Wigilie w dwudziestoleciu międzywojennym - zdjęcie
23.12.20, 15:00fot. wikipedia.org/domena publiczna

Wigilie w dwudziestoleciu międzywojennym

8

Wigilie w dwudziestoleciu międzywojennym

Marzena Gursztyn

Po odzyskaniu Niepodległości, Boże Narodzenie w polskich domach zyskało nowy wymiar. Można było śpiewać po polsku, kupować w prezencie historyczne książki, a przede wszystkim: nikt bliski nie był już więziony przez zaborców.

I wtedy też stała się rzecz dość niebywała, ale w tej sytuacji jakby oczywista. Polacy zaczęli masowo wracać do robienia własnoręcznych ozdób choinkowych, popartych bojkotem niemieckich bombek.
Wspomina to bardzo wyraźnie Ewa Cieńska- Fedorowicz w swoich „Wędrówkach niezamierzonych” pisząc:

W naszym domu wszelkie bombki jako niemiecki wymysł, były wykluczone. Przywoziła więc mama z Buczacza kolorowe bibułki i lśniące arkusze różnobarwnych papierków, dostawałyśmy jajka na wydmuszki.”

Tadeusz Chrzanowski w „Wiadomościach ziemiańskich” z 2000 r., w artykule: „Gwiazdka w bachorzych wspomnieniach” relacjonował czasy swojego dzieciństwa:

Mnóstwo ozdób i smakołyków(wieszano bowiem na niej także jabłka, pierniczki i cukierki w kolorowych papierkach). W tamtych czasach nie było jeszcze tego rozbudowanego «przemysłu gwiazdkowego» z tworzyw sztucznych. Owszem: bańki już istniały, były też włosy anielskie i srebrny proszek do posypywania gałęzi, ale cały arsenał ozdób był wytwarzany w domu. Więc przede wszystkim łańcuchy, które wycinało się z kolorowych papierów, a następnie sklejało. Robiono też z marszczonej bibułki gwiazdy na usztywniaczu kartonowym, a największej przypinano okazały ogon, wiadomo bowiem, że trzech króli prowadziła do Betlejem gwiazda, a właściwie kometa, która tym razem nie była wróżbą wojen czy innych nieszczęść, ale dobrą nowiną. Orzechy włoskie i kształtne szyszki powlekano pozłotką, a wydmuszki z jaj przekształcano na jakieś dziwolążne stwory: ptaszki i zwierzątka czworonożne. Z drucików majstrowano pająki, lepiono domki i inne zabawki”.

W Wilanowie Branickich było zaś tak:

Teraz już wieczór, zmrok i w pokoju szkolnym pali się jasno duża lampa. Wokoło stołu siedzimy wszyscy razem na białych krzesełkach. Panna Józefa zagłębiona w wygodnym fotelu czyta na głos książkę. To „Paziowie króla Zygmunta” – ukochana, najmilsza lektura. Stół zarzucony jest papierami, są we wszystkich kolorach, błyszczące, karbowane, cieniutkie i sztywne – wszystkie, jakie można dostać było w przystrojonych świątecznie sklepach warszawskich. Koło nich stoją małe pudełeczka, w których migoczą barwne koraliki. (…) Krótkimi nożyczkami z ostrzami zakończonymi na okrągło tniemy drobniutko bibułki i składamy pocięte w lekkie stosy. To na łańcuchy. Czekamy jeszcze na słomki, które przyniesie furman Antoni. Na pewno wybierze długie, proste i sztywne, on wie, jakich potrzeba. Słoik z gumą arabską stoi między nami, żebyśmy wszyscy mogli dosięgnąć. Myszka, Maryś i ja robimy gwiazdy. Atka z Józkiem jeszcze tego nie potrafią. Im pomagać musi pani Marta. Nalepiają z powagą złote gwiazdki, aniołki i Mikołajki na owinięte w bibułki cukierki. Dziś mamy dużo roboty, bo to ostatni dzień. Jutro – wilia. W dużym pudle stojącym pod oknem pełno jest już gotowych zabawek. Papugi w kołach, krakowianki, pawie, krasnalki na grzybkach, aniołki w powłóczystych jasnych szatach, napuszone szeleszczące bomby, plecione koszyki, gwiazdki i wężyki. Prócz tego będą szklane kule, które Mama przywiezie z Warszawy, będą marcepanki, cukierki, orzechy i czekoladowe zwierzęta w srebrnych papierkach.”

Niezależnie więc od zamożności domu trend bojkotowania ozdób pochodzących z Niemiec rozpowszechnił się. Maria Walewska, właścicielka majątku Kowala, w swoich wspomnieniach „Rok 1918” pisze o masowej tendencji w materii promowania polskiego folkloru i modzie na takież zabawki choinkowe. Było na nie tak wielkie zapotrzebowanie, że w Radomiu uruchomiono kursy robienia zabawek z papieru, a w sklepach można było kupić szablony do wyrobu koszyczków, aniołów, światów czy też zdobienia wydmuszek. Wszystko na polską modłę.

