Karl Stern: Gdy Żyd spotka Mesjasza - zdjęcie
29.10.17, 17:15

Karl Stern: Gdy Żyd spotka Mesjasza

Otaczał mnie ocean zdrady, podłości, sprytu i okrucieństwa, byłem oddalony o dwa tysiące mil od ziemi Kanaan i o dwa tysiące lat od Drugiej Świątyni i oto znalazłem ludzi z obcych narodów, którzy mieli wyryte w sercach słowa Dawida i Izajasza. Był to prawdziwy cud. Czułem to w najgłębszych zakamarkach serca, ale w jakiś sposób nie chciałem uznać całej pełni i wszystkich implikacji tego faktu.

Karl Stern

Gdy Żyd spotka Mesjasza

Karl Stern był znanym żydowskim psychologiem. Pochodził z niereligijnej rodziny, lecz w młodości był wyznawcą ortodoksyjnego judaizmu. Przed wojną mieszka ł w Niemczech . Po drugiej wojni e światowe j nawrócił si ę na chrześcijaństwo i wyemigrował do Kanady. Swoją drogę duchową opisał w książce Słup ognia. Przedstawił w niej powody, które skłoniły go do wiary w Jezusa Chrystusa, a także ograniczenia, jakim podlega religijna tradycja judaizmu.

Doktor Yamagiwa i jego żona byli Japończykami; on, weterynarz-patolog, szef Instytutu Patologii Zwierzęcej w Mukden, był synem światowej sławy patologa Yamagiwy, odkrywcy raka wywołanego eksperymentalnie przez substancje smoliste. Jego żona pomagała mu w rozmaitych pracach w laboratorium. Jako że jednym z moich codziennych obowiązków było szkolenie gościnnie praktykujących u nas lekarzy w dziedzinie neuropatologii i neuroanatomii, moje stosunki z tą wyjątkową parą były dość zażyłe. Prędko zorientowałem się, że są oni traktowani przez innych Japończyków co najmniej z niechęcią, a czasem wręcz z nienawiścią. Powodem tego - jak odkryłem - było ich nawrócenie się na chrześcijaństwo i wyznawany przez nich pacyfizm. Pozostali Japończycy byli w mniejszym lub większym stopniu fanatycznymi nacjonalistami. Pani Yamagiwa musiała im się wydawać wyjątkowo „odpychającym okazem", skoro jej ojciec był znanym generałem artylerii w czasie wojny rosyjsko-japońskiej. Pewien Japończyk o ultranarodowych poglądach znalazł proste wytłumaczenie tego faktu. Wziął mnie na stronę i wyjawił mi w zaufaniu, że w Japonii kobieta pokroju pani Yamagiwa byłaby powszechnie uznana za histeryczkę. Jej zachowanie - jak mi powiedział - było zaprzeczeniem japońskości w stopniu zupełnie dla nas niewyobrażalnym. Brzmiało to znajomo; ów Japończyk był idealnym celem dla nazistowskiej propagandy. Gdy kiedyś powiedziałem mu, że wybieram się odwiedzić moją babkę, która wówczas przebywała jeszcze na wolności, zapytał mnie, czy mieszka ona w Palestynie. Z początku nie zrozumiałem. Potem zaświtało mi w głowie, że był to sukces propagandy, która skłoniła ludzi takich jak on do postrzegania nas, Żydów, jako kogoś w rodzaju „Niemców z drugiego pokolenia".

Dla państwa Yamagiwa byłem od samego początku przedmiotem szczególnego zainteresowania i nie upłynęło dużo czasu, zanim dowiedziałem się, dlaczego tak było. Jeśli nie liczyć piekarza z Mukden, byłem pierwszym Żydem, jakiego poznali. Słyszeli o Żydach sporo w czasie luterańskich kursów biblijnych, na które uczęszczali w Tokio. Ilekroć Saburo Yamagiwa i ja nie byliśmy całkowicie pochłonięci rozmowami na temat neurotropicznych chorób wirusowych u zwierząt, japoński doktor zapędzał mnie w kozi róg pytaniami o Żydów. Muszę przyznać, że w tamtych dniach neuropatologia nie zawsze stanowiła centrum naszego zainteresowania - byliśmy zbyt pochłonięci przez dziwne wydarzenia, które się wokół nas rozgrywały. I tak Yamagiwa namówił mnie, żebym przyniósł do laboratorium hebrajskie wydanie Starego Testamentu i tłumaczył mu wprost z hebrajskiego wszystko - nie było tego wiele - co potrafiłem. W ten sposób, gdy zmęczyły nas rozważania o budowie cytologicznej ludzkiego śródmózgowia, wtrącaliśmy dziesięciominutową dyskusję na temat Izajasza. Dość dziwne zachowanie w laboratorium badawczym, ale trzeba tu dodać, że wszystko zdradzało wówczas przejawy łagodnego obłędu.

Frau Bertha Flamm była jedną z naszych pomocy technicznych. Przez długi czas znałem jąjedynie jako osobę niezwykle sprawnie traktującą srebrem komórki nerwowe lub mikrofotografie. Z powodu swoich zdolności zajmowała osobne laboratorium, dlatego widywaliśmy ją rzadko. Kiedy spotykaliśmy się z nią, była raczej milcząca i nawet poruszała się bezszelestnie. Zachowywała się naturalnie, bez okazywania wyższości czy przybierania jakiejkolwiek pozy, mimo że traktowała nas z wyczuwalnym dystansem. Roztaczała wokół siebie atmosferę dobra i ciepła, co mimo jej rezerwy i samotnictwa czyniło ją powiernicą wszystkich laborantek. Herbatę pijała sama w swoim pokoju, ale zazwyczaj można było wówczas zastać u niej którąś z dziewcząt, dotrzymującą jej towarzystwa i szepczącą jej coś do ucha. Przypominała Aloszę Karamazowa, który nie należał do towarzystwa, ale którego każdy z jakiegoś powodu darzył sympatią; takie właśnie było jej położenie. Wkrótce przekonałem się, że przyczyną tego stanu rzeczy nie była wyłącznie neuropatologia.

