Z relacji świadków wynika, że Tomasz Lenz miał pojawić się w szpitalu wraz z bliską osobą i – jak opisano – ominąć standardową ścieżkę przyjęcia pacjenta. „Zwykli ludzie czekają w kolejce, a ci weszli jak do siebie” – relacjonuje pracownik placówki cytowany przez autora tekstu. W normalnych warunkach pacjent trafia najpierw na izbę przyjęć, przechodzi kwalifikację, podpisuje zgodę na zabieg. Tutaj – według ustaleń – wszystko miało wyglądać inaczej.
Jeszcze bardziej niepokojące są okoliczności samej procedury medycznej. Jak przyznaje dyrektor szpitala Mariusz Trojanowski, mogło dojść do poważnych naruszeń. „Nie ma pełnej dokumentacji medycznej, w tym zgody pacjenta na zabieg i znieczulenie” – to zdanie powinno zatrzymać każdego, kto choć raz korzystał z publicznej służby zdrowia. Brak dokumentacji oznacza bowiem nie tylko chaos organizacyjny, ale potencjalne zagrożenie dla zdrowia i życia pacjenta.
W tle pojawia się także postać Lotfiego Mansoura – lekarza i działacza politycznego, który według relacji świadków miał pojawić się w szpitalu w trakcie zdarzeń. Jak podaje Wirtualna Polska, jego obecność oraz powiązania środowiskowe tylko wzmacniają pytania o charakter całej sytuacji.
Najbardziej uderzające jest jednak to, co ta sprawa mówi o systemie. Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski nie pozostawia złudzeń: „Mamy w Polsce problem z równością dostępu do świadczeń […] Pacjenci z pieniędzmi i znajomościami rywalizują o te same świadczenia z pacjentami, którzy nie mają do kogo zadzwonić”. I dodaje dosadnie: „To jest totalna patologia”.
Trudno o bardziej trafną diagnozę. Publiczna służba zdrowia, finansowana z pieniędzy wszystkich obywateli, powinna być miejscem równych szans. Tymczasem coraz częściej pojawiają się sygnały, że istnieją w niej dwa równoległe światy. Jeden – dla zwykłych pacjentów, którzy miesiącami czekają w kolejkach. Drugi – dla tych, którzy mają odpowiednie nazwiska, kontakty i dostęp do „telefonu do ordynatora”.
Sprawa z Aleksandrowa Kujawskiego pokazuje również inny, równie niebezpieczny mechanizm – przenikanie polityki do instytucji, które powinny pozostać neutralne. Gdy dyrektor, lokalni działacze i osoby uczestniczące w zdarzeniu funkcjonują w tym samym środowisku politycznym, pojawia się pytanie nie tylko o procedury, ale o realną zdolność systemu do samooczyszczenia.
Niepokój budzi także brak odpowiedzi ze strony głównych zainteresowanych. Tomasz Lenz odmówił komentarza, powołując się na prywatność i tajemnicę medyczną. Podobnie uczynił Lotfi Mansour. Tymczasem – co podkreśla autor publikacji – pytania nie dotyczyły danych wrażliwych, lecz przestrzegania procedur publicznej placówki.
I tu dochodzimy do sedna problemu. Tajemnica lekarska nie może być parawanem dla potencjalnych nieprawidłowości. Nie może też służyć do unikania odpowiedzi na pytania o to, czy wszyscy pacjenci są traktowani równo.
Postępowanie wyjaśniające trwa. Być może przyniesie odpowiedzi. Ale już dziś ta sprawa pokazuje coś znacznie ważniejszego niż pojedynczy incydent. Pokazuje, jak łatwo w Polsce system publiczny może zostać „sprywatyzowany” przez układy, znajomości i polityczne powiązania.
Bo problemem nie jest tylko to, czy ktoś wszedł bez kolejki. Problemem jest to, że dla jednych drzwi są zawsze otwarte, a dla innych – zamknięte na głucho.
Zenon Witkowski
