Piotr Gontarczyk dla Frondy: Obrońcy Lecha Wałęsy lewitują poza rzeczywistością - zdjęcie
01.02.17, 21:14

Piotr Gontarczyk dla Frondy: Obrońcy Lecha Wałęsy lewitują poza rzeczywistością

Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: Grafolodzy badający teczkę TW „Bolka” nie mają wątpliwości, że dokumenty są autentyczne i podpisane przez Lecha Wałęsę. Czy można faktycznie mówić o dużym przełomie w sprawie, czy to tylko potwierdzenie tego, co osoby interesujące się polityką i najnowszą historią Polski wiedziały bądź podejrzewały już wcześniej? Na przykład Rafał Ziemkiewicz podsumował sprawę na Facebooku, pisząc, że pierwszy dzisiejszy news to ten, że Lech Wałęsa był „Bolkiem”, a drugi... że królowa Bona nie żyje. Również ludzie, którzy znali Lecha Wałęsę w czasach „Solidarności” mówili o tym od dawna

Dr Piotr Gontarczyk, historyk, publicysta: Wszystkie podstawowe fakty dotyczące sprawy TW „Bolek” zostały już wcześniej omówione w książce, którą napisałem wspólnie z prof. Sławomirem Cenckiewiczem w 2008 r. Dziś dowiedzieliśmy się, że teczkę znalezioną w willi gen. Kiszczaka poddano ekspertyzie grafologicznej, a eksperci stwierdzili, że dokumenty zostały podpisane własnoręcznie przez Lecha Wałęsę. Metodami kryminalistycznymi kolejny raz dość jednoznacznie wskazano, że Lech Wałęsa i TW „Bolek” to po prostu jedna i ta sama osoba...

A jednak wiele osób wciąż broni byłego prezydenta i lidera „Solidarności”. Nawet politycy Platformy Obywatelskiej mówią, że „IPN działał na zamówienie PiS”

Nie spodziewam się, że wielu obrońców byłego prezydenta przyjmie do wiadomości te podstawowe fakty. Wprost przeciwnie- wielu z nich będzie dalej kłamało jak najęci. Wskazuje na to chociażby wystąpienie syna byłego prezydenta, europosła Jarosława Wałęsy. Wielu obrońców będzie jeszcze lewitować poza rzeczywistością, jednak powtarzam: sprawa jest zamknięta. Dla mnie nie stało się tu nic wielkiego, ta sprawa była oczywista od wielu lat, była opisywana przez naukowców i nie jest to raczej przełomowa wiadomość.

Wśród wielu prób wybielania byłego prezydenta można znaleźć dziś na kilku portalach między innymi teksty o tym, że obaj bracia Kaczyńscy, jako bliscy współpracownicy Lecha Wałęsy w latach 90. wiedzieli o jego przeszłości i nic z tym nie zrobili. Ale czy w ogóle można było coś zrobić?

Część mediów przyjmuje metody, które prof. Zybertowicz określił kiedyś jako „dezawuowanie prawdy”. Jedną z nich jest działanie na zasadzie: jeśli oskarżą cię o kradzież- zaprzeczaj, jeśli złapią cię za rękę- krzycz, że to nie twoja ręka, a gdy upewnią się, że jednak twoja- krzycz, że to nie ty jesteś winny, bo wszyscy o tym od dawna wiedzieli. Politycy i media stosują różne metody dezawuowania prawdy. Jeżeli ktoś nie chce przyjąć prawdy, zająć poważnego, wiarygodnego w stosunku do rzeczywistości stanowiska w danej sprawie, wymyśla różne głupstwa: że dokumenty były sfałszowane, że to niewiarygodne, a tak naprawdę nic się nie stało, bo przecież wszyscy to widzieli. Te propagandowe metody dezawuowania prawdy w świetle normalnego dziennikarstwa i normalnego zachowania byłyby bardzo naganne, jednak dziś nie należy się spodziewać zbyt wiele po politykach, którzy kłamali przez wiele lat lub mediach, które przez lata stosowały te metody.

Sam prezydent Wałęsa wczoraj twierdził, że za wszystkim stał gen. Kiszczak i ci, którzy wierzą w to, że nasz laureat pokojowej Nagrody Nobla był „Bolkiem”, wierzą Kiszczakowi. Później Lech Wałęsa chciał wysyłać historyków na badania psychiatryczne. Dlaczego po prostu nie przyzna się i nie przeprosi?

Sprawa jest bardzo skomplikowana. Lech Wałęsa brnie w te kłamstwa od początku lat 90. Wówczas miał szansę powiedzieć prawdę, jednak, niestety, brał udział w „kampanii” odwołania rządu Jana Olszewskiego. Teczka TW „Bolek” odegrała fatalną rolę w jego prezydenturze i w wielu jego działaniach z początku lat 90. Nie sądzę, by po tylu latach kłamstw był w stanie przyznać się do tego, czy zmierzyć się z rzeczywistością. Wczoraj była 65. albo 66. wersja tego samego kłamstwa, w następnych dniach możemy spodziewać się natomiast kolejnych. 

W ubiegłym roku, po tym jak pojawiły się informacje o znalezieniu „teczek Kiszczaka” Henryk Jagielski mówił, że gdyby Lech Wałęsa przyznał się i przeprosił, mógłby dobrze na tym wyjść. Wydaje mi się, że mogłoby to oczyścić atmosferę w Polsce, a sam były prezydent wiele by na tym nie stracił

W latach 80. czy 90. mogłoby tak być, dziś jednak nie sądzę, byśmy w ogóle coś takiego od Wałęsy usłyszeli. Zdezawuował w ten sposób ostatnie 20-30 lat swojego życia. Nie spodziewałbym się po Lechu Wałęsie „posypania głowy popiołem” czy realnego ustosunkowania do tych faktów. Raczej będzie dalej brnął w opowieści o maszynach, podsłuchach i sfałszowanych materiałach. Mam wrażenie, że ten smutny spektakl będzie trwał jeszcze długo.

Bardzo dziękuję za rozmowę.