09.07.13, 09:20

Robaczewski dla Fronda.pl: Nowa ewangelizacja to nie spektakl, a ciche ofiarowanie

Zrodziło tylko owo wydarzenie  kilka refleksji:

Wiem, że Bóg i Jego działanie jest Tajemnicą. Wiem też, że działa zawsze w sposób szczególny w czasie każdej Mszy św., także podczas tych, sprawowanych z dala od stadionów i innych wielkich wydarzeń. Podczas Mszy, które nigdzie nie są reklamowane, dokonuje się również największy Cud – urzeczywistnia się Ofiara naszego Odkupienia. Jeśli ktoś szuka innych cudów i znaków, może rzeczywiście ich potrzebować, bo traci albo już niepostrzeżenie stracił wiarę w Cud Mszy św; stracił też zaufanie Bogu, o obie te straty nietrudno przecież w dzisiejszym świecie. Rozumiem, że ktoś taki, mniej lub bardziej świadomy swego stanu, potrzebuje niezwykłości, dawki niecodziennych emocji, by swą gasnącą wiarę w ten sposób podtrzymać. Rozumiem i nie protestuję. Nie przeczę też, że Pan Bóg, Jezus Chrystus i Duch Święty działają w szczególny sposób przez poszczególne osoby, w tym, być może, przez ks. Boshoraboę.

Tak było od początku kościoła; byli charyzmatycy, którzy gromadzili tłumy, kaznodzieje, za którymi szły mniejsze lub większe grupy wiernych pociągniętych cudami, mocą wypowiadanych słów, albo inną niezwykłością. Dlatego wierzę, że również w taki nadzwyczajny sposób Bóg może działać i dziś, i na nowo kimś zawładnąć na Stadionie Narodowym, pomiędzy budką z parówkami za 20 zł, a natchnionymi słowami natchnionego nauczyciela wiary.

Wciąż jednak jestem pewien, że najważniejsze środki nowej ewangelizacji to nie wielkie spektakle i niezwykłości, bicie w bębny i krzyk dziesiątek tysięcy gardeł, wyznających głośno i wspólnie wiarę. Nowa ewangelizacja to codzienna walka, która wypływa z cichej modlitwy; to ciche składanie ofiary z siebie za braci, przede wszystkim za wrogów, za tych, którzy są wokół mnie. Tak ciche, jak Ofiary Mszy sprawowane co rano w parafialnych kościołach i kaplicach.

Pragnienie niezwykłości jest czymś zupełnie naturalnym; jest ono uruchamiane przez głód tego, co nas nieskończenie przekracza. W każdym człowieku jest umocowane „naturale desiderium Dei”. Nie da się go żadną siłą usunąć, można natomiast je oszukiwać i zwodzić. Jednym ze sposobów zwodzenia jest zastępowanie trudu żmudnego wysiłku budowania swej więzi z Panem Bogiem, poszukiwaniem cudownego przeżycia, które mnie zwolni z tych codziennych praktyk,  na które zwykle składają się asceza, ćwiczenia duchowne, systematyczna, często opancerzona rutyną modlitwa. Stąd łatwo już do ulegnięcia pokusie: zostałem specjalnie dotknięty, nie muszę iść drogą innych grzeszników. Zostałem bardziej uduchowiony i nie muszę uduchowiać się przez codzienny trud i rutynowe czynności.

Nawet, jeśli  „dotknięcie” w czasie wielkiej ewangelizacji rzeczywiście następuje, to i tak zaraz potem przychodzi oczyszczające oziębienie. My jednak uciekamy od tego, co niesie rozczarowanie zwykłością, przyzwyczajenie, rytmiczność codzienności. A  jednak, zwłaszcza w sprawach boskich, musimy nie tyle uciekać od tego, co codzienne, lecz przeciwnie – czerpać z codzienności siłę i iść w głąb tej rzeczywistości, rutyny liturgii, rutyny codziennej modlitwy, banalnego chodzenia do kościoła. To jedna z subtelnych,  ale też najbardziej groźnych pułapek tego świata: budzenie w nas przekonania, że wierność przepisom i zrodzona przez porządek rutyna oznacza śmierć ducha, a ciągłe łamanie konwenansów, rubryk i poziome przekraczanie granic – rodzi ducha i wolność.

