Świadectwo ojca: Miłość do dziecka wyrównuje wszystko - zdjęcie
23.06.13, 11:49

Świadectwo ojca: Miłość do dziecka wyrównuje wszystko

5

Może „otworzyła” nie jest tu najlepszym określeniem. Było to raczej tak, że na chwilę błysnęło coś spomiędzy sklejonych powiek i  nagle te powieki szeroko się rozwarły. Oczy patrzyły przed siebie. Było to spojrzenie oszołomione, dzikie, całkowicie zanurzone jeszcze w  nierozumnej pierwotności, nieobecne, a zarazem niesłychanie intensywne. Nigdy go nie zapomnę. W  tym momencie przyrzekłem sobie  — i  przez te lata dotrzymałem danego sobie słowa  — że jeśli kiedykolwiek się zdenerwuję czy będę czuł niepokój z  powodu jej złych stopni w  szkole lub czegoś podobnego, przypomnę sobie ten wzrok. Będę sobie przypominał, że moje dziecko przede wszystkim nie należy do mnie ani do mojej żony, nie ma realizować naszych planów i  spełniać marzeń ani nawet żyć zgodnie z  wyznawaną przez nas etyką, lecz należy do siebie i  tajemnicy świata, dzięki której się pojawiło.

Siedem lat później

Siedzieliśmy właśnie w miłym nastroju przy kolacji, kiedy moja córka przeniosła niepewnie wzrok z mojej żony na mnie, potem znowu ze mnie na żonę, westchnęła cichutko i powiedziała: „Ale mam szczęście, żeście się kiedyś spotkali”.

Miała rację. To, co jej mały rozumek pojął w taki zwykły sposób, jest z jednej strony prostym faktem biologicznym. Ale poza tym jest to istotny fakt egzystencjalny  — nie byłoby jej bez mojej żony i beze mnie. Jej figlarnego uśmiechu, zmyślności w działaniu, jej często głęboko poruszającego współczucia wobec wszystkich i wszystkiego oraz tysiąca innych cech  — to wszystko po prostu by nie istniało.

Na rynku pojawiają się rocznie setki książek poświęconych problemom rodziców i dzieci. Niektóre z nich są bardzo rozsądne i pomocne. Lecz mało która mówi o tym, ile ojciec i matka znaczą dla swego dziecka. I o tym, jakie znaczenie ma dziecko dla poczucia szczęścia albo cierpienia rodziców.

Ta książka traktuje właśnie o tym.

Nic w  moim życiu, które wypełnia mnogość zajęć i  funkcji, nie napełniło mnie taką (skromną) dumą, jak istnienie moich dzieci. Nic nie godzi mnie tak bardzo z  samym sobą, jak ta chwila, kiedy późnym wieczorem wchodzę do pokoju śpiącej już córeczki, zatrzymuję się na chwilę w bezruchu i po prostu patrzę. Albo kiedy zauważam, że córka uspokaja się, kiedy obudziwszy się z płaczem ze złego snu, widzi, że zaniepokojony zaglądam do jej pokoju, a w końcu do niej podchodzę. „Cicho, malutka”, moje słowa uspokajają, uciszają jej lęk. Dlaczego? Bo usłyszała głos i  zobaczyła postać swego taty. Matkom udaje się to zresztą jeszcze lepiej. O tym też będzie w  tej książce. O  wyjątkowym znaczeniu matki dla dziecka i ojca dla dziecka, z czym wiąże się doświadczenie głębokiego szczęścia, a  także o  rodzicielskiej mocy i kompetencji.

Zapewne, bycie osobą kompetentną oznacza zawsze odpowiedzialność, innej możliwości nie ma. Za nikogo na świecie nie czuję się tak odpowiedzialny, jak za moje dzieci, a miliony matek i ojców czują podobnie. Jak potężna jest moc człowieczeństwa! W gruncie rzeczy może nie potrafię jej sprostać dogłębnie, w  pełnym wymiarze nawet przez jeden dzień. Ale to teraz nieważne. Miłość do dziecka wyrównuje wszystko.