Z jej odosobnieniem łączyła się dziwna fascynacja. Każdy coś o niej wiedział, a gdy złożyło się te okruchy informacji w całość, powstawał jedynie zarys portretu. Frau Flamm miała trzydzieści sześć lat i wychowywała osiemnastoletnią córkę. Jako młoda dziewczyna była umiarkowanie popularną aktorką. Mieszkała z dala od męża, w ubogiej dzielnicy, w mieszkaniu położonym w jednej z zatłoczonych kamienic cisnących się wokół starego kościoła świętego Piotra w samym centrum Monachium. Jak gdyby dla dodania sprawie romantycznej atmosfery, mieszkała z nią także osiemdziesięcioletnia praczka, Frau Weiss, która - jak mówiono - zaadoptowała ją jako małą dziewczynkę. Frau Flamm chodziła codziennie na poranną mszę świętą w drodze do pracy, a wieczorami zajmowała się prowadzeniem domu dla siebie i córki. Odznaczała się skrajną sumiennością i pedantyczną cierpliwością w pracach histologicznych i fotograficznych i często zostawała po godzinach. Co ciekawe, żadna z laborantek nie uważała tego za nieuczciwą konkurencję, ponieważ nikt, nigdy nie wątpił w szlachetność jej intencji. Jej życie było bohaterstwem w drobnych rzeczach. Być może opowieści o heroicznej dobroci pozbawionej blasku brzmią sentymentalnie i tandetnie i dlatego właśnie ludzie nie lubią czytać o świętych.

Z kilku powodów opowiadam o Frau Flamm i państwu Yamagiwa jednym tchem. Po pierwsze: mieli oni wspólne zainteresowanie - religię, i spotkanie się ich czułych serc wkrótce zaowocowało głęboką przyjaźnią. Po drugie: Frau Flamm, podobnie jak państwo Yamagiwa, uznawała moją ograniczoną i dopiero co nabytą wiedzę o Starym Testamencie jako źródło niezwykle ważnych informacji. Po trzecie: wszyscy troje byli w sposób całkiem naturalny, bez cienia wątpliwości, przekonani o czymś, czego zrozumienie kosztowało mnie wiele długich i skomplikowanych zmagań - mianowicie o ukrytym znaczeniu tragedii żydowskiej, której doświadczaliśmy. Wydawało się, że nie zdawali sobie sprawy, co konkretnie miała ona oznaczać, ale byli całkowicie przekonani, że jej sens wykracza poza sferę natury.

Gdy ja przypuszczałem, że dokonałem zaskakującego odkrycia, oni wiedzieli o tym przez cały czas; miało to, jak się zdawało, związek z czymś, czego nauczyli się w szkole. Byłem zadowolony, że nie starali się mnie nawracać. A przecież w całej tej sytuacji było coś, co przygotowywało ową głęboką przemianę w głębi mojej duszy. Przez długi czas nie wydarzyło się nic wyjątkowego. Oto siedzieliśmy razem - para protestantów, katoliczka i Żyd - i, jeśli tylko nie patrzyliśmy na zdjęcia mikroskopowe i nie dyskutowaliśmy o polityce, zaczynaliśmy rozmawiać o religii. Tych troje, dzięki zachowanej przez siebie ludzkiej przyzwoitości, stanowiło jakby odosobnioną wyspę. Już to samo było pocieszeniem. W stanie duchowego niepokoju, w jakim się znajdowałem, sytuacja ta stanowiła dla mnie jednak niejasne wyzwanie. Oto spotkałem przedstawicieli rasy japońskiej i germańskiej, myślących i czujących tak samo jak ja, zupełnie innych od otaczających nas pogan, a jednak różniących się także od moich braci-Żydów, którzy nie byli religijni lub stali się agnostykami. Otaczał mnie ocean zdrady, podłości, sprytu i okrucieństwa, byłem oddalony o dwa tysiące mil od ziemi Kanaan i o dwa tysiące lat od Drugiej Świątyni i oto znalazłem ludzi z obcych narodów, którzy mieli wyryte w sercach słowa Dawida i Izajasza.

Był to prawdziwy cud. Czułem to w najgłębszych zakamarkach serca, ale w jakiś sposób nie chciałem uznać całej pełni i wszystkich implikacji tego faktu. W tym czasie miały miejsce dwa wydarzenia - jak się potem okazało - bardzo ważne. Pierwszym z nich była przypadkowa uwaga rzucona przez młodego człowieka prowadzącego w sobotnie popołudnie naszą szkółkę biblijną. Wydaje mi się, że w tym czasie omawialiśmy owe szczególnie „mesjańskie" rozdziały z Izajasza. Prowadzący wyraził się tak: „No cóż, czasem, kiedy się pomyśli o dwóch tysiącach lat galutu [rozproszenia] bez najodleglejszej choćby nadziei powrotu, można niemal zacząć się zastanawiać, czy koniec końców Jezus faktycznie nie był Mesjaszem".

Zamiast imienia „Jezus" użył tajemnego słowa, którego czasem używają ortodoksyjni żydzi, być może z powodu jakiegoś przesądu. Oczywiście, prowadzący odrzucał tę myśl, uważał ją od początku za coś głupiego, ale jego słowa, jak to się czasem dzieje z przypadkowymi uwagami, zapadły mi w pamięć. Moją natychmiastową reakcją, opartą być może na moich dotychczasowych doświadczeniach, było pytanie: „A skąd pewność, że nim nie był?"

Pewnego wieczoru, w grudniu 1933 roku, szedłem ulicami Monachium z sercem pełnym niepokoju, jaki towarzyszy wszystkim duchowym podróżom, a może jeszcze bardziej pełen niepokoju z powodu nasilających się prześladowań, kiedy mój wzrok padł na ulotkę przypiętą na tablicy ogłoszeń jakiegoś kościoła. Zapraszała ona na kazania adwentowe, które jakiś kardynał miał wygłosić na temat: „Żydostwo i chrześcijaństwo". Nigdy nie miałem zwyczaju przyglądania się kościelnym tablicom ogłoszeń; w istocie popatrzyłem wówczas na jedną z nich pierwszy raz w życiu. Jako że właśnie w tym momencie zastanawiałem się nad kwestią „żydostwa i chrześcijaństwa" zrazu ogarnęło mnie uczucie, które nawiedza człowieka zwiedzionego tym, co psychologowie nazywają złudzeniem afektywnym. Uwierzyłem jednak w to, co zobaczyłem i w następną niedzielę wieczorem poszedłem wraz z bratem do St. Michael Hofkirche. Kościół był wypełniony po brzegi. Popychani i niesieni z prądem dotarliśmy gdzieś niedaleko ambony. Wydaje mi się, że większość obecnych przyszła tylko ze względu na temat kazań, z którego wyczuła, iż szykuje się coś przeciwko nazistom. Była to rzadka okazja, chyba pierwsza tego rodzaju.

