Według jego deklaracji emisja wiadomości ma zostać wstrzymana do czasu, aż nowa rada nadzorcza będzie w stanie zagwarantować „obiektywny przekaz informacyjny”. To jedno z pierwszych działań zapowiedzianych po wyborczym zwycięstwie, które dało jego ugrupowaniu większość konstytucyjną.
Choć w retoryce Magyara pojawia się odwołanie do standardów obiektywizmu, jego propozycja budzi poważne wątpliwości. Zawieszenie programów informacyjnych – nawet pod hasłem walki z propagandą – oznacza bowiem faktyczne wyciszenie przestrzeni publicznej i ograniczenie dostępu obywateli do bieżących informacji. W praktyce może to prowadzić nie do pluralizmu, lecz do zastąpienia jednego przekazu innym, już pod kontrolą nowej władzy.
Kontekst międzynarodowy dodatkowo wzmacnia te obawy. Organizacje takie jak Human Rights Watch wskazywały wcześniej, że na Węgrzech dochodziło do napięć wokół wolności mediów, a działania instytucji państwowych „wielokrotnie nękały organizacje społeczeństwa obywatelskiego i media krytykujące rząd”. Z kolei raporty Międzynarodowego Instytutu Prasy podkreślały, że system medialny w tym kraju jest silnie upolityczniony.
W tym świetle deklaracje Magyara mogą być odczytywane nie jako realna reforma, lecz jako wpisanie się w szerszy europejski trend regulowania przekazu medialnego w imię „standardów” definiowanych przez instytucje unijne. Taki kierunek – zamiast wzmacniać wolność słowa – rodzi ryzyko jej dalszego ograniczania poprzez administracyjne decyzje i polityczne kryteria oceny treści.
Zmiana władzy w Budapeszcie miała przynieść nowy rozdział, tymczasem pierwsze zapowiedzi dotyczące mediów wskazują, że kluczowy spór o wolność słowa i pluralizm dopiero się rozpoczyna.
