Łukasz Warzecha dla Frondy: Budowanie popularności na obronie sądów jest z góry skazane na porażkę! - zdjęcie
16.07.17, 12:30screenshot/YouTube

Łukasz Warzecha dla Frondy: Budowanie popularności na obronie sądów jest z góry skazane na porażkę!

Fronda.pl: Jak Pan ocenia zmiany wynikające z nowelizacji ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i o ustroju sądów powszechnych, a także propozycje zmian w ustawie o Sądzie Najwyższym?

Łukasz Warzecha, publicysta, „Do Rzeczy”: Widzę pewną podstawową wadę w tych zmianach, zwłaszcza mam tu na myśli ustawę o KRS i o Sądzie Najwyższym. Tą wadą jest to, że systemowo one niczego nie zmieniają. Kończą z pewną hipokryzją. Ta hipokryzja polegała na tym, że formalnie rzecz biorąc obie instytucje były wyjęte spod bezpośredniego podporządkowania politycznego, chociaż jak przyjrzeć się ich działaniom, to się okaże, iż niezależność była fikcyjna. Co prawda nie mówiliśmy o niezależności od konkretnego ugrupowania, to jednak mówiliśmy o niezależności od pewnego szerzej pojętego środowiska politycznego. Z tą hipokryzją PiS zrywa i podporządkowuje przynajmniej na etapie powoływania w dużej mierze te instytucje – choć nie bezpośrednio – rządzącej partii. Nie ma więc tutaj zmiany jakościowej, ale wyłącznie jak ja to określam, zmiana znaków.

Jakie mogą być konsekwencje zmian wprowadzonych przez PiS?

Problem polega na tym, że PiS wprowadził rozwiązania, które bardzo ułatwią skorzystanie z nich jego ewentualnym następcom. Moim zdaniem budzi duże wątpliwości skrócenie kadencji sędziów Sądu Najwyższego przy uchwalaniu nowej ustawy o SN. Ta kadencja jest jednak powiedziałbym, że w sposób domyślny zapisana w konstytucji, a tu zostaje skrócona poprzez zmianę ustroju sądu. Można oczywiście powiedzieć, że konstytucja na to zezwala, bo zawiera ona sprzeczne fragmenty. Co jednak z tego wynika? Dzisiejsza opozycja w razie wygranych wyborów skorzysta z tego samego, a więc usunie „pisowskich” sędziów Sądu Najwyższego. PiS tworzy więc narzędzia, które pomogą przejąć te instytucje bez żadnej hipokryzji przy kolejnym politycznym wahnięciu. To reforma, której zamiarem jest rozbicie pewnego układu i pewnej kliki, ale jest to moim zdaniem robione bardzo nieumiejętnie.

A jak Pan odbiera ataki opozycji mówiące o końcu demokracji i końcu trójpodziału władzy?

Niestety trudno znaleźć w tym wszystkim partnera do racjonalnej dyskusji. Z jednej strony rząd i ministerstwo sprawiedliwości nie liczy się z głosami krytycznymi, a z drugiej rozsądne głosy krytyczne można policzyć na palcach jednej ręki. I to nawet ze strony samego środowiska sędziowskiego, które jakby się wydawało, powinno wyjść naprzeciw z rzetelnymi i racjonalnymi pomysłami. Tymczasem wychodzi z sędzią Żurkiem, wzywającym do tego, aby obstawić sąd świeczkami. To jest poziom dyskusji, który jest po prostu niepoważny. Co do opozycji podnoszącej larum, że skończyła się w Polsce demokracja, to oczywiście takie głosy są oczywistą bzdurą. Tak naprawdę wszystkie te strony są winne. Przy tym środowisko prawników jest winne szczególnie jeszcze o tyle, że jakiekolwiek przebudzenie tego środowiska nastąpiło w momencie, kiedy PiS ruszył do ofensywy.

Co ma Pan na myśli?

Przez cały czas od 1989 roku prawnicy – w szczególności sędziowie – nie zrobili  praktycznie nic żeby przekonać społeczeństwo do tego, że potrafią sami skutecznie stosować normy etyczne w swoim środowisku. Nie zrobili też nic, by wytłumaczyć ludziom, że są potrzebni, a także nie potrafili wytłumaczyć jaką rolę pełnią. Stąd nieskuteczne jest podnoszenie larum, że społeczeństwo nie wychodzi na ulice. Społeczeństwo nie wychodzi na ulice i nie wyjdzie, bo sami prawnicy o to nie zadbali.

Sami sędziowie też chyba nie mają co do tego wątpliwości, skoro rzecznik Sądu Najwyższego powiedział, że masowych protestów w tej sprawie nie będzie?

Wypowiedź rzecznika SN to jedna z niewielu wypowiedzi realistycznych. Zawarł on tę konkluzję, że nie ma szans na masowe demonstracje w obronie sądownictwa. Nie idzie jednak za tym żadna refleksja, dlaczego tak się stało. To naprawdę nie jest tak, że przyszedł zły PiS i postanowił się na nich zamachnąć. Mówiąc cynicznie i otwarcie, trzeba powiedzieć, że gdyby sprawa uderzenia w system sądownictwa nie była ekstremalnie popularna i większość ludzi by temu nie przyklaskiwała, to PiS by się za to nie zabrał, lub przynajmniej nie zabrałby się w takiej postaci. Ta sprawa jest popularna, więc sędziowie sami sobie na to zasłużyli. Zasłużyli nie dlatego, że jak twierdzą niektórzy, nie byli populistami. To z populizmem nie ma nic wspólnego. Zasłużyli dlatego, że byli całkowicie głusi na odczucia społeczne.

W świetle tego co Pan mówi, próby wyciągania ludzi na ulice, to polityczna głupota w tym przypadku?

Myślę, że próba zbudowania większej popularności na obronie sądów jest skazana na porażkę. Problem w tym, że nie mają nic lepszego.

Dziękuję za rozmowę.