W tym czasie naziści nie tylko rozpoczęli ataki na Kościół katolicki i protestantów nie chcących im podporządkować się, ale także zmierzali wielkimi krokami ku wkomponowaniu tradycji chrześcijańskiej w swój system. Nie było to łatwe. Stary Testament musiał zostać odrzucony jako obcy duchowi nordyckiemu, a Chrystus ogłoszony Aryjczykiem i antysemitą, aby mógł stać się do przyjęcia dla porządnych ludzi. Trudno dziś uwierzyć, do jakiego stopnia te prądy myślowe przeniknęły do umysłów inteligencji i mieszczan klasy średniej. Kazanie kardynała Foulhabera było w rzeczywistości bardzo proste i niewyrafinowane. Wyjaśnił on jedynie metrykę urodzenia Jezusa z Nazaretu, który według ciała był Żydem, a także potwierdził jedność i całkowitą organiczną tożsamość Boga Kościoła, Boga patriarchów i królów Izraela. O przetrwaniu Żydów po zmartwychwstaniu Chrystusa uczynił jedynie kilka drobnych uwag. Wspomniał o poglądach świętego Pawła na ten temat, wyrażonych w owych słynnych rozdziałach Listu do Rzymian. Zacytował także słowa innego kardynała (zdaje się, że Manninga), który powiedział do Żydów w synagodze: „Panowie, gdzie bylibyśmy dzisiaj bez was?" Kazanie to było jakby napisane i wygłoszone specjalnie dla mnie.

Pozostawiło głębokie, niezatarte wrażenie. Pamiętam wyraźnie, że tych kilka nędznych napomknień o Pawłowej koncepcji postchrześcijańskiego judaizmu otworzyło przede mną zupełnie nowe perspektywy. Czułem się jak dziecko, które znało swój rodzinny dom tylko widziany od środka i z przylegającego ogrodu, a oto nagle po raz pierwszy ujrzało go z daleka, jako część krajobrazu. Każde dziecko żydowskie uczy się o tym, że jego religia jest matką wszystkich religii monoteistycznych i że zrodziły się z niej dwie córki - chrześcijaństwo i islam. Matka jest starsza, a także zazwyczaj mądrzejsza i godniejsza szacunku niż córka, a zatem w ten czy inny sposób sugeruje się, że sekta chrześcijańska jest zmodyfikowaną i „rozcieńczoną" formąjudaizmu. Wówczas jednak, podczas kazania w kościele, w niezwykłej scenerii Monachium 1933 roku, nagle zrozumiałem, że sprawy wcale nie wyglądają tak statycznie, jak dotąd myślałem.

Czyż prorocy nie zapowiadali, że przez Mesjasza usłyszą Słowo nawet „najdalsze wyspy"? Nie ma co zaprzeczać, że tak właśnie się stało. Wystarczy się chwilę zastanowić: oto kiedyś istniał na peryferiach imperium rzymskiego maleńki naród, pogrążony w oceanie innych wyznań, zazdrośnie strzegący cennego skarbu Objawienia za murami swojego Miasta - a teraz ja, dwa tysiąclecia później, słuchałem tych, którzy nie należeli do Izraela według ciała, ale bronili Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, Boga Mojżesza, Izajasza i Hioba, zupełnie jakby od tego zależało ich życie. Moje pierwsze twierdzenie, mój dumny osąd, to, co było dla mnie kotwicą w burzy prześladowań - przekonanie, że wybranie jest „nasze" - zostało mi nagle odebrane. Wprawiło mnie to - muszę przyznać - w wielki wewnętrzny zamęt i niepokój. Na początku naszych rozmów z państwem Yamagiwa i Frau Flamm nie ukrywałem swojej dumy. Nie była ona wyraźnie zdefiniowana, ale skupiała się mniej więcej wokół twierdzenia: „Kim bylibyście bez nas?" Większość Żydów świadomych swojego żydostwa ma w pewnym okresie to nieokreślone uczucie: dumę pierworodnego, dumę spowodowaną odkryciem, że chrześcijaństwo wyrosło z żydostwa, jak gdybyśmy pozwolili im wspaniałomyślnie żyć z naszego spadku. Wszystko to odczuwałem w niewyraźny, słabo sprecyzowany sposób.

Nagle zostałem wytrącony z mojej wewnętrzne j pewnośc i przez fundamentalne i niezbite fakty. Po pierwsze: istniały dwie frakcje, które jednogłośnie i w zupełnej zgodzie podtrzymywały mur segregacji rasowej wokół Boga Synaju - byli to naziści i Żydzi. Niech nikt się nie łudzi. Religia żydowska aż do dnia dzisiejszego opiera się na założeniu, że Objawienie jest sprawą narodową i że Mesjasz, który ma przyjść do narodów, jeszcze nie nadszedł. Nie dajcie się zwieść temu, że Żydzi w swojej osobistej etyce wyznają wszystko poza ekskluzywizmem i rasizmem. Nie dajcie się zwieść pewnym szlachetnym talmudycznym zasadom, takim jak ta, że „sprawiedliwi spośród narodów będą mieli udział w przyszłym świecie". Ta myśl nie ma wpływu na kwestię, którą tu rozważamy; odnosi się ona do tego, co starożytni żydzi uznawali za „niewidzialny kościół". Nie dajcie się zwieść wzniosłym kosmopolitycznym sentymentom i działaniom judaizmu reformowanego, które często wynikają ze szlachetności serca, ale równocześnie z niejasnych rozważań, które ochładzają i rozcieńczają najgłębsze, wstrząsające światem elementy żydowskiego dziedzictwa. Nie, nie da się temu zaprzeczyć. Objawienie nadal przechowywano w drogocennym naczyniu Narodu; wystarczyło popatrzeć na naszą liturgię, by się przekonać, że tak jest w istocie.

Religia żydowska była segregacją rasową. Nie można przy tym zapominać, że była to segregacja rasowa najszlachetniejszej, najwyższej próby: przyjmująca niejako formę metafizyczną. Był to rasizm całkowicie przeciwstawny do tego, który reprezentowali naziści, ale przez wcale to nie przestawał być rasizmem. Był to rasizm w najwyższym, boskim stopniu uzasadniony, pod warunkiem, że jego podstawowe założenie było właściwe, to mianowicie, iż nadal należy oczekiwać Namaszczonego. Po drugie: Jezus nie przyszedł jako „założyciel chrześcijaństwa", założyciel „córki judaizmu" - nie, przyszedł on po pierwsze i przede wszystkim do Żydów, ogłaszając się Mesjaszem, Synem Boga żywego. A zatem pytanie, czy rzeczywiście był Tym, za kogo się podawał, nadal oczekuje na jasną odpowiedź „tak lub nie". W ten sposób wypłynąłem nagle na bardzo niebezpieczne wody. Wzrosłem w materialistycznym świecie, pracowałem przez wiele lat w laboratoriach naukowych - gdzie niejako zakładano agnostycyzm i materializm - i w końcu z dumą wyznałem na nowo, przynajmniej przed sobą samym, absolutną realność spraw duchowych. Śmiały i prowokujący okrzyk siedemnastowiecznego matematyka Pascala, że Bóg „nie jest Bogiem filozofów, ale Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba", stał się moim własnym. I oto, niedługo po rozpoczęciu mojej podróży, natknąłem się na odwieczne pytanie: „A wy za kogo Mnie uważacie?" Co gorsza, w głębi serca czułem, że na to pytanie trzeba udzielić pełnej odpowiedzi i że nie da się tego uniknąć ani pójść na kompromis. Jak mówi przysłowie: „gdy się powiedziało A, trzeba powiedzieć B".

