M. Jurek broni Ujazdowskiego. Czy słusznie? - zdjęcie
06.02.17, 18:36Marek Jurek, fot. Adrian Grycuk, lic. CC SA-BY 3.0, zdj. edyt.; Kazimierz Ujazdowski, fot. P. S., lic. CC BY-SA 3.0, zdj. edyt.

M. Jurek broni Ujazdowskiego. Czy słusznie?

"Kazimierz Ujazdowski wystąpił z PiS. Jego argumentacja jest szersza, ale jestem przekonany, że decydujące znaczenie miało to, że jako polityk, prawnik i konserwatysta nie mógł się pogodzić ze zniszczeniem autorytetu Trybunału Konstytucyjnego" - pisze na łamach "Gościa Niedzielnego" europoseł Marek Jurek.

Jurek wskazuje, że Trybunał Konstytucyjny zrobił bardzo wiele rzeczy pozytywnych, zwłaszcza w dziedzinie ochrony życia. Europoseł podaje na to wiele przykładów. Wracając do Ujazdowskiego, wskazuje, że polityk ten "był i jest człowiekiem prawicy".

"Obecnie wspólnie w Parlamencie Europejskim walczymy z próbami utrwalenia bezprawnych ingerencji władz UE w sprawy Polski i innych państw członkowskich. Ujazdowski podjął osobistą decyzję, która wynika właśnie z odpowiedzialności za długofalowe skutki polityki państwa. I należy mu się za to szacunek, w przeciwieństwie do argumentacji tych, którzy go atakują" - pisze Jurek.

Europoseł cytuje następnie Ryszarda Terleckiego, przewodniczącego Klubu PiS, który chciałby odebrać Ujazdowskiemu mandat posła. Terlecki zapomna "że wolny mandat, ślubowanie poselskie, świadomość osobistej odpowiedzialności posła za dobro wspólne narodu – to kluczowe wartości konstytucyjne. To posłowie mają kontrolować rząd i współkontrolować partyjne centrale, a nie partyjni funkcjonariusze – posłów" - pisze Jurek.

Jak dodaje, to właśnie Ujazdowski był jednym z tych, którzy zakładali PiS, występując z AWS w geście solidarności z odwołanym z rządu Lechem Kaczyńskim. "Potem ci sami politycy poręczali mieszkaniami własnych rodzin kredyt, za który PiS przeprowadził swoją pierwszą kampanię wyborczą. U źródeł Prawa i Sprawiedliwości były przekonania, bezinteresowność i osobista odpowiedzialność, a nie siła propagandy, konformizmu i budżetowych subwencji. Tego przewodniczący Terlecki ma jednak prawo nie wiedzieć, bo go wtedy z nami nie było" - kończy Jurek.

kk/gosc.pl