Na tym schemacie oparta jest cała współczesna antykultura, To z niego pochodzi siła niszcząca np. instytucję małżeństwa. Liczy się przezycie, a nie trud ożywiania i czynienia gorącymi i życiodajnymi codziennych relacji, w których musimy zadawać sobie śmierć. Szkoda, że nader często przenosimy te postawy na nasze życie religijne. Poszukujemy dreszczyku emocji i aury niecodzienności. Spotkanie na stadionie przypominało sanatoryjny wypad dojrzałych żon i mężów: ludzie zostawili swoje parafie i duszpasterzy, dla podratowania swej wiary, ale przede wszystkim po to, by przeżyć coś niezwykłego, podobnie jak znudzeni małżonkowie wyjeżdżają osobno do sanatorium, by podreperować zdrowie, choć to tylko pretekst, ważniejsze bowiem są wieczorki taneczne i ekscytacja z nimi związana.

Zostawili parafie. Tak, każdemu od czasu do czasu trzeba świętowania i oderwania od codzienności. To odświeża, oczyszcza, zapala. Ale czy w codziennym duszpasterstwie zbyt łatwo nie odstawiliśmy takich rzeczywistości jak nabożeństwa okresowe (majowe z Litanią do Najświętszej Maryi Panny, czerwcowe z Litanią do Najświętszego Serca Pana Jezusa, lipcowe z Litanią do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana), parafialne Drogi Krzyżowe i Gorzkie Żale, październikowy Różaniec, poranne adwentowe Roraty? Czy zbyt łatwo nie zaprzestaliśmy wysiłku ożwczego czerpania mocy z tego, co Kościół daje?  Może warto w parafiach wsunąć w rękę młodym stare dzieła mistrzów duchowości: O naśladowaniu Chrystusa, Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, może warto zaproponować, jako formę rekolekcji, Ćwiczenia Duchowne? Udział w nich ma moc przemiany duszy, zacieśniania więzi z Bogiem. Przynajmniej u tych, którzy zachowali jeszcze choć szczątki wiary. Im trzeba ukazać wartość wierności w codzienności, a nie proponować eskalację wzruszeń wywołanych religijnymi fajerwerkami. Jeśli Kościół jest znakiem sprzeciwu w świecie, niechże będzie poprzez i ten znak: wierności zwykłej, starej religijności, obumierania w niej pragnienia ciągłej ekscytacji na rzecz wierności temu, co zwyczajne, a jednak przecież, przez swe boskie pochodzenie – niezwyczajne.. Paradoksalnie, w tej wierności, jeśli jest konsekwentna, rodzą się w końcu ożywcze dla życia duchowego strumienie.

Stadionowa ewangelizacja bez dwóch zdań wskazuje już nie na kryzys, ale na śmierć codziennego duszpasterstwa. Nie ma go nawet dla ludzi młodych. Można poszukiwać ekscytujących wydarzeń, wieczorów chwały, ewangelizacyjnych dyskotek, czy innych form „przyciągających”. Zdaje się jednak, że to gonienie świata, albo tylko naśladowanie skazane jest na smutną, może trochę śmieszną, przegraną. Ostatecznie i tak wrócimy do tego bogactwa, o którym zaświadcza piękny fragment  polskiej literatury, który opisuje, jak bywały w świecie człowiek, który to i tamto widział, powraca do kościółka swego dzieciństwa i młodości :