Kiedy powiedziałem A, nagle okazało się, że po nim następuje jakieś B, i zacząłem niejasno przeczuwać, że być może będę musiał je powiedzieć. W istocie jednak owo B było wówczas bardzo odległe - o wiele bardziej, niż by się to mogło wydawać ze sposobu, w jaki prowadzone jest niniejsze opowiadanie. W rzeczywistości, im bardziej dokuczała mi, a potem prześladowała mnie kwestia owego B, tym mocniej przywierałem do zesztywniałej, wszechogarniają­ cej rzeczywistości powołania do wspólnoty żydowskiej, która stała się tragiczną wspólnotą Przeznaczenia. Przyspieszyłem moją naukę hebrajskiego, jak tylko mi na to pozwalała praca w laboratorium. Częściej brałem udział w kursach i nabożeństwach w synagodze. Coraz poważniej myślałem o wyjeździe do Palestyny. Chciałem zdziałać coś konstruktywnego, mimo że - w przeciwieństwie do mojego brata - nie mogłem marzyć o zmianie zawodu. W tym czasie często odwiedzałem dom jednego z przywódców kongregacji ortodoksyjnej w Monachium, Eugena Frankla. Był on prawdziwym wzorem żydowskiej pobożności, a jego dom cały tchnął duchem żydowskiej tradycji. Przytłaczały go nie tylko prześladowania, ale także ciągłe cierpienie (jego córka była od lat przykuta do łóżka przez z wolna postępującą chorobę). Odznaczał się on jednak przejrzystą duchowością, którą często dostrzegałem u ortodoksyjnych żydów, a która pozostaje całkowicie nieznana dla ludzi rozważających „problem żydowski".

W jego sposobie bycia, w jego czynach, myślach i uczuciach, niejako ucieleśniał się duch Tory. Bóg dominował i przenikał całe jego życie, od rytuału obmycia rąk aż po najgłębsze poruszenie serca. Cierpienie córki było dla niego podwójnym cierpieniem, a jednak nie widziałem nikogo, kto tak jak on potrafiłby żyć słowami Hioba: „Pan dał, Pan wziął". Była to jego naturalna postawa, a nie zdobyta z wysiłkiem, wątpliwa filozofia. Starożytna tradycja midraszowa podaje, że autorem Księgi Hioba był nie kto inny, tylko Mojżesz. Ta legenda zawsze miała dla mnie głębokie, poruszające znaczenie. Czyż nie oznacza ona, że ten, który spisał Prawo uznające cierpienie za sprawiedliwą karę, wiedział przez cały czas, że ma ono również zupełnie inny charakter? W pewnym okresie zajmowałem się córką doktora Frankla, gdy przebywała w szpitalu. W ten sposób uzyskałem zaproszenie, by przychodzić do jego domu w piątkowe wieczory, i wykorzystywałem je z niemal absolutną regularnością.

Odwiedzałem także często chorą córkę w sobotnie popołudnia. Obchody piątkowego wieczoru, pieśni śpiewane po modlitwie, zwłaszcza Psalmy i nieformalne pogadanki doktora Frankla na temat kilku linijek ze średniowiecznej literatury egzegetycznej - wszystko to stało się w owym czasie częścią mojego świata. Nadal jestem przekonany, że jest to jedyna forma życia judaizmem faktycznie zasługująca na to miano. Doktor Frankel miał syna, znanego biologa, przedstawiciela „czystego" syjonizmu, niezbyt związanego z religią. Nie byłem w stanie zrozumieć jego stanowiska, a zwłaszcza, dlaczego wątpił w to, co wydawało mi się - i nadal wydaje - samym jądrem żydowskiego świata. Jego ojciec z początku zachowywał ściśle ortodoksyjne poglądy na temat syjonizmu. Ortodoksyjni Żydzi byli w większości antysyjonistami, ponieważ utrzymywali, że Żydzi nie powinni powrócić na Syjon, o ile nie przyjdzie Mesjasz, aby ich tam poprowadzić. Później jednak dopracowano się kompromisu. Osiedlenia się w Palestynie i reorientacji kulturalnej, która się z tym wiązała, nie uważano już za sprzeczne z ortodoksją. Ortodoksyjni Żydzi, którzy skłaniali się do tego poglądu, przybrali nazwę mizrachi. Pamiętam, że nawrócenie starego Frankla przez jego dzieci na mizrachizm było nie lada wydarzeniem. Stało się to na wiele lat przed czasami, w których rozgrywa się ta historia. W zimie 1935 roku doktor Frankel zaproponował moje nazwisko, gdy szukano przywódcy grupy Młodych Mizrachi.

Czułem się jednak wtedy trochę jak doktor Jekyll i Mr. Hyde. Zapoznanie doktora Frankla z myślami kłębiącymi się w mojej głowie uważałem za przedsięwzięcie z góry skazane na niepowodzenie. Był on tak głęboko zakorzeniony w tradycji, że nie byłby w stanie mnie zrozumieć, a tylko poczułby się zraniony. Jestem pewien, że byłby zaniepokojony i zdezorientowany, gdyby dowiedział się o moich wieczornych spotkaniach w domu Frau Flamm. Być może wątpiłby nawet w moją uczciwość, chociaż raczej nie pozwoliłaby mu na to wrodzona wielkoduszność. Frau Flamm mieszkała w części miasta od wieków zaludnianej przez ludzi ubogich i wiernych Kościołowi. Wydaje mi się, że podobne dzielnice można spotkać we wszystkich dużych katolickich miastach świata. W krajach takich jak Bawaria podstawę struktury Kościoła oprócz rolników stanowią drobni rzemieślnicy z rodzinami, a także kucharki, praczki i służące. Być może prowadzi to do małostkowości, sztywności i niechęci wobec postępu, ale równocześnie przynosi największy chyba skarb anonimowej świętości. Wydaje się, że ludzie ci zawsze skupiają się w dzielnicach, gdzie mieszkania są wąskie, ciemne i zatłoczone. W powietrzu zawsze unosi się dość zapachu pleśni i ubóstwa, by uczynić wszystko raczej przyjemnie niehigienicznym.