Tomasz Adam Pruszak w swojej książce „O ziemiańskim świętowaniu” pisze, że: „W niektórych domach ziemiańskich szklane bombki nie były akceptowane także w późniejszych latach. W Tuwalczewie w Wielkopolsce pod koniec lat 30. XX w. bombek nie wieszano, uważając je za mało gustowne i pachnące obcą kulturą”. To ciekawe, bo przecież Wielkopolskę uważano zawsze za część chętnie asymilującą zdobycze kultury niemieckiej.

Asymilacja ta przebiegała cały czas z racji małżeństw mieszanych, a także spolonizowanych rodzin pochodzenia niemieckiego czy austriackiego. Tak było z warszawskimi rodami Ulrychów i Machlejdów.

W protestanckiej rodzinie Ulrychów, od których nazwiska pochodzi nazwa dzielnicy Warszawy – Ulrychów, kronikarka rodziny, Krystyna, wspomina następujące zwyczaje:

«Gwiazdki» bywały sute. Bogata, wielka choina, dużo pięknych prezentów, zwłaszcza książek i zabawek. Otwarty Sezam, niestety bardzo późno – po sutej i kosztownej kolacji, składającej się przynajmniej z trzech-czterech ryb przeróżnych i olbrzymich. A więc musiał być sandacz gotowany z jajkami z masłem, szczupak faszerowany i karp na szaro z rodzynkami i migdałami, z kaszką na grzybowym smaku i z kapustą, i ryba smażona. Na wstępie zupa rybna z kluseczkami, a na koniec jeszcze mak i różne bakalie, pomarańcze, mandarynki, wino. Taka była kolejność tradycji. Ponieważ w zwyczaju było, że pracownicy – kawalerowie zamieszkali na Ceglanej 11 – brali udział w Wigilii, a poczytywali sobie za zaszczyt, no i po całym dniu pracy musieli się odpowiednio ubrać i ogolić na wizytę u pryncypała – stale się spóźniali, a tym samym oczekiwana kolacja, a cóż dopiero choinka, przeciągała się.”

Na uwagę zasługuje fakt wspólnego świętowania z pracownikami, co było zjawiskiem na masową skalę. Widać to bardzo silnie we wspomnieniach Marii Czapskiej:

Boże Narodzenie było zawsze obchodzone bardzo uroczyście. Ekonomowie czterech folwarków przyłuckich i dalszego klucza Samuelowa i Karolowa mieli zlecone sporządzenie dokładnych spisów służby folwarcznej, z wyliczeniem imion dzieci w wieku do lat czternastu. Szyto dla nich w domu: sukienki, spodenki, koszule, kurtki, przeważnie barchanowe albo perkalowe; dla niemowląt były czepki włóczkowe naszej fabrykacji. To wszystko wiązano w paczki, składano do koszów i rozsyłano po folwarkach. Zdaje mi się, że nie popełniano po drodze żadnych nadużyć. Cała służba domowa i stajenna dostawała po worku z bakaliami, a ponadto prezent indywidualny, zawsze coś z ubrania, dla kobiet materiał na suknię lub bluzkę, szalik albo pończochy, dla mężczyzn: koszula, rękawiczki, skarpetki itp. Potem, przy akompaniamencie mamy, w radosnym nastroju, śpiewaliśmy kolędy pod jaśniejącą choinką (...).

Na coroczne polowania na zające, lisy, niekiedy wilki, bo innej zwierzyny w naszych lasach nie było, w przeciwieństwie do wiele większych lasów prusinowskich, należących do Stańkowa, gdzie były dziki, głuszce i nawet łosie – zjeżdżali zawsze ci sami sąsiedzi: p. Olgierd Świda, p. Urban Krupski, p. Zenon Łęski, a z Warszawy p. Pułjanowski i prałat Zygmunt Chełmicki, późniejszy sekretarz Rady Regencyjnej w końcu pierwszej wojny światowej, społecznik i wydawca Encyklopedii Kościelnej, zapalony przy tym myśliwy i człowiek jowialny. Wszyscy nasi goście, austriackim zwyczajem, byli wciągani do wieczornych zabaw w stołowym pokoju, przy których zdarzały się pamiętne dla nas incydenty jak ten, że ks. Chełmicki przetoczył swoją okrągłą figurę w fioletach poprzez stół odsunięty w kąt, unikając tym sposobem pościgu. Po tych zabawach mama siadała zwykle do fortepianu i z najmłodszym dzieckiem na kolanach akompaniowała nam do chóralnego śpiewu pieśni patriotycznych albo kolęd...
„Nasze Boże Narodzenie było piękne i wesołe, jak zwykle – pisała mama – z wszystkimi drogimi dziećmi w dobrym zdrowiu. W sumie 362 osoby zostały obdarowane. Jerzy ofiarował mi prześliczną suknię i wspaniały wachlarz..."
Resztę zimy spodziewała się mama spędzić spokojnie w domu. Co rano w jej słonecznym i ukwieconym saloniku (zapach cynerarii, hiacyntów, tuberoz zawsze mi przypomina salonik mamy) odbywały się lekcje religii, najprzód starsze siostry, potem my, młodsze i nawet Józio, pięcioletni, uczył się Historii Świętej o wygnaniu z raju, zbrodni Kainowej, korabiu Noego.
«Przyluki ist fur mich zu streng katholisch» (Przyłuki są, jak dla mnie, zbyt katolickie) – stwierdzała babcia Czapska. Tak właśnie było w polskiej rodzinie mówiącej po niemiecku.