Potem wyszedł ksiądz ze mszą. Na widok tej mszy i tego kościółka pamięć Połanieckiego znów wróciła do lat dziecinnych, gdy bywał tu z matką. Mimo woli rodziło się w nim zdziwienie, jak dalece na wsi nic się nie zmienia, prócz ludzi. Jednych składają na księżej grudzi, drudzy się rodzą, ale nowe życie podstawia się w dawne formy, i kto przyjeżdża po długiej niebytności, z daleka, temu się zdaje, że to wszystko, co poprzednio widział, było wczoraj. Kościół był ten sam; nawa była równie pełna płowych głów chłopskich, szarych sukman, czerwonych i żółtych chustek, oraz kwiatów na głowach dziewek; tak samo pachniało kadzidłem, świeżym tatarakiem i wyziewami ludzkimi. Za jednym z okien rosła ta sama brzoza, której cienkie gałązki wiatr, gdy się podniósł, rzucał na okno i przesłaniając je, napełniał kościół zielonawym światłem; tylko ludzie byli nie ci sami: część tamtych rozsypywała się sobie spokojnie w proch lub wydostawała się trawą spod ziemi; ci zaś, którzy zostali jeszcze, byli jacyś pochyleni, zgarbieni, mniejsi, jakby powoli zasuwali się pod ziemię. Połaniecki, który chlubił się tym, że unika wszelkich zagadnień ogólnych, a który w gruncie rzeczy, mając jakby niewyłonioną jeszcze dostatecznie z wszechbytu słowiańską głowę, zajmował się nimi mimo woli ciągle, myślał teraz, że jednak jest okropna przepaść między tą wrodzoną ludziom namiętnością życia a koniecznością śmierci. Myślał także, że może dlatego wszystkie systemy filozoficzne mijają jak cienie, a msza po staremu się odprawia, iż ona jedna obiecuje dalszy i nieprzerwany ciąg.

