Oficjalny tytuł filmu nie jest jeszcze znany. Na razie twórcy podali jego roboczą wersję "Mercury", zastrzegając jednak, że w każdej chwili może się on zmienić. Nie wiadomo również jaka będzie treść filmu i jaki okres kariery charyzmatycznego wokalisty obejmie. Ostatnio spekulowano, że „fabuła filmu będzie się skupiać na napiętych relacjach miedzy Mercurym a pozostałymi członkami zespołu - Brianem Mayem, Rogerem Taylorem i Johnem Deaconem. Media donosiły, że na potrzeby zdjęć zostanie zrekonstruowany słynny koncert charytatywny "Live Aid" z 1985 roku. To tam padła słynna kwestia Eltona Johna, który po ich niespełna półgodzinnym występie narzekał: "Ukradli mi show". Przed telewizorami oglądało go wtedy 1,6 miliardów ludzi” - informuje gazeta.pl.
Wiadomo za to, kto napisze scenariusz do filmu. Poinformował o tym Brian May na stronie Queen. Będzie nim autor znakomitego scenariusza do obrazu „Frost/Nixon” Peter Morgan. W realizację filmu zaangażowani są trzej żyjący do dziś członkowie Queen. Nad warstwą muzyczną dzieła będą czuwać gitarzysta Brian May i perkusista Roger Taylor (Deacon skończył karierę muzyczną). W filmie podobno wykorzystana zostanie oryginalna muzyka Queen oraz solowe utwory Freddiego Mercury. Chyba nikt zresztą nie wyobraża sobie, że Cohen będzie się starał podrobić wspaniały głos Freddiego. Taki zabieg miał sens w filmie „Walk the Line”, gdzie Joaquin Phoenix i Reese Whitherspoon znakomicie zaśpiewali utwory Johhnego Casha i June Carter, bowiem para nie miała szczególnie dobrego wokalu. Co innego Freddie, który przecież radził sobie nie tylko na scenie rockowej, ale również w operze. Według ostatnich informacji w produkcję filmu zaangażowana ma być firma Roberta de Niro, która ma na koncie wiele znaczących filmów. Pierwsze informacje o tym jaka ekipa ma realizować film, każą przypuszczać, że będziemy mieli do czynienia z bardzo ciekawą i nietuzinkową produkcją. W końcu życie Mercurego było idealne na materiał filmowy. Ten libertyn i biseksualista był znany jak nikt inny z imprezowego stylu życia, które można było znaleźć na kartach dzieł De Sade’a. Obliczono nawet, że na imprezy wokalista wydał 5 milionów funtów (sic!). Nie wiadomo jednak czy film pokaże konsekwencję tego stylu życia, która skończyła się potwornym cierpieniem i śmiercią z powodu AIDS.
Najciekawsze jednak jest to, czy z rolą poradzi sobie brytyjski komik Sacha Baron Cohen, znany z ról „Ali G”, „Borata” czy „Bruno”. Patrząc na aktora trudno wyobrazić sobie lepszy wybór, jednak Cohen do tej pory nie grał poważnych ról. A jednak przedstawienie losów Freddiego nie może być tylko naśladowaniem muzyka. Nie można natomiast zapominać, że wielu komików tłumi przez lata w sobie wielki talent dramatyczny, który w pewnym momencie eksploduje, jak ktoś da im oczywiście na to szansę. Tak było z Jimmem Carreyem, który pokazał wielką klasę w „Truman Show” oraz wcielając się w arcykontrowersyjnego komika Andiego Kaufmana w znakomitym filmie Milosa Formana „Człowiek z księżyca”. Podobną drogę przeszedł Bill Murray, który porzucił „Ghosbusterów” na rzecz filmów Sofii Coppoli i Jima Jarmusha. Podejrzewam, że Cohen może dołączyć do tych świetnych komików. Dlatego mam nadzieję, że twórcy nie ugną się pod naporem poprawności politycznej oraz gejowskiego lobby i pokażą ciemną stronę libertyńskiego życia. To by była nie tylko szansa na pokazanie talentu Cohena, ale również przestroga dla młodych ludzi, którzy myślą, że nikt nie wystawia rachunku królom życia, który uosabiają hasło sex, drugs and rock’n roll. Czy jednak jest to możliwe w kraju, gdzie panuje dyktatura poprawności politycznej?
Łukasz Adamski