Podobnie rzecz miała się u Potockich w Krzeszowicach i Krakowie – mocno związanych z Wiedniem, bo przecież Andrzej Potocki był od 1895 r. posłem do parlamentu wiedeńskiego, a później namiestnikiem Galicji. W latach 30. XX wieku dawne panny Potockie, córki namiestnika i jego żony Krystyny, wspominały zwyczaje panujące w ich rodzinnym domu. Jak zanotowała Bogna Wernichowska w książce „Kardy i kokardy. Opowieść o hrabinach Potockich”, w arystokratycznym domu czas zbliżających się Świąt był lekcją skromności i empatii:

W adwencie i poście hrabina Krystyna, sama wyrzekająca się przez ten czas cukru, masła, pijąca zbożową kawę i ziołową herbatę, zachęcała dzieci do rozmaitych prac na rzecz ubogich podopiecznych. Panny Potockie dziergały więc szaliki i skarpety, pomagały piec pierniki i kruche ciastka, które trafić miały do paczek świątecznych. Wełnę, mąkę, cukier i bakalie rodzeństwo kupowało z pieniędzy oszczędzonych z kieszonkowego i wrzucanych do skarbonki. Matka nigdy nie kontrolowała ich, ale nie zdarzyło się, żeby któreś z dzieci zapomniało o tym obowiązku”.

Warto by takie tradycje pielęgnować i dziś. Byli bowiem rodzice, którzy zachwycali się nowoczesnością i konsumpcyjnym stylem życia, co także znajduje odzwierciedlenie w zapiskach pamiętnikarzy.

Rodzina Lutosławskich z Drozdowa koło Łomży spędzała pierwsze po odzyskaniu niepodległości święta Bożego Narodzenia w Warszawie. Wyjątkowo nie w drozdowskim dworze, bo synowie żenili się z warszawiankami i odwiedziny w rodzinnych domach młodych synowych należały do kanonu ówczesnych zwyczajów.

Po Wigilii całe towarzystwo przeszło do sali rekreacyjnej, ładne udekorowanej na choinkę olbrzymią. Tu narobiły dzieci państwa Kurtz dużo kłopotu, bo z niczego nie były zadowolone. Chłopiec dostał fortepianik mały, ale bardzo kosztowny, na którym mógł wygrać parę melodii, ale to mu nie dogadzało, że nie mógł przy nim usiąść jak przy prawdziwym (...) Dziewczyna dostała maszynkę do szycia, ucieszyła się bardzo, czym prędzej zaczęła szyć jakąś szmatkę i przekuła sobie paluszek. Wrzasku było co niemiara, obaw, bieganiny po środki opatrunkowe. Wreszcie prababcia w swoim fotelu przy osobnym stoliku założonym podarkami, zaczęła się bawić kurą i wydawać okrzyki serdecznej radości. Do niej przybiegły dzieci, wnuki i prawnuki. Był to jedyny moment prawdziwie rozrzewniający i śliczny. Staruszka otoczona miłością, dostatkiem, pogodzona ze swoim bezwładem starości i nieodczuwająca już żadnych trosk życiowych.

(…) dwie choinki, bo jedną miała panna Maria ubraną przez matkę zabawkami i zabawkami z lat jeszcze dziecinnych, a drugą mniejszą od narzeczonego, istne cudo: osnute złoconemi przewodnikami elektrycznemi,ośnieżoną, iskrzącą się soplami lodu, w których tkwiły lampeczki i obwieszoną ślicznymi cukrowymi owocami i mnóstwem u dołu niespodzianek, przy rozdawaniu których śmiechu było niemało, tak były dowcipnie dobrane i zupełnie ładnie. Tak pięknej choinki nigdy jeszcze nie widziałam, było to śliczne cacko i wywołało wielki zachwyt. Szkoda, że nie było trwałe, bo bateria urządzona w oprawie drzewka, wyczerpała się dość szybko.”