Arkadiusz Robaczewski

Komentarze

anonim2013.07.9 10:35
Pełna zgoda z autorem
anonim2013.07.9 11:46
GDZIEKOLWIEK JEST JEZUS CHRYSTUS W TRÓJCY SWIETEJ UWIELBIONY <GDZIE EUCHARYSTIA <BO TAM ZYWY PAN...tam DZIEJE SIE NIEWIDZIALNE i tu jakakolwiek kondycja czlowieka nie ma wplywu ,tak wiec słowa księdza sa bardzo nieodpowiedzialne ..nie byłam nie uczestniczyłam ale moge modlic sie w sercu za to co tam miało miejsce ON JEST MOCNEJSZY ,WIEKSZY ..nawet od najbardziej poboznych wyobrazen... ..
anonim2013.07.9 11:49
tam dzieje sie to co NIEWIDZIALNE ,GDZIE SPRAWOWANA EUCHARYSTIA ..tam kondycja człowieka nie ma wpływu....ON Jest wiEKSZY <MOCNIEJSZY OD NASZYCH POBOZNYCH WYOBRAZEN... Ksiedza słowa sa co najmniej nieodpowiedzialne .. Pozdrawiam
anonim2013.07.9 11:57
Dziwią te oskarżenia Rowińskiego czy Robaczewskiego... "Stadionowa ewangelizacja bez dwóch zdań wskazuje już nie na kryzys, ale na śmierć codziennego duszpasterstwa. " Jakby to co wydarzyło sie na stadionie miało być alternatywą lub wręcz wykluczać "zwyczajną" praktykę religijną. Skąd to niedorzeczne założenie? Czy Jan Paweł II kiedy odprawiał nabożeństwa na stadionach i placach, odciągał jednocześnie od uczestnictwa w normalnych mszach? Czy tak trudno przyjąć do wiadomości, że tak jak w przypadku wielkich liturgii pod gołym niebem sprawowanych przez JPII, czy ostatniego spotkania na stadionie, są to wyjątkowe i jak sądzę konieczne ( w dobie masowych imprez o charakterze antyewangelizacyjnym) wydarzenia, które uzupełniają i wzmacniają jednocześnie,zwyczajną duszpasterską praktykę. Byłem ostatniej soboty na stadionie i od tego momentu postanowiłem uczestniczyć jak najczęściej - nie tylko w niedzielę - we mszy św....to jeden z owoców tamtej ewangelizacji
anonim2013.07.9 12:00
@Admin Proponuję usuwać wpisy niejakiej caritas.vincit...ta pani proponuje jakąś odmianę NEW AGE podszywając się pod świętoszkowate wezwania
anonim2013.07.9 12:22
Duch Bozy wieje Kochani kedy chce...nie znamy mysli ,działan..co Bogu miłe... Duzo pompy tez w naszym Swiecie poskiego Koscioła....a moze i Wy sami czesto przykładacie tez do tego rekę Szukajcie dobra....i pozwólcie Panu Bogu przebóstwiac Wasze zycie.....Fora i rozmowy tu czesto prowadzone ,mnóstwo podziałów,kłótliwosci,..zycze Wam BOZEJ MADROSCI i DOBRYCH ZMIAN
anonim2013.07.9 12:27
Bardzo dobry tekst. Jedna uwaga, wierni szukają "gorących" kapłanów. Kapłani po to między innymi zostali powołani i ustanowieni aby prowadzić i zagrzewać wiernych. Nic dziwnego - jeśli we własnych parafiach wieje letnością i chłodem - że ludzie (nie tylko młodzi) poszukują i idą do takich miejsc, gdzie jeszcze trochę "węgielków" pozostało. Szukają ognia wiary. Łatwo zgasić wątły nikły płomień...
anonim2013.07.9 12:36
Dobrze jest uszanować inny poziom duchowy każdego człowieka, każdy jest na innym poziomie miłości i wzrostu duchowego. Dobrze jest to uszanować. Tylko Bóg zna serce każdego człowieka i wie, czego mu potrzeba. Jeśli człowiek szuka nadmiaru w takim spotkaniu stadionowym, to sam Bóg skoryguje to, nie dając wzrostu duchowego po tym spotkaniu. Znam osobę bardzo zjednoczoną z Bogiem. Doświadcza różnych wewnętrznych wizji i proroctw. Jednak słabością tej duszy jest nadmierne osądzanie innych: że szukają nadmiaru wrażeń religijnych, że nie dość duchowo rozwinięci...A Bóg pragnie jedynie, abyśmy byli pokorni, nawet jeśli jesteśmy w jakiś szczególny sposób przez Niego wybrani i pociągnięci do głębszego życia duchowego.
anonim2013.07.9 12:54
Nowa ewangelizacja... EWNANGELIA JEST... nie ma dla niej czasu stara, ,nowa..to ZYCIE aby inni tez tak chcieli ZYC....z BOGIEM
anonim2013.07.9 12:55
