Kania przypomina, że środowisko WSI nie rozpadło się po formalnej likwidacji służby. Przeciwnie – przeszło proces adaptacji, tworząc sieci towarzyskie, medialne i eksperckie. Jednym z ich symboli jest Stowarzyszenie SOWA, którego prezesem został Marek Dukaczewski, oficer szkolony w Moskwie w czasach PRL. „To postać-symbol – człowiek, który dziś bywa przedstawiany jako autorytet od rosyjskich wpływów w Polsce, a jednocześnie reprezentuje formację będącą przedłużeniem struktur podporządkowanych Moskwie” – pisze Kania.
Autorka szeroko cytuje relację Wildsteina, zwracając uwagę nie na pijackie docinki czy prymitywne zaczepki, lecz na coś znacznie poważniejszego. „Najbardziej uderzające było to, jak mówili o Rosji. Z jaką miłością i podziwem. Jak się chwalili tym, że są na telefon z oficerami GRU, że się u nich szkolili, że GRU uważa ich za swoich i będzie bronić” – przytacza Kania. Jej zdaniem nie była to poza ani przechwałki, lecz szczere ujawnienie tożsamości i lojalności.
Szczególne znaczenie ma miejsce, w którym te spotkania się odbywały – mury Akademii Obrony Narodowej. Kania podkreśla absurd sytuacji, w której instytucja mająca kształcić przyszłe elity Wojska Polskiego udostępnia przestrzeń środowisku wywodzącemu się z formacji całkowicie podporządkowanej Moskwie. „To wszystko działo się dwa lata po katastrofie smoleńskiej, w czasie gdy opinię publiczną karmiono narracją o ‘przypadku’ i ‘teoriach spiskowych’” – zauważa.
W swoim tekście Kania wraca również do ustaleń Komisji Weryfikacyjnej WSI, przypominając mechanizmy wypracowane jeszcze w Oddziale „Y” peerelowskiego wywiadu: połączenie operacji wywiadowczych z nielegalnymi interesami, prowizjami i przejmowaniem majątków. To z tych schematów – jak pisze – wyrastały patologie takie jak afera FOZZ, a także późniejsze medialne operacje dyskredytujące przeciwników politycznych.
Jednym z przykładów ciągłości narracji jest dla Kani postać Zenona Klameckiego, oficera WSI i konsultanta filmu „Dramat w trzech aktach”, który próbował wiązać braci Kaczyńskich z aferą FOZZ. „To nie był przypadek, lecz element długiego łańcucha projekcji” – ocenia autorka, wskazując, że oskarżanie innych o prorosyjskość bywało sposobem maskowania własnej biografii.
Najmocniejszym fragmentem tekstu jest jednak konkluzja. Dorota Kania pisze wprost, że mamy do czynienia z odwracaniem ról: „Ci sami ludzie, którzy przez lata funkcjonowali w orbicie Moskwy, dziś występują jako eksperci od walki z Rosją, a ich przeciwników obwołuje się ‘agentami Putina’”. Bez medialnego parasola – jak podkreśla – taki zabieg nie byłby możliwy.
„To nie jest rozliczenie przeszłości. To ostrzeżenie” – podsumowuje Kania. Przywołuje przy tym słowa Marka Dukaczewskiego, wypowiedziane na koniec jednego ze spotkań: „Uważajcie panowie, jest bardzo ślisko”. W jej interpretacji to zdanie nabiera dziś nowego znaczenia. Nie jest już skierowane do kilku dziennikarzy, lecz do całego państwa, które – jeśli nie wyciągnie wniosków z własnej historii – może ponownie znaleźć się na niebezpiecznym gruncie.