Prawda była taka, że i dzieci, i dorośli woleli przynajmniej przez magiczny czas świąt pozostawać w świecie tradycji i baśni. Doskonałym przykładem takich bożonarodzeniowych klimatów są święta w Górkach u Kossaków, które wspomina Anna Szatkowska:

Wilia zawsze byłą tradycyjna: opłatek, siano pod obrusem, dodatkowe nakrycie i odpowiednie potrawy – barszcz lub zupa rybna (brrr...), legumina z maku, bita śmietana i słodkie kruche łamańce.(...)

Mama nakładała na miseczkę malutkie porcje potraw i ciast, po czym nieśliśmy je uroczyście na niedostępnego dla psów kącika, życząc skrzatowi (przyp. autorki: góreckiemu Kacperkowi, którego przygody opisała Zofia Kossak-Szczucka) Wesołych Świąt. Z pewnością bardzo mu wszystko smakowało, bo rano miseczka była pusta!...”

O tym właśnie, co dotykało w zjednoczonej Rzeczypospolitej tylu ludzi, o rozdarciu, nawet jeśli chodziło o świętowanie, wspomina Andrzej Roztworowski w książce „Ziemia, której już nigdy nie zobaczysz”.

Na Boże Narodzenie wjeżdżało do przedpokoju lub biblioteki drzewko pod sufit. Okazywało się, że już fraucymer od dawna lepił łańcuchy i inne ozdoby. Ciotki też kleiły piękne ozdoby prawdziwie artystyczne, ale gros wisiorów stanowiły cukierki, pierniki i ciastka. Pełno też było jabłek i orzechów. Na czwarty czy piąty dzień pod wieczór przychodziły dzieci folwarczne. Każde dostawało torbę wypełnioną łakociami plus chustka albo skarpetki. Odbywała się jakaś deklamacja, śpiew kolędy i nagle, nigdy nie wiadomo kiedy, następował szturm na drzewko. W trzy minuty było już po wszystkim. Gdzieś z boku leżał goły pieniek, a z zawieszonych cudności ani śladu.
(...) U nas w Leśnej był nowy styl kalendarzowy, w Druskiennikach obowiązywał stary styl (13 dni różnicy). Ponieważ jednak związani byliśmy gospodarczo z Druskiennikami, raczej trzymaliśmy się starego, tym bardziej, że Wilno, Rudaków – wszystko leżało w zasięgu starego stylu, a tylko nieznana jeszcze Warszawa i tajemniczy Kraków żyły według nowego stylu.”

Świerk czy jodła, a może sosna? Barszcz, zupa grzybowa, a może mleko makowe ze śliżykami? Śledzie w oleju, śmietanie czy po żydowsku? Makowiec zwijany, z kratką na wierzchu czy po prostu kutia? Ale kutia z maku, pszenicy czy może ryżu? Pytania, które do dziś są znakiem podziałów trwających do 1918 roku.

 

Żródło tekstu: http://muzeumpilsudski.pl/wigilie-w-ii-rp

Komentarze (8):

tak bylo2020.12.24 13:30
Byla straszna bieda. Jak zwykle pogoda dla bogaczy, ale ludzie biedni tez stroili choinki i wigilia byla tez milym przezyciem. W wieczor wigilijny spiewano koledy, a pozniej szli do kosciola na Pasterke. W Swieta Bozego Narodzenia wszyscy czuli sie szczesliwi. Tylko "Dziewczynka z zapalkami" miala przewidzenia.
MaxFiend2020.12.23 20:07
A biedni chłopi przymierali wtedy głodem. Było fantastycznie i tradycyjnie, jak to w postfeudalnej Polsce.
O wiejskiej2020.12.23 19:40
chałupie nic ciekawego nie napiszesz, A staruszka to raczej wszami była otoczona.
"Gwiazdki były sute"2020.12.23 19:36
szczególnie w wiejskiej chałupie. A ksiądz to chodził po kolędzie do Pana i wójta.
katolicka kretynizacja polski 🇵🇱2020.12.23 18:05
czy w dwudziestoleciu międzywojennym klechy też pyerdolili dzieci? czy klesza "miłość" do najmłodszych wybuchła gdy do watykańskiego koryta dorwał się wadowicki kremówkożerca?
Daria2020.12.24 9:47
Swoja miarą sądzisz, wulgarny i prymitywny zboczeńcu. Przestań jarać się dziecięcą pornografią, od razu Ci nienawiść przejdzie.
JanP2020.12.23 15:18
"przychodziły dzieci folwarczne", które już niedługo wykopały swoich dobrodziejów. Napiszcie jeszcze, jaka ta II RP była bogata, miodem spływająca a wszyscy jej obywatele żyli w przepychu.
Maryjan2020.12.23 16:07
To były dzieci z czworaków, do nagonki, nieogolone.