@blumkwist, proszę nie porównuj o.Bashobory do bł.JPII. Co do o. Bashobory to jest wiele nieścisłości..W Medjugorie, o. Bashoboroa podobno doznał objawienia. Medjugorie porównuje się do objawien w Garabandal a tam też działy się cuda i nawrócenia. Wielu biskópów odmówiło przyjazdu na tę konferencje. Spowiedzi o dziwo, też miało nie być, Tylko dlaczego? Ksieża spontanicznie zaczeli spowiadać. Myślę, że nie potrzeba nam ewangelizacji na skale stadionów pachnący protestantyzmem, gdzie prawdziwe cuda dzieją się podczas Mszy św. Oczywiście, wiele zależy od naszych kapłanów, którzy powinni zacząć przyciągać młodych ludzi do kościoła. Odnowa w Duchu sw. potrzebuje co jakiś czas strzału z agrenaliny a jako grupa czują sie lepsi od "zwykłych" ludzi chodzących do kościoła. Stąd może powstające rozłamy i nieposłuszeństwa. Ja jak autor, jestem obojętny na o. Bashoborę.
anonim2013.07.9 12:57
Drogi Autorze, a po co więc istnieje tak wielka ilośc zakonów? Nie wystarczy jeden żeński i drugi męski? Kościół jest różnorodny, i jest w nim miejsce i dla głośnych charyzmatyków i dla cichych kontemplatorów. Po co te osądzania? Poza tym decyzje należą do biskupów nie lepiej sie po prostu nie wypowiadać skoro na stadionie był obecny biskup i za zgodą ordynariusza to się odbyło?
anonim2013.07.9 12:59
Jak to ks. nazwał spektaklach - następuje zwykły szary dzień i błogosławiony ten kto wytrwa. W tych słowach Jezusa odczytujemy trud wierności Bogu przez każdy dzień naszego życia. To dopiero się okaże czy zasiane ziarno padło na urodzajną czy nie urodzajną glebę. Nie ograniczajmy Boga w naszej wolności do działania. Pozwólmy Bogu siać.
anonim2013.07.9 13:01
Lubicie puste Kościoły żeby tam "spokojnie" porozmawiać z Bogiem? A i uważacie że 60 tys. wiernych w jednym miejscu to za dużo? Czy to nie jest czasem pycha?
anonim2013.07.9 13:20
Pisze ks. "Stadionowa ewangelizacja bez dwóch zdań wskazuje już nie na kryzys, ale na śmierć codziennego duszpasterstwa". To nie prawda, dopiero po przybyciu na parafie zaczyna się formacja duszpasterska nad jagniętami. W swoich umysłach niektórzy katolicy odbierają tą nową formę ewangelizacji za płytką. Na stadionie są osoby na rożnym poziomie poznania Jezusa. Otoczcie ich duszpasterską troską, a nie odrzucajcie bo nie modlą się na różańcu czy też nie uczestniczą w innych praktykach religijnych. Znam osoby które przez przypadek na Przystanku Jezus nawrócili się a obecnie nawet służą do mszy. Wcześniej w zachowaniu i postępowali byli (czubami).
anonim2013.07.9 13:26
Chłopie smucisz !!! 1. Zagrożenia to są teraz wszędzie. 2. Jeżeli ktoś szuka i nastawia się tylko na emocje, najprawomocniej może tyle tylko otrzymać, potem się wypalić i tak zatrzymać; może tak być, ale nie musi 3. Emocje mogą być zachętą do zaciekawienia, dalszego poznania i a potem dalszej lepszej drogi i nawrócenia; mogą, ale nie muszą. 4. Świat technicznie zmienia się szybko i nikt nam nie zabrania z tego korzystać w celu ewangelizacji, stadion też może być dobrym miejscem. 5. Błędów nie popełnia tylko ten co nic nie robi wg. hasła „a nie mówiliśmy, po co się wychylał ”.
anonim2013.07.9 13:49
@imadl4 Co do ks. Basobory i JPII, to porównuje jedynie ich metody działania...nie osoby. Nie da się przecież ukryć że JPII ewangelizował nie tylko w kościołach ale i na stadionach jak i na placach. Natomiast snucie takich wniosków że oto Basobora --> Medjugorie-->Garabandal = odstępstwo..... jest logicznie trudne do obrony.
anonim2013.07.9 14:18
Bardzo dobry tekst, panie Arkadiuszu. Zgadzam się w pelni.
anonim2013.07.9 14:50
Ciekawe ze ostatnie zdanie cytatu: Myślał także, że może dlatego wszystkie systemy filozoficzne mijają jak cienie, a msza po staremu się odprawia, iż ona jedna obiecuje dalszy i nieprzerwany ciąg. wyraźnie ukazuje tęsknotę autora za Mszą Trydencką. A co mają zrobić młodzi, wychowani na NOM-ie ? Wg poglądów autora- wrócić do łaciny
anonim2013.07.9 15:01
