedens i zablokowano transakcję.

A jak to wygląda u nas? Czy dobrze mi się zdaje, że nikt nad tym nie panuje?

Tak. Mamy do czynienia, zwłaszcza jeśli chodzi o prasę lokalną, z ogromną przewagą niemieckiego kapitału. Nie jest to zdrowa sytuacja, ale nie wydaje mi się, żeby można to było formalnie rozwiązać.

Jestem przekonany, że źródłem problemów rynku medialnego jest nie tylko narodowość kapitału, ale i zatracenie pewnych standardów, nie tylko zresztą w Polsce. Żyjemy w czasach odrzucenia i zakwestionowania zasad dziennikarskich, nikt się już nimi nie przyjmuje. Media biorą udział w walkach i wojnach politycznych i kulturowych po określonej stronie. Ich misją przestało być opisywanie świata, przedstawianie, informowanie ale bezpośrednie uczestnictwo w sporach. Ta zmiana jest problemem ogólnoświatowym.

Czy zatem dekoncentracja mediów nie zmieniłaby niczego na lepsze?

Takie teoretyzowanie nie ma sensu. Musiałbym mieć możliwość odniesienia się do konkretnych projektów a takich tymczasem brak.

Czy stawiałby Pan znak równości między dekoncentracją mediów a ich repolonizacją, którą obiecywano nam trzy lata temu?

Tak to rozumiałem, że w tym właśnie kierunku mieliśmy zmierzać. Ale to deklaracje; jak do tej pory nic o tym nie słychać.

Wspomniał pan o zakwestionowaniu dziennikarskich standardów. Dziennikarze Superwizjera, autorzy materiału Polscy neonaziści otrzymali właśnie nagrodę im Wojciechowskiego...

To jest właśnie jednoznaczna deklaracja, że nagradza się tych, którzy działają zgodnie z naszymi politycznymi oczekiwaniami. Nie ma tu zupełnie, w tym określonym kontekście najlżejszego odniesienia do sztuki dziennikarskiej. Przecież, mówiąc najostrożniej jest wysokie prawdopodobieństwo, że mieliśmy do czynienia z prowokacją. Przyznanie zatem tej nagrody, zanim sprawa zostanie rozpoznana jest ostentacyjną deklaracją polityczną.

Czy widzi pan nadzieję na uzdrowienie dziennikarstwa, tak żeby powróciło do idei opisu rzeczywistości i prezentacji faktów?

Nie widzę.

Tradycyjne media w ogóle kończą się. Mam głębokie przeświadczenie, że żyjemy w zasadniczo zmieniającym się świecie. Oczywiście, on zmienia cię nieustannie, ale teraz mamy moment przełomowy, także dla mediów. Te tradycyjne kończą się, zastępują je nowe formy komunikacji, głównie internet, które jednak niczego nie uzdrawiają.

One pełnią w demokracji oczywiście pożyteczną rolę, umożliwiają stosunkowo łatwe wejście na rynek medialny, ale to jest też do pewnego stopni a złudzenie. Przecież także w internecie dominują potężni gracze, a ta łatwość wchodzenia na rynek psuje jednocześnie do końca jakość. Ludzie wypowiadający się w internecie nie robią tego po to, aby świat ukazać w sposób jak najbardziej bezstronny ale głównie, żeby wyrzucić z siebie to co im lezy na wątrobie. I zaatakować przeciwników. Stąd te plemienne wojny w internecie. Ich ofiarą padają już nie tylko standardy dziennikarskie ale prawda jako taka.

To dość pesymistyczna diagnoza...

Oczywiście. Ale ja nie jestem od tego, żeby roztaczać optymistyczne wizje, ale żeby próbować podzielić się swoimi obserwacjami.

Być może musi dojść do głosu całkiem nowe pokolenie, wychowane w pewnych standardach moralnych natury ogólnej.

Jedno co jest pewne, to że świat się zmienia, a my nie wiemy jak będzie wyglądał w w przyszłości. Przyszłość nigdy nie jest taka jak ją sobie wyobrażamy.

Zawsze zaskakuje. Dziękuję za rozmowę.