Uczestniczki czarnych protestów są zakładniczkami - zdjęcie
02.11.16, 17:15Fot. Youtube

Uczestniczki czarnych protestów są zakładniczkami

Czy polskie kobiety biorące udział w tzw. czarnych protestach są "zakładniczkami" lewicowych politykierem w rodzaju Magdaleny Środy lub Manueli Gretkowskiej? Nad tą kwestią w swoim felietonie opublikowanym na stronie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zastanawia się Elżbieta Królikowska-Avis.

Oto jeden z ostatnich cartoonów Andrzeja Krauze: widok z okna na ulice, a tam tłumek kobiet w czarnych przebraniach. I komentarz: ”Panie na czarno pod oknami prezesa? Halloween zaczął się wcześniej w tym roku!”. To był trzeci chyba sabat, po manifestacji na Placu Zamkowym i okupacji przejścia podziemnego Metra Centrum, trzeci odcinek serialu pt. „Rewolucja parasolek”. Czarne odzienie, barwy wojenne na twarzy, krzyk, machanie parasolkami w stronę uczestniczek „białego pochodu”, obrzucanie ich jajami, pomidorami, resztkami jedzenia i …. tamponami. Te dwa pierwsze rodzaje pocisków często używane, ale dwa ostatnie mało znane w historii marszów feministycznych na Zachodzie. No i napisy na plakatach i banerach: ”kobiet prawa, nie biskupów sprawa” /?/, „wolność jest kobietą” /??/ i „p …lę, nie rodzę” /!!!/. Te „czarne protesty”, które bez przerwy odwołują się do zasad demokracji, są tak demagogiczne i agresywne, że nawet najbardziej koncyliacyjnym przeciwnikom przechodzi ochota do rozmów. Negocjują ci, którzy wierzą w sens porozumienia i choćby bardzo nie chcieli, szanują przeciwnika. Wolą Edmunda Burke’a od Robespierre’a czy Feliksa Dzierżyńskiego i przekładają pokojową ewolucję ponad krwawą rewolucję. W tych „czarnych protestach” nie widać chęci do rozmów – to jest wojna. Wojna kulturowa - jeśli kulturę rozumiemy jako ogół zachowań, struktur społecznych i organizację społeczeństwa - która ma to wszystko, i to szybko, zmienić.

Z tych „czarnych protestów” widać jasno, że manifestantki, to zwykle biedne, niczego nieświadome zakładniczki takich haseł jak „wolność” i „postęp”. Oczywiście wolność od wszystkiego – że przypomnę kultową książkę Ericha Fromma „Ucieczka od wolności”, w której przestrzegał przed wolnością totalną, lekceważącą wartości. Te biedaczki nie wiedzą, że są ofiarami manipulacji starych oraz całkiem nowych politykierek jak Magdalena Środa, Kazimiera Szczuka, Manuela Gretkowska i Barbara Nowacka, Bakuła, Janda i Kora. Czyli „twarzy” TVN i Twojego Stylu, Pani i Zycia na gorąco, telewizyjnych „Babińców” i „Babilonów”, formatujących masową wyobrażnię i aspiracje tysięcy Polek. Te panie - jedne to przegrane liderki Polskiej Partii Kobiet, która nie dostała się do Sejmu, inne uwierzyły w to, że są lady guru, jeszcze inne z jakichś niszowych organizacji feministycznych - zwietrzyły swoją szansę i próbują, na plecach zdezorientowanych kobiet zaistnieć, a może i zabrać się na Wiejską. A co mówią te damy, w która stronę kierują uwagę tych młodych zagubionych? Zacznijmy od Hanny Bakuły: ”bez aborcji będzie się rodzić mnóstwo kalek, bękartów, dzieci z wadami”. Dorota Wellman: ”my, kobiety, nie jesteśmy głupimi krowami, żeby ktoś musiał za nas decydować”. Manuela Gretkowska: „kobiety wyszły na ulice, kiedy się przekonały, że ich kraj jest projektowaną ubojnia kobiet, rzeżnią”. Krystyna Janda narodziła się jako polityk w chwili, gdy na jej niewybredną krytykę nowych władz, ta pozbawiła ją 90% dotacji, które przez 10 lat inkasowała na swój prywatny teatr z państwowej kasy. A Korę skrytykowało nawet bauerowskie Zycie na gorąco, kiedy – osoba niewątpliwie zamożna – po zebraniu od ludzi 140 tys. donacji na leczenie, i po rozszerzeniu przez nowe władze listy bezpłatnych leków na raka – pojawiła się w Sopocie, zamieszkała w nietanim przecież Sheratonie pod który zajechała najnowszym modelem BMW X6, wartym podobno 500 tys. zł. Nawet wyrozumiały bauerowski tygodnik o polskich, pożal się Boże, celebrytach, zatytułował notkę „Poważne zarzuty”.

Kiedy tak patrzę na zaniedbaną rozkociudłaną Srodę w wyciągniętych swetrach czy wyfiokowaną Jandę, stylizującą się na damę, do głowy przychodzi mi myśl – skąd się biorą te zimne, agresywne i zadowolone z siebie monstra? Po pierwsze – treść. Wystarczy posłuchać je raz czy dwa, żeby się upewnić, iż jest to „sledż z czekoladą, wszystko jest jadalne”. Mylą wszystko ze wszystkim, brzuch z pastorałem i demokrację z Palikotem. Ze to przemądrzale arogantki, w dodatku – to znak firmowy feministek na całym świecie - bardzo zadowolone ze swojej niedojrzałości. W dodatku niby wykształcone, niby mają jakieś osiągnięcia, niby iloraz inteligencji w normie, a jednak wszystko odwrotnie i na opak. Jeszcze jeden dowód na to, że 1/ piosenkarki, aktorki i pisarki nie powinny wypowiadać się na tematy tak mało im znane jak polityka, oraz 2/ że samouwielbienie prowadzi prostą drogą do samodurstwa.