"Stadionowa ewangelizacja bez dwóch zdań wskazuje już nie na kryzys, ale na śmierć codziennego duszpasterstwa." Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Ludzie którzy zeszli ze stadionu, potrzebują teraz kontynuacji relacji z Panem Bogiem. Księża którzy posługiwali , są zakotwiczeni w różnych parafiach. To Kościół codzienny odbierze te fale zachłyśniętych Bożą mocą . Duch Święty wieje jak chce i kędy chce. Tak na marginesie ja też jestem wielbicielką, codziennego dorastania, w pracy i modlitwie do Pan Boga. Ale Kościół to zbieranina ludzi o różnych temperamentach. Jednych kusi to co emocjonalne inni chowają się w cieniu filarów.
anonim2013.07.9 17:50
Tak potrzeba nam systematycznej pracy nad soba, rutynowej modlitwy. Ale nie mozemy siedziec sobie cicho w naszych parafiach I myslec ze tak jest najlepiej. Musimy glosic, ewangelizowac-wyjsc do innych. Moze dla wiekszosci /czesci rekolekcje na stadionie byly poszukiwaniem dreszczyku emocji- ale dla mnie to potezne swiadectwo wiary. Prawie 60 tys ludzi zgromadzonych by wielbic Boga. To ogrome swiadectwo, ogromy dar dla calej Polski. I oby przebudzilo ono sumienia wielu.
anonim2013.07.9 18:01
Po pierwsze, uwielbienie Boga na stadionie wcale nie świadczy o utracie wiary uczestników tego wydarzenia. Sobotnie spotkanie zaczęliśmy od Różańca, o godz. 15:00 odmówiliśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego, a na koniec uczestniczyliśmy we Mszy Św. i adoracji Najświętszego Sakramentu. To wszystko zostało ubogacone trzema konferencjami ojca Johna Bashobory. Gdzie Pan tu widzi utratę wiary, "śmierć codziennego duszpasterstwa", czy chociażby "religijne fajerwerki"? Po drugie, wielu z nas poszło tam, ponieważ mamy odwagę publicznie wielbić Boga i razem wyznawać wiarę w Niego. Jesteśmy dumni z faktu bycia katolikami i chcemy, żeby cały świat - a szczególnie środowiska antychrześcijańskie - wyraźnie to widziały i przecierały oczy ze zdumienia. W ten sposób dajemy świadectwo! W ten sposób ewangelizujemy na miarę wielkich świętych! Po trzecie, wiara to zarówno osobista modlitwa w zaciszu swego pokoju, jak i wspólne uwielbienie Boga (np. na stadionie). Ja często trzymam różaniec w ręku i w odosobnieniu modlę się za innych. Ale potrafię również wykrzyczeć razem z rzeszą wiernych, że Jezus jest moim Panem. Jedna forma kontaktu ze Bogiem nie wyklucza drugiej. Po czwarte, dlaczego Pan uważa, że "poszukiwanie cudownego przeżycia" automatycznie zwalnia kogokolwiek z codziennych praktyk religijnych? Co Pana uprawnia do stawiania takich oskarżeń? Skąd Pan wie, jak na co dzień wygląda życie religijne uczestników sobotniego uwielbienia? Zwykła, stara religijność - jak Pan to nazywa - jest piękna. Ale równie cudowna jest "nowoczesna" forma kontaktu z Bogiem, jak Przystanek Jezus, Lednica, czy Rekolekcje na Stadionie Narodowym. Jak wspomniałem wcześniej, różnorodne formy pogłębiania wiary bardzo dobrze się uzupełniają, a nie wykluczają. Najwyższy czas poszerzyć horyzonty, Panie Arkadiuszu. Po piąte, co w tym złego, że człowiek pragnie kontaktu z żywym Bogiem... chce być świadkiem cudu... doświadczyć uzdrowienia, nie tylko fizycznego, ale przede wszystkim wewnętrznego? Jeżeli taka postawa jest czymś naprawdę negatywnym, to w takim razie należy natychmiast zamknąć dla pielgrzymów miejsca cudownych objawień i zakazać peregrynacji. Dla mnie, w takich pragnieniach nie ma nic złego, dopóki najważniejszy jest Jezus? A tak było na stadionie. Tam Bóg był w samym centrum. Po szóste, jeżeli w przyszłości będzie Pan opisywał własne odczucia dotyczące jakiegoś wydarzenia o charakterze religijnym, proszę najpierw wziąć w nim CZYNNY udział. To może zmienić Pański punkt widzenia. Zachęcam również, aby podczas indywidualnej modlitwy podniósł Pan ręce wysoko do góry i wykrzyknął z całych sił: "Jezus jest moim Panem". To pierwszy krok do uzdrowienia wewnętrznego, poprzez które Bóg otwiera nam Niebo. Każdy z nas powinien doświadczyć takiego cudu, ponieważ każdy z nas na to zasługuje. A wtedy liturgia przestanie być dla Pana rutyną, a chodzenia do kościoła czymś banalnym.