(Jakiś pewny siebie człowiek z Hammersmith powiedział kiedyś do mnie: „Powiadają, że katolickie kraje są brudne".) W jednym z takich domów, na trzecim piętrze, w ciemnym i jakby ukrytym mieszkaniu żyła Frau Weiss, stara praczka, oraz Frau Flamm z córką, RuthMarią. Właśnie tam, w pokoju Frau Flamm, odbywaliśmy wiele naszych wieczornych sesji. Złożyło się, że w czasie, gdy ją poznałem, studiowała akurat Sołowjowa. Wśród niemieckich katolików tego okresu istniało silne zainteresowanie Kościołem Wschodnim i dążenie do unii. Pamiętam, że jedynym obrazem w pokoju Frau Flamm, oprócz reprodukcji Madonny El Greca, był portret Dostojewskiego. Nie pamiętam, czego konkretnie dowiedziałem się wówczas o Sołowjowie. Jedyną pożyczoną od Frau Flamm książką, jaką pamiętam, był jego sławny esej o Platonie.

W czasie tych wieczorów z Frau Flamm i jej córką, czy też z obiema paniami Flamm i państwem Yamagiwa, istniała harmonia duchowa dorównująca tej z piątkowych wieczorów w domu Franklów. Bez wątpienia była to ta sama atmosfera pokoju i zrozumienia. Powiecie może: „No cóż, tak jest zawsze, kiedy spotykamy się z przyzwoitymi ludźmi, bez względu na ich filozofię czy religię". Nie - to nie to. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Był to w istocie odkrywany na nowo w tym obcym otoczeniu duch judaizmu, wzbogacony przez ludzi z dalekich narodów i oczyszczony z elementów wyłącznie etnicznych. Moja sytuacja nie była jednak do końca sytuacją doktora Jekylla i Mr. Hyde'a. Przypominam sobie, że w rzeczywistości Frau Flamm i państwo Yamagiwa kochali i rozumieli świat doktora Frankla, dodawali mi też ducha w moich staraniach przyjęcia ortodoksyjnego judaizmu. Co za niezwykłe zjawisko! Doktor Frankel nie byłby jednak w stanie zrozumieć ich świata.

W ten sposób dokonałem jeszcze jednego ważnego odkrycia: chrześcijaństwo potwierdzało i uznawało wszystko, w co wierzyli Żydzi, ale dodawało jedno podstawowe twierdzenie, które Żydzi odrzucali. Herezje opierają się na zaprzeczaniu. W tym sensie chrześcijaństwo nie było herezją w łonie judaizmu; nie odrzucało żadnych podstawowych prawd, ale dodawało nowe, pozytywne twierdzenie. Mniej więcej w tym czasie udałem się do Martina Bubera, aby porozmawiać z nim o moich rosnących trudnościach duchowych. Powiedziałem mu, że przestudiowałem Listy świętego Jana i znalazłem w nich ducha judaizmu, wyrażonego z taką czystością i obezwładniającą siłą, że nie mogłem zrozumieć, dlaczego odrzucamy Nowy Testament. Przypomniałem mu, że sam nazwał kiedyś chrze­ ścijaństwo „pierwszym ruchem chasydzkim" wśród Żydów. Odparł na to, że Listy świętego Jana rzeczywiście prezentują najwyższy poziom judaizmu i że rozumie mój entuzjazm. „Jednakże - powiedział - jeśli chcesz przyjąć Chrystusa i Nowy Testament, maksymy zawarte w Listach świętego Jana nie wystarczą. Musisz także uwierzyć w dziewicze narodziny i zmartwychwstanie Chrystusa." I dodał, że nie jest łatwo w nie uwierzyć.

Zaczął mówić o otrzymaniu Prawa na górze Synaj i o tym, czy można powiedzieć, że Bóg rzeczywiście osobiście wypowiedział dziesięć przykazań swoim własnym głosem. Chciał przez to powiedzieć, że w to również nie jest łatwo uwierzyć. Potem zatopił się w rozmyślaniach i powiedział coś, co miało oznaczać, że nie wiemy, jak należy przyjąć opis cudu na górze Synaj i czy lud rzeczywiście słyszał Boga. „Być może zostało wypowiedziane tylko jedno słowo." Moim zdaniem na istotę tego cudu nie miało wpływu, czy wypowiedziane zostało jedno czy tysiąc słów. Odpowiedź Bubera bardzo mnie zaniepokoiła. Zdałem sobie sprawę, że moje niedawno nabyte zainteresowanie, które przerodziło się w głębokie przywiązanie do Nowego Testamentu, było w rzeczywistości romantycznym, uczuciowym sentymentalizmem. Buber wyraził się bardzo jasno. W kwestiach takich jak ta nie wchodziły w grę żadne niedomówienia ani kompromisy. Jak dla każdego Żyda, koncepcja boskości Chrystusa była dla niego czymś całkowicie obcym i niezrozumiałym. Była nie do pogodzenia z duchem Starego Testamentu i stanowiła bluźnierstwo. „Nikt nie może ujrzeć Boga i pozostać przy życiu." „[...] Ponieważ ty, będąc człowiekiem, czynisz siebie Bogiem."

Z perspektywy czasu wydaje mi się interesujące, że wówczas nie zrozumiałem wcale, dlaczego Głos na Synaju jako prawdziwe zjawisko fizyczne, coś rzeczywiście słyszalnego, stanowił dla Bubera tak wielki problem. Jego myślenie było o wiele logiczniejsze od mojego. Skoro bowiem możliwy był ów Głos, to możliwe było także Wcielenie; oba zjawiska znajdowały się na tym samym poziomie. Z drugiej zaś strony jego wątpliwości wiązały się z powszechnym osłabieniem i brakiem świeżej, bezpośredniej konkretności w sprawach wiary, tak charakterystycznym dla współczesnych nieortodoksynych Żydów Zachodu. Wynika to z faktu asymilacji Żydów na płaszczyźnie kulturowej jako nosicieli agnostyckiego humanizmu. Zdawało mi się, że Buber, którego wyjątkową zasługą było otwarcie skarbca pobożności chasydzkiej dla świata Zachodu, padł ofiarą tego właśnie procesu. Nie zdawał sobie z tego sprawy. Pamiętam, jak pewnego razu powiedział nam w czasie wykładu:

„Kilku młodych ludzi z Ruchu Młodzieżowego przyszło do mnie i powiedziało: 'Kiedy bierzemy do rąk modlitewnik, trudno jest nam wymawiać słowo ata [Ty]. Nie możemy zwracać się do Boga w tak bezpośredni sposób!'." Jeśli dobrze zrozumiałem jego dalsze uwagi, owo doświadczenie niezmiernego oddalenia i lęku było dla niego wspaniałym znakiem przebudzenia religijnego. W rzeczywistości Żyd, który ma trudności ze zwracaniem się do swego Ojca w niebie w drugiej osobie liczby pojedynczej, prezentuje sobą niezwykle żałosny obraz. Muszę tu zaznaczyć, uprzedzając fakty, że do uznania boskości Chrystusa dochodziłem bardzo długo, niemal dziesięć lat. Im bardziej wierzyłem w Niego jako Mesjasza, tym bardziej pozostawał On równocześnie postacią historyczną, prorokiem, który wypełnił i przewyższył wszelkie proroctwo. Ten sposób myślenia nazywa się arianizmem. Czyż On sam nie ostrzegł nas: „Nie nazywajcie Mnie Mistrzem..."? Przez długi czas wierzyłem, że stary Tołstoj miał rację, chcąc całkowicie odrzeć Ewangelię z jej nadprzyrodzoności. Zgadzałem się z nim, że Kościół, który bronił owego nadprzyrodzonego elementu Ewangelii, nadużywał go równocześnie, by utrzymywać ubogich w ignorancji, poddaństwie i wyzysku; zaś te sekty, które zachowały jedynie etyczne jądro Ewangelii, wydawały mi się znakiem prawdziwego miłosierdzia i sprawiedliwości. Przypuszczam, że do przyjęcia Chrystusa każdy dochodzi swoją własną drogą.

