Jak informuje „The Washington Post”, nieznane obiekty zauważono nad bazą Fort McNair, gdzie przebywają m.in. sekretarz stanu Marco Rubio oraz sekretarz obrony Pete Hegseth. Sytuacja była na tyle poważna, że rozważano ich ewakuację do innych, bezpieczniejszych lokalizacji. Ostatecznie jednak takiej decyzji nie podjęto.

Fort McNair to miejsce o strategicznym znaczeniu – znajduje się tam Uniwersytet Obrony Narodowej oraz biura najwyższych rangą oficerów Pentagonu. Choć baza leży w pobliżu Kapitolu i Białego Domu, nie podlega tak restrykcyjnym zabezpieczeniom jak inne obiekty w regionie. W ostatnim czasie coraz więcej urzędników związanych z administracją Donalda Trumpa przenosi się właśnie do tego rejonu, powołując się na względy bezpieczeństwa.

Obecność dronów zbiegła się z podwyższeniem poziomu zagrożenia w całych Stanach Zjednoczonych. Wprowadzono globalny alarm dla placówek dyplomatycznych, a część baz wojskowych została czasowo zamknięta. W kilku instalacjach, m.in. w New Jersey i na Florydzie, ogłoszono poziom alarmowy „Charlie”, który oznacza realne ryzyko ataku.

Równolegle – czytamy - narasta napięcie związane z konfliktem na Bliskim Wschodzie. Jak podaje agencja Bloomberg, w ciągu zaledwie 11 dni walk z Iranem Stany Zjednoczone i ich sojusznicy zużyli więcej rakiet Patriot niż przekazano Ukrainie przez cztery lata wojny z Rosją. Co więcej, drogie systemy przechwytujące PAC-3 były wykorzystywane nawet przeciwko relatywnie tanim dronom, co – według doniesień – zaskoczyło stronę ukraińską.

Na razie nie ma oficjalnych informacji, kto stoi za pojawieniem się dronów nad Fort McNair. Jednak skala reakcji służb pokazuje, że zagrożenie traktowane jest bardzo poważnie.