Publicystyczny klub kibica Platformy lansuje teraz nową tezę. Donald Tusk wraz z ministrem sprawiedliwości Waldemarem Żurkiem spodziewali się wyjazdu Ziobry z Węgier i nie zrobili nic by ich zatrzymać. Wraz za tym pojawia się nowa wygodna dla obecnej władzy teza, że Koalicji Obywatelskiej wyprawa Ziobry i Romanowskiego za wielką wodę wydała się całkiem korzystna. Ale trudno nie odnieść wrażenia, że to próba robienia dobrej miny do złej gry. A dokładnie do przegranej rozgrywki. Prawie dwa miesiące temu minister Radosław Sikorski chwalił się publicznie, że pytał ambasadora USA w Warszawie Toma Rosse czy USA przyjmą Ziobrę i miał usłyszeć zapewnienie, że nie ma takich planów ze strony Stanów Zjednoczonych. Żeby było jeszcze zabawniej, to już po wyjeździe Ziobry rzecznik MSZ Maciej Wiewiór wypomniał to wręcz ambasadzie USA, najwyraźniej nieświadomy, że jest to przypominanie światu, że ekipa Tuska została zrobiona w balona. Jeśli prawdą jest to, że decyzje o przyjęciu Ziobry i jak się zdaje Romanowskiego podjął sam Donald Trump wskutek starań TV Republiki, to jeszcze bardziej podkreśla to niepowodzenie ekipy Koalicji 13 grudnia.
Ale sprawa jest jeszcze głębsza. Premier Peter Magyar, który objął władzę po ostatnich wyborach, objął swój urząd, 9 maja ale nawet w ostatnich dniach przed uzyskaniem formalnie godności premierowskiej mógłby skutecznie wpłynąć na policję i straż graniczną, aby pod jakimś pretekstem zatrzymać Ziobrę. Oczywiście nie byłoby to takie łatwe, bo nasz były minister sprawiedliwości wciąż dysponuje statusem azylanta na Węgrzech i w związku z tym ma dokument podróży przyznawany przez międzynarodową agencję opiekującą się azylantami, ale węgierska straż graniczna już orientująca się na nowego premiera na pewno mogłaby wymyśleć jakiś kruczek prawny, aby Ziobrę zatrzymać. To, że tego nie zrobiła, świadczy o tym, że Magyar chciał się pozbyć kłopotliwej sprawy. A to oznacza, że deklarowana przez nowego węgierskiego przywódcę miłość do Donalda Tuska ma jednak swoje limity.
Oczywiście PiS też nie jest całkowitym beneficjentem rozgłosu wobec Ziobry. Opinie wyborców na temat tego wyjazdu są podzielone. Zapewne na ten niejednoznaczny stosunek ma wpływ pojawienie się nowej, sporej grupy wyborców obu konfederacji, które patrzą na Ziobrę jako na osobę ocenianą krytycznie. Ale można też zapytać, czy Ziobro miał wybór? To, że jego sprawa prowadzona by była z polityczna intencją nie ulega najmniejszej wątpliwości. A traktowanie w areszcie księdza Michała Olszewskiego każe na serio zadać sobie pytanie, czy człowiek wychodzący z ciężkiej choroby nowotworowej nie byłby narażony na poważne niebezpieczeństwo. Polityczni cynicy puentują całą sprawę przypominając tezy, że w Polsce nic nigdy nie dzieje się na 100%. Ani opozycji nie udaje się zatrzymać łamania prawa przez ekipę Tuska, ani prokuraturze nie udało się jak dotąd doprowadzić do procesu żadnej z osób, na które sypano najostrzejsze oskarżenia po zdobyciu władzy przez Platformę. Ale to oczywiście polityczna retoryka.
Jeśli Ziobro miałby być ofiarą ustawianego śledztwa, to jego wyjazd do Ameryki przyjąć należy jako coś pozytywnego, a jeśli jeszcze wykorzysta czas za wielką wodą do poznania amerykańskiego systemu prawa i dobrze wykorzysta ten darowany pobyt na zdobycie amerykańskich kontaktów, to tylko dla PiS w przyszłości może być cenną korzyścią.