Bez tej szczególnej okoliczności dzieci w  swym rozwoju nie staną się indywidualnościami, bez siły miłości nie zrodzi się w  nich zaufanie i  empatia; współczesne badania nad więziami ludzkimi pokazują dobitnie, że kaleka miłość rodziców może zniszczyć życie dziecka i  jego siłę psychiczną. Bez miłości rodziców nie ma też wspólnoty między ludźmi, właściwych więzi społecznych ani całej kultury. Ta szczególna, jedyna relacja, która łączy rodziców i dziecko, kształtuje życie jednostek i życie całych społeczeństw. Każda matka i  ojciec mają w  tym swój udział. Przekazują życie i  z  wielką intensywnością uczestniczą we wszystkim, co się z tym wiąże. To jest ich powołanie. Bardzo proste.

Od siedmiu lat, to znaczy odkąd na świat przyszła moja córka, doświadczam mniejszych i większych lęków. Czasem są one umiarkowane, a czasem gwałtownie dają o sobie znać. Moje zmartwienie polega na tym, że kiedyś, powoli, zupełnie wygasną.

Mój lęk pojawił się po raz pierwszy w  chwili, kiedy urodziła się nasza córka. Tego samego dnia, co mówię — w tej samej minucie. A przecież podczas dziewięciu poprzedzających miesięcy, od chwili gdy moja żona podzieliła się ze mną nowiną, że oczekujemy jeszcze jednego, nieplanowanego dziecka — byłem dobrej myśli, w dobrym nastroju! Dlaczego miałoby być inaczej?

Dziecko rosło sobie w ciele mojej żony — ten fakt ciągle jeszcze mnie zdumiewa!  — a  jego rozwój regularnie kontrolował ginekolog. Nowoczesne aparaty rzucały na ekran jakieś dziwne linie i  zarysy i  na wydruku takiego zdjęcia moja żona próbowała mi wytłumaczyć, gdzie w  tej czarno-szarej plątaninie kształtów można rozpoznać nasze dziecko.

Wszystko to było dosyć tajemnicze, jak tajemnicze dla każdego mężczyzny jest życie małej istoty dojrzewające w ciele matki. Ale lęków nie czułem żadnych.

Oczywiście, przed każdą wizytą żony u lekarza pojawiało się pewne napięcie. Lekki niepokój, czy usłyszymy, że „wszystko w porządku”, lecz ratowało mnie infantylne niemal myślenie, że przecież „będzie dobrze”!

Moja żona była zdrowa, jej uroda w  tym czasie rozkwitła. Miewała też trudniejsze momenty (które, jak większość kobiet, próbowała dzielnie ukryć). Lecz ponieważ te wszystkie biologiczne procesy były dla mnie sprawą nie do końca zrozumiałą, związane z nimi niepokoje nie angażowały mnie zbyt mocno.

Zjawiły się one później, ale za to z jaką siłą! Właśnie w  chwili gdy nasza mała, tajemnicza i  od pierwszych sekund swego istnienia kochana istotka znalazła się na świecie — ogarnął mnie lęk.

Jeszcze dzisiaj zamieram z przerażenia, gdy widzę, jak wielu rodziców naraża swoje dzieci na niebezpieczeństwa. Ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego młode matki pozwalają na przykład swoim dwuipółletnim czy trzyletnim pociechom, niepewnie jeszcze trzymającym się na nóżkach, wspinać się po stromych ścianach na placach zabaw, dlaczego nie krzykną z  przestrachu (nawet nie podniosą się z ławki), kiedy ich dziecko zaplącze sobie nóżkę w siatce albo gdy ześliźnie się z dachu drewnianego domku zabaw, spadnie na ziemię i żałośnie płacze. Jestem zbyt przeczulony? Może... Może... Wydaje mi się, że tak preferowane przez współczesną kulturę cechy — odwaga, samodzielność i podejmowanie ryzyka — zbyt chętnie przyjęły się w myśleniu wielu rodziców. Dzieci w  momencie niebezpieczeństwa czują się nie tyle samodzielne, ile pozostawione samym sobie, nawet gdy potem z dumą oświadczają: „Wcale mnie nie bolało!”. W jednym z rozdziałów tej książki poruszę szerzej tę kwestię.