Owa niepowtarzalność związana jest - jak się wydaje - z najgłębszą tajemnicą osobowości. Gdzieś na dnie serca wiedziałem od początku, że stanowisko Tołstoja nie jest do końca w porządku i dlatego nie mogłem się nim zadowolić. Jeśli bóstwo Chrystusa było pomyłką lub kłamstwem, pewne siły kształtujące, które wynikały właśnie z tej koncepcji i zapładniały głębię duszy, nie dawały się wytłumaczyć. W pewnym odwrotnym, paradoksalnym sensie Tołstoj miał rację. Bez boskości Mesjasza bowiem byłaby nie do pomyślenia prosta pobożność i heroiczna świętość niektórych wiejskich dziewcząt, ale to samo można by powiedzieć o Chartres i Grunewaldzie, o Bachu i o Mozarcie. To doświadczenie „argumentu historycznego" było bardzo silne i - jak mi się wydawało - całkowicie osobiste. O wiele później odkryłem, że Pascal chciał uczynić je kamieniem węgielnym wspaniałej i wzniosłej formy chrześcijańskiej apologetyki. Jego Pensees dowodz ą niezbicie, że pragnął on zbudowa ć na tym niepodważalnym fakcie naukowy dowód na prawdziwość chrześcijaństwa. Jeden z moich profesorów na medycynie zwykł był mawiać, że aby stać się naukowcem trzeba mieć tylko jeden talent: zdumiewać się w odpowiednim momencie. Pascal jako naukowiec zdumiał się prostym i oczywistym faktem. Dokładnie tak, jak przepowiedzieli prorocy, owoc Izraela dojrzał w konkretnym momencie historycznym, jego nasiona zostały rozrzucone aż po najdalsze krańce ziemi i przyniosły tysiąckrotny plon.

Wydaje się, że Pascal planował gigantyczne dzieło apologetyki, ponieważ jako matematyk i fizyk epoki Kartezjusza zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw współczesnego pozytywizmu. Być może podczas nocy trawionych mistyczną gorączką przeczuwał nadejście fali, która miała zalać cały zachodni świat. Nie wiemy tego jednak. Historia rozgrywa się w Czasie, jej treściąjest Czas, a będąc skażona Czasem jest równocześnie skażona niebytem, skażona Śmiercią. W tym nasi współcześni egzystencjaliści odmieniająjedynie to, co Platon i święty Paweł wyrazili o wiele wcześniej. Odkryli tę prawdę ponownie pod presją strachu i przerażenia, przenikających współczesnego człowieka. Gdyby istotą historii był czas, byłaby ona bezkształtną, nie posiadającą struktury masą, rozwijającą się jako niezmienna skończoność, straszliwa przeciwniczka wieczności. W istocie dialektyka materialistyczna, gdyby ją doprowadzić do logicznej konkluzji, sprowadziłaby się właśnie do takiej wizji historii. Jedynym zjawiskiem, które wkracza w historię, wnosząc w nią element ponadczasowości, jest Proroctwo. Wizja prorocza wynosi historię na nowy poziom i oświeca ją blaskiem wieczności. Wschodni myśliciele chrześcijańscy wywodzący się z tradycji platońskiej, tacy jak Sołowjow czy Bierdiajew, widzieli to bardzo wyraźnie. Wielkie religie Wschodu pozostawiają historię na boku jako chaotyczną. Tylko w tradycji judeochrześcijańskiej Czas i Wieczność spotykają się w Historii.

Właśnie ten cud zdumiał Pascala w XVII wieku. Być może dla niego był on tylko „myślą". Dla ludzi żyjących w czasach pozornie chaotycznych przemian ów cud jest jednakże bezpośrednim doświadczeniem, czymś, co ma na nich wpływ w samej ich istocie. Niezwykłym tego przykładem jest święty Augustyn. Wstrząsały nim transcendentne siły obecne w historii. Czytając niektóre fragmenty Civiłas Dei ma się nieomal wrażenie, że to właśnie było jądrem jego nawrócenia. W czasach, o których tu mowa, nie wiedziałem jednak niczego o Pascalu ani świętym Augustynie, a przynajmniej o tym, w jaki sposób wpłynął na nich „argument historyczny", czyli bezpośrednie doświadczenie historii. Wynurzyłem się z synagogi, z kursu biblijnego o prorokach, i spotkałem nie-Żydów, którzy myśleli i czuli tak samo jak ja, którzy niejako żarzyli się blaskiem Szechina, jedynej siedziby Słowa. Gdzieś w głębi czułem, że Żydzi reagujący narodowym ożywieniem na otaczający nas nacjonalizm są bliżsi nazistom niż ci ludzie, którzy wierzyli w Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba. Nie było innego wyjścia: jeśli owa Niemka i małżeństwo Japończyków mieli rację, ja sam byłem w błędzie. Jeśli bowiem Mesjasz przyszedł dziewiętnaście wieków temu, Objawienie nie było już zamknięte w drogocennym naczyniu am ha'amim, narodu spośród narodów. A zatem prawdziwa więź, łącząca nas czworo, przekraczała więzy krwi jednego ludu; musiała pochodzić od Niego.

Ale jeśli oni byli w błędzie, to naziści mieli rację. Jeśli omyłkowo przyjęli słowa mało znanego żydowskiego kaznodziei sprzed dziewiętnastu wieków jako słowo Boga, to byli, jak wierzyło wielu nazistów, ofiarami niewiarygodnego oszustwa. Oto zastanawiający problem. Niech tylko spróbuje go rozwiązać któryś z naszych naukowców, historyków czy socjologów. Jest to jeden z owych wspaniałych problemów Kierkegaarda „albo-albo", jedno z tych dokuczliwych pytań, które nie dają spokoju w głębi duszy, dopóki nie udzieli się na nie jasnej odpowiedzi. Bywały chwile, że wątpiłem, czy jestem przy zdrowych zmysłach. Wszędzie wokół siebie widziałem ludzi mądrzejszych i lepszych ode mnie, którzy nie dostrzegali tego, co dla mnie stanowiło zasadniczą alternatywę. Oto byłem przedstawicielem mojego narodu poddanego najokrutniejszym prześladowaniom, jakie kiedykolwiek przecierpieliśmy, a w moich myślach rodził się powoli nikły cień możliwości odejścia od owej wspólnoty przeznaczenia. Wydawało mi się to obłędem, tym większym, że odczuwałem naturalną skłonność do trwania wśród tych, z którymi przyszło mi cierpieć. Czyż swastyka nie była jedynie modyfikacją krucyfiksu, pod którego znakiem byliśmy już wcześniej torturowani?

