PO-syndrom rozkładu. Cichocki bije w Komorowskiego - zdjęcie
18.07.15, 07:35

PO-syndrom rozkładu. Cichocki bije w Komorowskiego

2

Marek Cichocki, politolog poddał mocnej krytyce ostatnie wystąpienie Bronisława Komorowskiego dotyczące spraw historycznych. Komorowski uczestniczył w obchodach europejskiego ruchu oporu. W swwoim przemówieniu zrównał Powstanie Warszawskie wraz z Armią Krajową z uczestnikami nieudanego zamachu na Hitlera w 1944 roku.

Cichocki w rozmowie z Onet.pl tak to skomentował: "W 2004 roku ówczesny kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder po raz pierwszy w swoim wystąpieniu na temat zamachu lipcowego z 1994 roku posłużył się takim porównaniem. Postawił wtedy tezę, że chcąc zabić Hitlera, spiskowcy walczyli o wolność w Europie, a kilka dni po nieudanym zamachu w Wilczym Szańcu walkę rozpoczęli Polacy w Warszawie. Uważam, że taka teza, szczególnie jeśli jest stawiana na poziomie politycznym, jest absolutnie niedopuszczalna".

Politolog dodał, że Komorowski pomylił role " i wystąpił nie w tej, w jakiej pojechał do Berlina”. "Powinien skupić się na polskiej perspektywie historycznej na XX wiek. Powstanie warszawskie jest kulminacyjnym momentem walki z dwoma totalitaryzmami. Polska próba zbudowania wolnego kraju została zniszczona przez Niemców i Rosjan.Bronisław Komorowski powinien uzmysłowić niemieckim słuchaczom, jaka jest różnica pomiędzy polską perspektywą a perspektywą zamachowców z lipca 1944 roku. Wielu historyków podnosi przecież to, że nie byli to demokraci. Zamachowcy byli rozczarowani polityką Hitlera i skoncentrowani byli na odwróceniu negatywnego trendu, aby Niemcy mogły zachować swoją dominującą pozycję w Europie Środkowo-Wschodniej. To była perspektywa podporządkowania sobie narodów tej części kontynentu".

I dalej: "Być może prezydent niepotrzebnie za wszelką cenę chciał pogodzić coś, co jest nie do pogodzenia. Należało dokładnie opisać, dlaczego te doświadczenia są nie do pogodzenia. To nie zakłada odmowy szacunku dla drugiej strony. Wręcz przeciwnie. Może być przykładem poważnego potraktowania partnera, ale nie kosztem rezygnacji z własnych doświadczeń czy przekonań. Prezydent nie zadbał o to, aby wyraźnie określić charakter swojego wystąpienia. Jego komunikat można teraz interpretować różnie, a on przecież dotyczył materii, która wymagała innego podejścia. Być może osoby, które mu w tej sprawie doradziły, nie wykonały swojej pracy tak, jak należy".

Cichocki został zapytany również o to, jak ocenia całą prezydenturę Bronisława Komorowskiego : "Wydaje mi się jednak, że to nie będzie prezydentura, która w polityce zagranicznej zaznaczy się w jakiś wyraźny sposób. W mojej opinii prezydent Komorowski nie zbudował żadnych wyraźnych i jednoznacznych kontaktów politycznych w przestrzeni międzynarodowej i wśród innych przywódców. Trudno byłoby też wyróżnić jakiś istotny cel polityczny, który charakteryzowałby te pięć lat. To jest coś, co wyraźnie odróżnia prezydenturę Komorowskiego z urzędowaniem Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Kaczyńskiego. Wydaje mi się, że prezydentura Bronisława Komorowskiego jest najbardziej zbliżona do pięciu lat Lecha Wałęsy. Z tą różnicą, że Wałęsa miał ten podstawowy bonus, będąc osobą historycznie wybitną (...) Mowa o takiej miękkiej polityce, która nie sygnalizuje żywotnych interesów, w imię których prezydent byłby w stanie postawić na szalę całą swoją prezydenturę.Dokładnie odwrotnie było w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Kaczyńskiego. Przy wszystkich różnicach, zarówno w prezydenturze Kwaśniewskiego mamy ten moment, w którym on decyduje, aby rzucić wszystko na jedną szalę. Łącznie ze swoją planowaną międzynarodową karierą. Mowa oczywiście o pomarańczowej rewolucji i wypracowaniu rozwiązania konfliktu na Ukrainie. To samo mamy u Lecha Kaczyńskiego, który postawił wszystko na jedną kartę przy okazji konfliktu rosyjsko-gruzińskiego. To są w polityce bardzo ważne komunikaty. One w dużym stopniu decydują o tym, czy później patrzymy na polityka jako na męża stanu, czy na osobę, która nie narażając się zbytnio próbuje zarządzać sytuacją polityczną".

Komentarze (2):

anonim2015.07.18 7:56
Czemu tu się dziwić? Komorowski i cała ta ferajna z PO to zdrajcy RP. Tüsk również ze szczęściem w oczach przyjmował odznaczenia od Niemców, a stanowisko, które obecnie pełni, to podarunek za obdzieranie Polski z godności i niezależności gospodarczej. A św.p. Bartoszewski? Siedział cicho jak mieszano z błotem Polaków, a był wtedy ministrem spraw zagranicznych. Czerpał również garściami pieniążki od szwabów.....
anonim2015.07.18 8:24
W 2002 r. na podobnej imprezie jak bredzisław, był Kwaśniewski, który również Niemcom dupę lizał, bredząc coś o godności, prawach człowieka, wolności i takich tam lewackich stwierdzeniach o wszystkim i niczym. Nic o tym nie powiedział że Stauffenberg dbał o niemieckie interesy i miał gdzieś Polaków traktując ich jak bydło. Kiedy w 2007 roku na temat Stauffenberga krytycznie wypowiedzieli się Kaczyńscy, to w mediach "polskich" zawrzało! Chcę przypomnieć, że Stauffenberg nie był żadnym romantycznym bojownikiem walczącym z nazistowskim reżimem, to był człowiek nienawidzący Polaków, a zamach na Adolfa miał otworzyć drogę do dogadania się z aliantami w celu zachowania niemieckiego posiadania z czasów z przed I Wojny. Taki to był bohater, ale niemiecki, na pewno nie polski