Teraz chcę jeszcze raz wrócić do własnych doświadczeń, do pierwszych dni i  tygodni, kiedy przyzwyczajałem się do obecności nowej istoty w naszym domu, kiedy zacząłem pojmować, że wraz z nią zaczęła się w naszym życiu nowa faza, nowe wyzwania, plany, troski, w  których będziemy poznawać swoje nowe oblicze, oblicze dorosłych. I doświadczać nowych lęków!

Na przykład nocą.

Spanie oznacza rozdzielenie, mówi psychologia rozwoju. Ma przez to na myśli stan psychiki niemowlęcia. Kiedy położone do swego łóżeczka niemowlę wtula się w  swą poduszkę i  już, już ma zasnąć, wtedy do główki przychodzi mu sto sposobów, żeby jednak nie poddać się zasypianiu. Po prostu nie chce zasnąć! A  to dlatego, że dziecko wchodzi wtedy w  świat swoich wewnętrznych obrazów, wewnętrznego ja i  oddziela się od mamy, taty, misia i  intrygujących tajemnic rodzicielskiego domu. Dziecko tego nie chce. Dlatego protestuje, burzy się, marudzi, w momencie gdy zagarnia je sen.

Dziecko nie chce oddzielenia (my, dorośli, też go nie lubimy). Nie lubi się odłączać, nawet przejściowo, nawet na chwilę. Chce być zawsze obecne, zawsze tam, gdzie toczy się życie.

Podejrzewam, że dziecko ma jeszcze jedno niejasne przeczucie. Każda rozłąka oznacza niepewność. Nawet tak łagodna, jaką jest sen. Kto z nas wie, w jakie wewnętrzne światy dziecko wchodzi, śpiąc, jaka jest treść jego snów, dokąd prowadzą je te sny i czy ma ono pewność, że wróci? To ta tajemnicza rzeczywistość, z  której dziecko wzięło swój początek, napawa je lękiem. Dziecko nie tylko dlatego broni się przed snem, że otaczający świat intryguje je i zaciekawia, i nie tylko dlatego, że nie chce przejściowego odcięcia od mamy i taty. Broni się, jak sądzę, również dlatego że nie chce powrotu do nieobecności (nawet gdy jest ona tylko natury psychicznej, duchowej), bo ta przypomina mu stan niebytu, z  którego wyszło.

To, co odczuwa dziecko, czują też rodzice. Mogę mówić tylko o sobie. Mnie też każdego wieczoru, gdy zbliżała się pora snu, ogarniał jakiś głęboki strach. Może strach nie jest tu słowem właściwym, był to raczej niejasny lęk, niepokój, którego nie mogłem sobie wytłumaczyć.

W każdym razie, w tych pierwszych tygodniach zaglądałem po cichu i  ukradkiem co pół godziny do pokoju, gdzie stał wiklinowy kosz z naszym śpiącym maleństwem. Nachylałem się nad córeczką z  troską, tylko po to, żeby się przekonać, że oddycha, że jej ciałko unosi się łagodnie w rytmie regularnego oddechu, że po prostu istnieje. Tak, oddychała, powieki miała wprawdzie zamknięte, ale małe usteczka cicho wypuszczały powietrze i policzki nadymały się lekko, a cichy bezruch jej dziecięcego ciałka nie znaczył niczego złego, niczego niepokojącego, tylko to, że spała głęboko i spokojnie. Wtedy ja sam też oddychałem głęboko, prostowałem się z ulgą i na palcach wychodziłem z pokoju, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi.

Przez najbliższe pół godziny (później wydłużyło się to do godziny, a jeszcze później do dwóch) byłem znowu stosunkowo spokojny i  zadowolony; przecież wszystko jest w  porządku, mała jest zdrowa jak rydz, przez cały dzień gaworzy i radośnie wykrzykuje — cóż więc mogłoby mnie niepokoić? Rzadko płacze, właściwie nigdy nie krzyczy, wyczuwa się w niej głęboką ufność — naprawdę nie ma powodu do obaw.