Tak się wydawało, przynajmniej jeśli rozważać historię na jej płaszczyźnie naturalnej. Być może wszystko to było jedynie „nagromadzeniem", uważnie skleconym przez moją podświadomość, aby zakamuflować pragnienie ucieczki od mojego żydostwa. Mogłem jednak z łatwością odrzucić tę myśl, ponieważ widziałem, że w czasie prześladowań liczy się tylko „rasa". Chrześcijanie pochodzenia żydowskiego nie mieli się lepiej od swych współbraci. Wręcz przeciwnie - mieli się często o wiele gorzej, ponieważ w sensie politycznym i społecznym nie przynależeli do żadnej grupy. Współczesny człowiek nie potrafi już przyjmować rzeczywistości duchowej dosłownie. To właśnie jest tragedią Hamleta; on nie tylko doświadcza, ale także rozmyśla. I gdy raz wypróbuje na sobie wszystkie owe współczesne sztuczki badań psychologicznych, będzie zgubiony. Nie grzeszy naiwnością i traktuje samego siebie podejrzliwie; wkrótce też odkrywa, że beznadziejnie uwikłał się w nierozwiązywalną sieć czysto psychologicznych odniesień. Wtedy właśnie następuje wielki zwrot: to, co jedynie prawdziwe, najwyższa i ostateczna Rzeczywistość, jawi się jako coś względnego, jako odbicie w lustrze, natomiast sieć odniesień wydaje się jak najbardziej rzeczywista. W tej chwili dopełnia się wielki akt negacji. Oto jedna z duchowych zasadzek naszych czasów. Wydaje mi się, że każda epoka kulturowa ma sobie właściwą formę negacji, a proces, który właśnie opisałem, jest czymś raczej specyficznym dla nas, żyjących w obecnych czasach.

***

Z „Listu do Brata "

Chrystus

Każda istota ludzka doświadcza w swoim życiu tragicznej dychotomii, bolesnego dualizmu. Sądzę, że każde dziecko jest tego w pewien sposób świadome. Kiedy dostrzegamy harmonię niebios, kiedy oglądamy zachód słońca albo słuchamy symfonii Mozarta, doświadczamy czegoś bliskiego doskonałości. Chcielibyśmy uczynić tę chwilę wiecznością i zawołać wraz z Faustem: „Zostań, jesteś taka piękna". Jesteśmy jednak także świadkami brzydoty i zepsucia, choroby i śmierci, nienawiści i zabijania. Ów środek absolutnej doskonałości zdaje się zawierać element skierowany ku stałej degeneracji. Jedynie Kościół potrafi odpowiedzieć na ten straszliwy paradoks. Mówi on, że chwile piękna i doskonałości są potencjalną wiecznością. Doskonałość ta została jednak zepsuta w czasie przez akt wyboru, który był możliwy dzięki stworzeniu Wolności. Zwróciłem już Twoją uwagę na to, że Twój własny mózg jest kosmiczną galaktyką orbit elektronowych - czymś, co powinno wzbudzać w Tobie podziw i zdumienie.

Twoje myśli mogą być jednak różne. Możesz zaprojektować ogród, ale możesz także planować zamordowanie przyjaciela i poślubienie jego żony. W ten sposób wprowadzamy pewną możliwość, która nie zawiera się implicite w tej nieskończenie złożonej i doskonale harmonijnej maszynie. To właśnie jest pojęcie Wolności. Ten sam Stwórca, który dał istnienie myślącej maszynie, dodał jej jeszcze Wolność. Skoro istnieje boski Stworzyciel i Duch, to byłoby dość niezwykłe zakładać, że istnieje On całkowicie niezależnie i w oddaleniu od świata, który stworzył. Wydaje się logiczne, że mógłby On objawiać samego siebie w Historii. I oto znajdujemy w Historii dziwną wymianę, dramatyczne zmaganie, jakby przeciąganie liny pomiędzy Bogiem i małym narodem, zamieszkującym tereny na skrzyżowaniu starożytnych kultur.

Bardzo wcześnie zaczęto się domyślać - a powody ku temu stawały się coraz jaśniejsze wraz z upływem czasu - że ów mały naród przechodził swoje ziemskie i duchowe zmagania nie dla samego siebie, ale po to, by wydać na świat Kogoś, kogo życie będzie miało przeogromne znaczenie dla wszystkich ludzi. Gdybyś był wierzącym Żydem, nie miałbyś jak na razie nic przeciwko temu, ponieważ aż do tego punktu nauczanie chrześcijańskie pokrywa się z żydowskim. Od tego miejsca zacząłbyś jednak zgłaszać pretensje, a byłyby one dwojakiego rodzaju. Mógłbyś powiedzieć: „Czy żyjemy w czasach mesjańskich? Jeśli tak, to nie chcę mieć z nimi nic wspólnego!" Ja sam przez długi czas tak właśnie mówiłem. Przytoczona już wcześniej opowieść o rabinie, który wygląda przez okno w chwili nadejścia Mesjasza i mówi: „Nie widzę żadnych zmian", streszcza całą duchową historię Żydów w ostatnich dwóch tysiącleciach. Właśnie to poczucie niechęci i zniecierpliwienia jest charakterystyczne dla wszystkich wczesnych żydowskich rewolucjonistów społecznych, którzy byli tak wrażliwi na brak sprawiedliwości i miłosierdzia we współczesnym świecie. Nie zgadzam się dziś z owym rabinem, ale żywię do niego, podobnie jak do owych wczesnych rewolucjonistów, głębokie współczucie. Ich oburzenie jest świętym oburzeniem.

Uważam nawet, że jest ono jedną z metafizycznych sił napędowych historii. Gdy Żydzi posługują się w atakach na Kościół historią Inkwizycji, nie przywołująjej jedynie dlatego, że zostali wówczas skrzywdzeni. Tu znów pojawia się, głęboko ukryte, niepokojące poczucie paradoksu. W ten sposób ich mesjański sceptycyzm i samo ich istnienie są ciągłym napomnieniem i żądłem kolącym chrześcijan. Gdy święty Paweł mówi, że „zatwardziałość dotknęła tylko część Izraela aż do czasu, gdy wejdzie pełnia pogan", nie tylko wygłasza proroctwo, ale także napomina pogan. Pełnia to nie tylko jakieś pojęcie ilości, ma ona także znaczenie wartościujące. Jeśli poganie nie wejdą w pełni, nie mogą się spodziewać, że Żydzi zostaną oświeceni. Nie zgadzam się z przytoczoną powyżej uwagą sceptycznego rabina. Proroctwa zostały wypełnione.