W Wielkiej Brytanii napatrzyłam się na różne manifestacje feministek, ale było to dawno. Po prostu tzw. problematyka kobiet weszła do programowego mainstreamu, tak partii lewicowych, jak i prawicowych. U nas powoli – także. Zastanawia też zakres tematyczny banerów polskich „czarnych marszów”. Naturalnie, wciąż ten sam wraży patriarchat, rodzina, bloody chauvinistic pigs, jak ładnie nazywają mężczyzn. Ale i kościół, oczywiście katolicki, konserwatyzm i prawica, a dokładnie partia rządząca i jej liderzy. Trzeba przyznać, że nawet Germaine Greer czy Andrea Dworkin 50 lat temu nie poszły tak daleko w stronę stricte polityki. Dlaczego? Może dlatego, że tamtym „dzieciom kwiatom” istotnie zależało na kobietach, na poluzowaniu obyczajowego gorsetu, równouprawnieniu, podczas gdy dzisiejszym polskim feministkom – nie? To jest zbrojne w parasolki ramię PO, KOD, SLD – stąd w ich hasłach tyle polityki, stąd tarcze strzelnicze, to Jarosław Kaczyński, Prawo i Sprawiedliwość, Kościół / ale nie krakowski, „otwarty”, lecz toruński, „zamknięty”/, konserwatyzm. Zaskakuje także zajadłość i agresja tych kobiet, a także ich wulgarne hasła. Obok typowej feministycznej nowomowy - obrzydliwości i obscena. Gdyby wskazać jakieś związki, nie byłaby to ani Greer z jej „Kobiecym eunuchem”, ani Erica Jong z „Lęku przed lataniem”, ale wzorce bliższe i paskudniejsze - Palikot i Urban. Podobne zainteresowania, identyczny rodzaj ekspresji. Oto protest pod domem Kaczyńskiego – najpierw zmanipulowana wypowiedz posła PO, zorkiestrowana przez kilka dziennikarek i „autorytetem” z Gazety Wyborczej czy TVN24, i już wzburzony tłumek rusza pod dom prezesa PiS z hasłami jak z tygodnika NIE, „kota se ochrzcij!” czy ”Kaczyński, co ty wiesz o przewijaniu”, jakby która z nich coś o tym wiedziała.

W Dzienniku. Gazecie Prawnej trafiłam na artykuł pewnej lewaczki – grafomanki, która stwierdziła, że „czarne marsze” są „odpowiedzią na zanik przestrzeni i języka, w którym kobiety mogą mówić o swoich potrzebach i doświadczeniu”. Jakie wykluczenie? Kto je „wyrzuca z agory”? Już w moim pokoleniu Beatlesów kobiety nie miały problemu ze „znalezieniem przestrzeni i języka, by mówić o swoich problemach”. A jeśli miały, były to przypadki indywidualne, osobnicze. Dziś tym bardziej. Kobiety są wszędzie, w parlamencie, rządzie, szkołach, sądach, szpitalach, korporacjach – czasem istotnie widać, że zasługują na więcej, ale sprawy idą w dobrym kierunku. Jednak to nie są akurat Halloweenowe krzykaczki, które walczą „o prawo do swojego brzucha”, ale poważne kobiety, upominające się o godne / i tańsze/ porody, dłuższe urlopy macierzyńskie, o awans dla dobrych pracownic, które zdarza się przegrywają z kandydatem – mężczyzną, etc. I tu parlament, media, związki zawodowe, presja organizacji pozarządowych mogą zrobić wiele. Cóż, zamiast ciężkiej, żmudnej pracy, łatwiej wyjść na ulicę, pohałasować i porzucać tamponami. What a fun! I w ten sposób można mieć w głowie siano, zielonego pojęcia o tym, co się dzieje w Polsce, że uczestniczą w zmanipulowanym widowisku, który ma na celu destabilizację kraju, a wychodzić na ulicę i mieć frajdę, że „jest się w opozycji”, a czasem i sekundę w TVN 24.

Na Zachodzie już w końcu lat 90. w liberalnym Observerze ukazał się artykuł „Feminizm? Nie, jestem nowoczesna kobietą”. I nawet jego liderki jak Germaine Greer i Erica Jong odtrąbiły odwrót od feminizmu. Bo feminizm jest dziś częścią politycznego mainstreamu i nawet partie konserwatywne, tymczasem na Zachodzie, prześcigają się z lewicowymi w kwotach dla kobiet, w zakładach pracy, na uczelniach. A polskie feministki walczą, jakby przez te ostatnie 50 lat nic się nie zdarzyło. Problem w tym, że światowej, także polskiej lewicy zabrakło ideologicznego paliwa. Toteż dziś, zamiast ideologii, zajęli się obyczajami. I tak się jakoś dzieje, że entuzjaści tej „obyczajówki” w Wielkiej Brytanii czytują Guardiana i komunistyczna Morning Star, a w Polsce Gazetę Wyborczą i NIE. A uczestniczki „czarnych marszów”, to tylko nieświadome niczego kolejne ofiary lewicy.

Elżbieta Królikowska-Avis/sdp.pl