Następnej nocy znowu jednak wślizgiwałem się do jej pokoju, patrząc, czy oddycha, i obserwowałem jej łagodne zmęczenie, które wyrównywał sen. W tamtym okresie sam chodziłem spać o wiele za późno, jakbym nie mógł dać sobie rady z własnym niepokojem. Pół nocy spędzałem przy komputerze, pisząc i pisząc, co miało ten skutek, że stałem się płodnym publicystą.

A mnie po prostu nie dawała spać troska o dziecko!

My, dorośli, mamy mocne przeświadczenie o  kruchości dziecięcej egzystencji. Na dziecko czyha tyle niebezpieczeństw! Tyle nieszczęść  — fizycznych i  psychicznych. A jednocześnie nasza troska dotyczy już przyszłości dziecka. Chcielibyśmy już terazusunąć z  jego drogi wszystkie trudności i odwrócić wszelkie nieszczęścia. Zanim w ogóle do nich dojdzie. Tak oto nasza dzielna rodzicielska egzystencja od pierwszej chwili pełna jest różnych niepokojów. Ten stan nigdy naprawdę się nie kończy.

Oczywiście nie jestem jedyny, który na palcach wkradał się do pokoju swego śpiącego maleństwa, żeby się przekonać, czy ono jeszcze oddycha, czy jeszcze żyje. Kiedy odważyłem się przyznać do tego kilku przyjaciołom, ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem bardzo podobne relacje. Tak, tak, kiwał głową ten lub ów twardziel, z nim było tak samo. Inni opowiadali, że pamiętają jeszcze, jak często budzili się w  nocy przerażeni, w  jednej sekundzie jak sprężyna siadali na łóżku i  wstrzymując oddech, na palcach podchodzili do łóżeczka swego śpiącego dziecka, by sprawdzać, czy ono żyje i czy nic złego się nie dzieje.

O, myślałem sobie, zdumiony i  troszkę mniej szczęśliwy, to bardzo ciekawe! Oto pierwszy — chłodny biznesmen, albo drugi, którego bezwzględność czy bezczelność niejednemu zatruła już życie, czy jeszcze inny, wydawałoby się niefrasobliwy i  szukający w  życiu głównie przyjemności — oni wszyscy znają to uczucie troski i niepokoju o dziecko. Odnosiłem wręcz wrażenie, że ten lęk był jedną z zasadniczych cech ich ojcowskiego losu!1

I tak z pewnością jest. Jestem głęboko przekonany, że już maleńkie dziecko w jakiś trudno wytłumaczalny sposób odbiera coś z tej ojcowskiej troski i miłości. Oczywiście, na pewno nie jest świadome momentów, gdy ojciec z  troską pochyla się nad jego łóżeczkiem, ani nie słyszy jego stąpania na palcach, gdy się do niego zbliża. Mimo to uważam, że podświadomość niemowlęcia rejestruje w jakiś sposób tę postawę ojca i to wzmacnia jego późniejszy życiowy dynamizm.

Miłość i troskę matki i ojca dziecko chłonie podświadomie. Rodzicielska miłość i  troska wypełnia ukryte izdebki dziecięcej duszy, w  których dojrzewają zarówno lęki, jak i zdolność do miłości i wolności.

Fragment książki Wolfganga Bergmanna, Sztuka rodzicielskiej miłości, Wydawnictwo WAM

Komentarze (5):

anonim2013.06.23 12:54
Ale bełkot...
anonim2013.06.23 13:15
@Ewucha Na drzewo spadaj polmozgu.
anonim2013.06.24 0:50
Każda wnikliwa uwaga jest miłością i pochodzi od Boga.
anonim2013.06.24 10:43
ale wymiana zdań! głębokie to co napisaliście powyżej. Ale mniejsza o większość. Niestety ale jeśli cała książka jest w ten sposób napisana to faktycznie bełkot. Ze swojej strony polecam Meg Meeker - Mocni Ojcowie. Mocne Córki. Daje do myślenia. Nie czytałem tej z artykułu ale nie podoba mi się od razu opis nt niebezpieczeństw czyhających na dziecko. Że się przewróci, albo podrapie. Trochę to znerwicowane.
anonim2013.06.24 13:39
Nie ma jak ojcowska miłość.