anonim2013.07.9 19:17
"przebywałem w tym czasie w domu" - to jest pierwsza najważniejsza uwaga w tym artykule. Panie Arkadiuszu - skoro Pana tam nie było, skąd taka niechęć do tego spotkania, jak Pan może kwitować to, co się działo na stadionie jako "fajerwerki ", skąd Panu przyszło do głowy, aby przeciwstawiać namacalne dotknięcie Ducha we wielbiącej Boga wspólnocie, które przeżywało wielu uczestników, w tym ja, praktyce modlitwy w ciszy, milczeniu czy kontemplacji ? Jest dokładnie odwrotnie ! Uwielbienie Boga we wspólnocie, pomaga w kontemplacji. Przez wiele lat myślałem dokładnie tak ja Pan - że w modlitwie najważniejsza jest osobista relacja z Bogiem w ciszy, a wszelkie uczucia, okazywanie radości, bicie braw są dobre na koncerty, a nie w Kościele. Nie wiedziałem tylko, czemu ja i wszyscy wokół mnie, jacyś tacy smutni, czemu z ambony płynie nieustanne monotonne "Bóg cię kocha" - a słuchający niczego nie czują i siedzą z miną jakby bolały ich zęby, czemu codzienne drobne ofiarowania nie sprawiają żadnej radości, czemu tylu katolików skwaszonych, apatycznych, zawstydzonych, tchórzliwych, ze zwieszonymi głowami ? Pojechałem kilka lat temu pierwszy raz na modlitwy uwielbienia - wyjechałem z mieszanymi uczuciami - te brawa, proroctwa, modlitwy językami, krzyki dręczonych - z jednej strony czułem wręcz namacalnie obecność Jezusa, z drugiej - wietrzyłem jakiś podstęp - tyle uczuć, emocji, pewnie się rozjadą do domów i nic z tego nie zostanie. Pojechałem jeszcze raz, i jeszcze, i taki kilka razy w odstępie co kilka miesięcy. I rzecz niesamowita - z każdym spotkaniem odkrywałem i odkrywam żywego Boga, wreszcie czuję, że jest, i to jest ze mną ( chyba po to Bóg stworzył uczucia, żeby i tu nam pomagały !!! ), że jest mi coraz bliższy - teraz kontempluję go codziennie w cichej modlitwie i czytaniu jego Słowa - ta godzina jest teraz przeze mnie oczekiwana i prawdziwie z radością i nadzieją przeżywana ( wcześniej modlitwa była często jak mycie zębów - obowiązkiem ), z radością idę niemal codziennie na Mszę św ( bez fajerwerków ), z radością przyjmuję moje zawodowe obowiązki i o wiele bardziej się do nich przykładam, mam więcej cierpliwości i życzliwości dla ludzi z którymi żyję i z którymi się spotykam - ogólnie cieszę się zwykłym życie, wielbię tym zwykłym życiem mojego Boga Ojca i mojego Boga i brata Jezusa - innymi słowy każdy dotyk Ducha św. w czasie takiego modlitewnego spotkania daje siły, chęć radość zarówno do codziennej pracy jak i cichej modlitwy. Radzę Panu spróbować - potem nic już nie będzie takie samo. Nie inaczej było na spotkaniu na stadionie - np. modlitwa ojca Johna o wylanie radości - i nagle tysiące ludzi się szczerze śmieje, wielu nie może się wręcz opanować ( ja z trudem ), a ojciec John z prostotą do Ducha św. : "więcej, jeszcze więcej " - i było więcej - jakaż to ufność, prostota dziecka - bez żadnych podchodów, aby jakoś Pana Boga przekonać, tak po prostu. Co do jednego się z Panem zgadzam - w parafiach tego się nie spotka - tu dominuje rutyna, wszystko najlepiej "po staremu", byle był święty spokój, cisza, i tak, jak kiedyś, byle nikt się nie obruszył ( ewentualnie Msza coraz krótsza ) - tylko dlaczego Jezus mówi w Ewangelii, że przyszedł rzucić ogień na ziemię, dlaczego przemawia do tłumów ( czasami do tysięcy ), dlaczego porywa te tłumy, dlaczego zesłał Ducha św. w postaci ognia ? Gdzie dzisiaj szukać tego ognia, jak nie na takich spotkaniach ? Polecam wszystkim
anonim2013.07.10 5:59
+++++++
anonim2013.07.11 0:29
Czy nowa ewangelizacja to wykorzystanie dobroci i otwartości drugiego człowieka przy użyciu wielkich i pięknych słów, a potem pozostawienie samemu sobie z rozczarowaniem i ogromnym cierpieniem? Boję się takich "proroków". Polecam książkę. Amesa "Oczami Jezusa".