Św. Benedykt - o wzrastaniu ,,w dół'' - zdjęcie
23.01.19, 14:30

Św. Benedykt - o wzrastaniu ,,w dół''

4

Św. Benedykt nazwał klasztor szkołą służby Pańskiej. I niewątpliwie jest to jakaś szkoła, tylko że w bardzo istotnym aspekcie niepodobna do innych. W normalnej szkole uczeń zdobywa pewne wiadomości i sprawności, i widzi, że je zdobywa. Kiedy już umie dodawać i odejmować (i wie, że umie), to uczy się tabliczki mnożenia. Sam widzi, jak mu tego wszystkiego przybywa. A w klasztorze jest dokładnie odwrotnie. Człowiek wstępując był przekonany, że jest z natury spokojny i zrównoważony, a w klasztorze łapie się na tym, że krzyczy w poduszkę (i jeszcze dobrze, jeśli tylko w poduszkę). Myślał, że jest wesoły, niezależny i wolny od względów ludzkich, a w klasztorze znajduje w sobie ogromną potrzebę ludzkiej aprobaty i zazdrości o aprobatę okazywaną innym. Myślał, że nie przejmuje się byle czym, a tu od jednego niemiłego słówka już się zapłakuje i rozczula nad sobą. Inaczej mówiąc, zamiast doświadczać, że staje się coraz lepszy i mądrzejszy, doświadcza przeciwnie, że robi się coraz gorszy. (Pamiętam, jak sama w nowicjacie myślałam, że to całe szczęście, że kontakt ze światem zewnętrznym jest tak ograniczony, bo przynajmniej moi znajomi zapamiętają mnie taką, jaka byłam wśród nich, a nie taką, jaka się „tutaj” zrobiłam…) No i wysnuwa się z tego wniosek: Ja nigdy taki nie byłem, to tu mnie takim zrobili! To „oni” są temu winni!

A winna jest pomyłka. Mówiąc obrazowo, myślał, że idzie na szczyty, gdzie sam blask, a oddech szeroki i łatwy – a znalazł się w komorze ciśnień, gdzie mu wciąż dodają atmosfer. Pod tym ciśnieniem wyłazi z niego to wszystko, co w nim naprawdę siedzi i zawsze siedziało, tylko ani on, ani inni o tym nie wiedzieli, bo było dobrze schowane. Ale było tam w środku, a teraz się tylko ujawnia. I biedny nowicjusz ma wybór: zaakceptować prawdę o sobie (a przynajmniej ten jej kawałeczek, który mu już pozwolono zobaczyć) jako punkt wyjścia do dalszej drogi – albo nie zaakceptować, duchowo pozostać w miejscu, a z klasztoru wiać, co sił w nogach. To dlatego abba Teodor mówił, że nie wtedy należy się dziwić, kiedy ktoś z pustyni odchodzi, ale wtedy, kiedy ktoś jednak zostaje. (Oczywiście są i tacy, którzy nie akceptują prawdy o sobie, a jednak w klasztorze zostają; są tam potem przez całe życie zawodowymi poszukiwaczami cudzych win.)

Dobrze jest w takiej sytuacji przypomnieć sobie słowa Pana Jezusa o tym, że prawda wyzwala. Jeśli się ją uznaje i w razie potrzeby wyznaje, nie mamy już pokusy, żeby tracić mnóstwo czasu, uwagi i nerwów na staranne konstruowanie całych gmachów swojej ułudy, na uczenie się na pamięć wszystkich argumentów, dowodzących, że winni są inni… Dobra rada, którą przekazują sobie od początku pokolenia mnichów, brzmi: ilekroć złapiesz się na takim budowaniu argumentów, uderz się w piersi. Umysł trudno od takich myśli odczepić, więc niech przynajmniej gest ręki będzie jakimś początkiem twojego nawrócenia. Nic nas tak nie wyzwala, jak jedno krótkie: „Moja wina!”. Ojcowie uważali branie winy na siebie za jedną z podstawowych cnót mnicha. Nie w tym sensie, aby kłamliwie podstawiał się jako rzekomy winowajca, kiedy opat szuka sprawcy jakiejś szkody; ale w tym, żeby stale przeciwstawiał się tym swoim myślom, które jego samego wybielają, a oczerniają innych. (A jeśli to on właśnie zrobił tę szkodę, w tym jego wyzwolenie, że się zgodnie z prawdą przyzna i poniesie konsekwencje.)

Spokojną akceptację własnej słabości nazywamy pokorą. Łatwo w takim razie zrozumieć, dlaczego św. Benedykt właśnie pokorę omawia tak szczegółowo, jak żadną inną cnotę, wyliczając wszelkie jej przejawy i zastosowania.

Małgorzata Borkowska OSB

Materiały do monastycznej formacji zakonnej w zgromadzeniach żeńskich

Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Komentarze (4):

nikt2019.01.23 23:50
Poznanie prawdy o sobie i jej akceptacja to dopiero pierwszy stopień w poszukiwaniu Boga . I najłatwiejszy . I nie trzeba w tym celu izolować się od ludzi . A tych stopni jest na 10-cio piętrowy budynek .
Maks2019.01.23 23:20
I właśnie dlatego dzieją się takie rzeczy jak te opisane w poniższym artykulehttps://pikio.pl/kora-wiele-wycierpiala-200119/ Cytuję "W ośrodku prowadzonym przez siostry zakonne panowały warunki nie mające nic wspólnego z poszanowaniem godności dzieci. Dochodziło do pobić i poniżania. Dzieci nie używały imion, tylko cyfr. Kora była siódemką. " To, że ludzie w stanowczej większości funkcjonują w taki sposób, że obwiniają za swoje błędy to innych jest prawdą. Widać to choćażby w komentarzach na frondzie ale także po artykułach które się tutaj ukazują. Można stwierdzić, że to wręcz paradoks, że artykuł piętnujący obwinia ie innych pojawił się właśnie na frondzie. Tylko, że taki sposób postępowania nie wynika najczęściej z tego, że ktoś jest zły tylko z tego, że nie został nauczony tego co ma robić że swoimi złymi emocjami. W każdym razie współczuję dzieciom któremusiały przejść jakieś niewyobrażalne emocjonalne piekło przez osoby zindoktrynowane taką formą ultra katolickiego radykalizmu. To musiał być koszmar w czasach kiedy siostry zakonne nie musiały mieć żadnego przygotowania psychologicznego. I oczywiście nie twierdzę, że zawsze jest tak że siostry zakonne nie nadają się do wychowywania dzieci. Sam widziałem jak wygląda to u sióstr Salezjanek i uważam że tam opieka nad dziećmi była sprawowana bardzo dobrze. Niemniej trzeba mieć świadomość tego, że uczenie ludzi takiej formy radykalizmu może mieć fatalne skutki i być źródłem nienawiści do religijności chrześcijańskiej.
nikt2019.01.23 23:59
Przede wszystkim taka forma musi być podejmowana świadomie i dobrowolnie przez osoby dojrzałe . Życie samo dostarcza nam możliwości . Nie trzeba ich szukać w specjalnych ośrodkach . Absolutnie niedopuszczalne jest jej stosowanie wobec słabych dziecięcych umysłów . Tak rodzi się fanatyzm i terroryzm .
Michał Pasierb2019.01.23 20:45
Pokora- "Spokojna akceptacja własnej słabości"- bardzo mi się podoba ta definicja...