Chrystus przyszedł na świat w historycznej osobie Jezusa z Nazaretu. Jego pojawienie się w takiej postaci nie mogło jednak spowodowa ć nagłej przemiany społeczeństwa . Byłoby to wyjątkowo mechanistyczne pojmowanie historii. Gdyby pojawienie się Mesjasza samo w sobie nawróciło świat ku miłości i pokojowi, tak jak naciśnięcie włącznika oświetla cały pokój, Wolność, która bardziej niż cokolwiek innego czyniła człowieka podobnym do Boga, zostałaby nam odebrana. Bylibyśmy wówczas podobni do mechanicznych baletnic, tańczących sztywno w rytm muzyki i zamierających, gdy tylko melodia się skończy. Cały dramat historii żydowskiej do momentu pojawienia się takiego Mesjasza (nawet gdyby wydarzyło się to dopiero za dwadzieścia tysięcy lat) byłby całkowicie pozbawiony sensu. W istocie zaś jedynym Chrystusem, który pozostaje w zgodzie z żydowską koncepcją historii jest ten Chrystus, który przyszedł na świat i został ukrzyżowany: wcielony Bóg, śledzony i pochwycony przez stronniczych polityków i rzymskich imperialistów, a następnie haniebnie stracony. Jego Pokój i Jego Sprawiedliwość nie przemieniły świata w sposób automatyczny, niezależny od naszej woli, ale przemieniły tajemne głębie ludzkiej duszy.

Gdy Chrystus mówi o skutkach swojego pierwszego przyjścia, posługuje się metaforami, takimi jak „zaczyn" albo „ziarnko gorczycy"; innymi słowy mówi o przemianach powolnych, ukrytych lub dokonujących się tylko gdzieniegdzie. Nie oznacza to, że nie powinniśmy myśleć o społeczeństwie czy polityce w kategoriach chrześcijańskich, oznacza to jedynie, że każdy z nas musi najpierw szukać królestwa Bożego (które nie jest z tego świata), a wszystkie inne rzeczy będą nam dodane. Kościół oferuje także konkretną koncepcję natury ludzkiej i historii. Głosi mianowicie, że potencjał Dobra, Prawdy i Piękna w tym świecie został zepsuty wolnym aktem człowieka i że od tej pory wszystkie rzeczy zawierają jak gdyby samopowielający się element negacji, nicości. Można to najłatwiej wytłumaczyć posługując się analogią wziętą z naturalnych praw wszechświata. Jeśli pamiętasz lekcje fizyki, przypominasz sobie z pewnością, że drugie prawo termodynamiki modyfikuje w pewnym sensie prawo zachowania energii. Stwierdza ono, że mimo iż cała energia jest zachowywana, istnieje większe prawdopodobieństwo, że zamieni się ona w ciepło niż w jakąkolwiek inną formę energii. Oznacza to, że stale zwiększająca się ilość energii będzie bezpowrotnie przemieniać się w ciepło i że ostatecznie kosmos, który znamy, zginie z powodu przegrzania. Ta skłonność energii do przemiany w ciepło z pewnym marginesem nieodwracalności jest nazywana entropią.

W świecie jaki znamy, zgodnie z myślą chrześcijańską, istnieje coś w rodzaju prawa entropii. Istnieje negatywny proces, który pojmujemy jako Zło, Chorobę, Rozkład i Śmierć, a który, jak się wydaje, posiada faktyczną władzę nad Pięknem, Dobrem, Prawdą-wszystkimi tymi elementami, które napełniają nas przeczuciem Wieczności. Jedynym sposobem na odwrócenie tego procesu „entropii" było Wcielenie. Pojawiła się nowa Ewa, poczęła się niepokalanie Najświętsza Panna. Każdemu człowiekowi została dana jeszcze jedna szansa i Bóg stał się człowiekiem. Dzięki Jego życiu, męce i śmierci historia ludzkości została zaszczepiona przez nowy zaczyn, jedyny zaczyn mający zdolność odwrócenia owego wciąż rozszerzającego się procesu prowadzącego ku nicości. Gdybyś był wierzącym Żydem, zgłosiłbyś jeszcze jedno zastrzeżenie. Powiedziałbyś, że pogaństwem jest posiadanie jakiegokolwiek obrazu Boga, czy to w formie ludzkiej czy też innej. Bóg przestrzegał nas często w Starym Testamencie, abyśmy nie czynili sobie bożków. Uczynił to jednak właśnie dlatego, że Jego obraz już został uczyniony w jednej istocie, a mianowicie w człowieku. Ludzi, którzy nie wierzą w Objawienie, drażni idea Boga takiego, jakim Go przedstawia Biblia. Mówią, że jest On antropomorficzny.

Pragną Boga filozoficznego, jeśli już jakiś musi być. Specyficznie żydowska myśl uznaje jednak, że to nie tyle Bóg jest antropomorficzny, ile człowiek - teomorficzny. Istnieje pewna starożytna dysputa Rabbonim, jak mi się wydaje z tradycji talmudycznej, w której rozważane jest pytanie: Ma K'lal hatorah? (Jaka jest podstawowa zasada Prawa?) Jeden rabbi mówi: „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego", ale drugi oponuje: „Jest coś bardziej podstawowego - Bóg stworzył człowieka na swój obraz". Oznacza to, że człowiek w początkowej koncepcji stworzenia jest podobny do Boga. Jeśli twierdzenie to jest prawdziwe, musi istnieć w Bogu coś, z czym zbieżna jest koncepcja człowieka. Myśl chrześcijańska jest nieco bardziej konkretna i nazywa to coś Boskiego, czego człowiek jest, w tajemniczy sposób, obrazem, Drugą Osobą Trójcy Świętej. Chrześcijaństwo idzie jednak tylko nieco dalej niż judaizm. Rozważ tylko przez chwilę ową dysputę rabinów, a całkiem logicznie dojdziesz do wyraźnie chrześcijańskiego pojęcia Boga. Wcielenie nie jest obcą gałęzią wszczepioną w drzewo żydowskiej tradycji. Duch żydowski jest głęboko przeniknięty ideą wcielenia. W istocie owo święte oburzenie, które chciałoby widzieć przemienienie całego świata, jest, psychologicznie rzecz biorąc, częścią tego trendu.

Karl Stern

tłumaczyła: Magdalena Sobolewska

Fragment książki The pillar of fire

Pismo Poświęcone Fronda nr 9-10