Rząd dyskryminuje polskie firmy. To skandal - zdjęcie
21.07.15, 15:40

Rząd dyskryminuje polskie firmy. To skandal

2

Polskie firmy są ewidentnie dyskryminowane przy rozdziale środków z Unii Europejskiej – i to w Polsce! Świadczą o tym fakty i liczby. Jeżeli raport Najwyższej Izby Kontroli stwierdza, że środki z dwóch funduszy unijnych przeznaczone na walkę z bezrobociem w Polsce (szkolenia, przystosowanie do nowej sytuacji zawodowej, itd.) trafiły w... 50% (!) do firm zagranicznych – to pokazuje to skalę problemu. Co ciekawe, owe zagraniczne firmy organizowały te szkolenia po czterokrotnie wyższych kosztach (sic!) niż nasze Wojewódzkie Urzędy Pracy. Aż cisną się na usta porównania ze słynnymi brygadami Marriottaczyli ekipami zagranicznych doradców, którzy na początku lat 1990 przyjeżdżali, aby uzdrowić(?) polską gospodarkę po komunizmie. Przyjeżdżali za pieniądze międzynarodowych organizacji i zagranicznych instytucji finansowych: Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy, ale też UE ‒ z czego niewiele wynikało dla narodowej ekonomii, mimo płacenia olbrzymich uposażeń i diet oraz wysokich kosztów za luksusowe hotele.

Unia - Polska: 11 do 1

Porażające jest porównanie wartości przetargów wygrywanych w naszym kraju przez firmy obce i tego, co naszym firmom udało zdobyć się z tortu o nazwie „zamówienia publiczne” poza granicami kraju. Wystarczy porównać te liczby. W 2014 roku firmy zagraniczne wygrały w Polsce przetargi na kwotę 13,5 miliarda złotych. W tymże 2014 roku polskie firmy zdobyły kontrakty rzędu raptem... 1 miliarda 250 milionów złotych. Oznacza to, że firmy spoza Polski uzyskały w Rzeczpospolitej kontrakty wartości ni mniej, ni więcej, tylko 12 razy większe niż polskie firmy zagranicą. Taki niebywały kontrast nie jest jednak problemem ostatniego roku, lecz ostatnich kilkunastu lat.

Ciekawa skądinąd jest statystyka dotycząca geografii firm z obszaru Unii Europejskiej, które wygrywały u nas przetargi w ramach zamówień publicznych. Najwięcej kontraktów uzyskały firmy niemieckie (prawie 120). Przełożyło się to na kwotę 4 miliardów 210 milionów złotych. Ale tuż za Niemcami – ich pozycja nie jest niespodzianką, choć skala przetargowych zwycięstw może już tak – uplasowały się firmy z… Hiszpanii. Uzyskały one w zeszłym roku kontrakty na kwotę jedynie o 30 milionów PLN mniejszą niż kontrakty naszego zachodniego sąsiada (4 miliardy 180 milionów). Ta bardzo mocna pozycja Hiszpanów wynika z ich swoistego monopolu na wygrywanie przetargów w branży budowlanej. Z tego tytułu korporacje budowlane z tego piątego co wielkości kraju członkowskiego UE uzyskały umowy na kwotę aż 3 miliardów 620 milionów. Znaczy to tyle, że spoza „budowlanki” Hiszpanie zdobyli zamówienia na kontrakty na kwotę tylko nieco ponad pół miliarda złotych. Już tylko same te „zdobycze” hiszpańskich firm budowlanych warto porównać z ilością polskich zwycięskich przetargów przy unijnych zamówieniach publicznych, bo to ilustruje ten niebywały kontrast: polskie wiktorie przetargowe opiewały w 2014 na kwotę 309 milionów euro, co w przeliczeniu na polską walutę daje kwotę niemalże cztery razy mniejszą jedynie od sukcesów naszych partnerów z Półwyspu Iberyjskiego wyłącznie w obszarze budowlanym.

Po Niemcach i Hiszpanach trzecie miejsce w rankingu unijnych firm wygrywających przetargi w Polsce przypadło Włochom (wartość zamówień – 2 miliardy 110 milionów złotych), a czwarte Wielkiej Brytanii (1 miliard 370 milionów złotych ).

W „setce” firm, które były beneficjentami środków unijnych w zeszłym roku w Polsce były aż 24 firmy zagraniczne czyli niemal dokładnie jedna czwarta. Natomiast w „dwusetce” takich firm, które wygrały wyścig o pieniądze z Brukseli było 44 firmy czyli 22% całości.

Gościnna Polska, niemiecko-hiszpański mur

Ciekawostką jest, że otwieramy się na przetargi w zamówieniach publicznych bardzo szeroko – znacznie szerzej niż sięgają granice UE. W Polsce takie przetargi tylko w zeszłym roku wygrywały firmy z: Armenii, Australii, Białorusi, Chin, Gruzji, Izraela, Japonii, Kanady, Korei Południowej, Mołdawii, Rosji (firmy rosyjskie wygrały pięć przetargów), Szwajcarii, Turcji, Ukrainy (raptem dwa wygrane przetargi, a więc wyraźnie mniej niż rosyjskich przedsiębiorstw...) czy USA.

Bardzo charakterystyczna jest też geografia polityczno-ekonomiczna, gdy chodzi o zwycięskie przetargi polskich firm. Na pierwszych dwóch miejscach są nasi sąsiedzi, choć pewnie ci, których się nie spodziewaliśmy. Przoduje Słowacja, która skupia aż dwie trzecie wartości tych kontraktów (chodzi o kwotę niemal 200 milionów euro). Potem Liwa, jednak z pięciokrotnie mniejszą(!) wartością wygranych przetargów. Na trzecim Węgry. U Madziarów wykroiliśmy sobie jedną dwunastą kawałka tego tortu z napisem „unijne przetargi dla polskich firm”.

Rangę symbolu ma fakt, że kraj który nie tylko ma największy eksport do Polski w całej Unii Europejskiej (i na całym świecie), ale też wygrał najwięcej przetargów dla swoich firm i tylko z tego tytułu jego gospodarka zainkasowała od nas przeszło miliard euro – mowa o Niemczech – dopuścił w 2014 roku polskie firmy do kontraktów o żenująco niskiej kwocie – 11 milionów 700 tysięcy euro. Ciekawe, że kraj będący „numerem dwa” na liście największych beneficjentów polskich przetargów ‒ czyli Hiszpania ‒ nie wpuściła polskich firm na swój rynek zamówień publicznych wcale. W przypadku Niemiec wygrane polskie przetargi obejmowały obszary: pięciokrotnie roboty budowlane, dziesięciokrotnie dostawy oraz dwukrotnie usługi.

Polskie firmy udowodniły ze często „włażą tam, gdzie diabeł nie może”. Polscy przedsiębiorcy są bardzo elastyczni, umiejętnie grają kosztami pracy i są doprawdy konkurencyjni. Odbijają się jednak od muru „zmowy konkurencyjnej” w wielu państwach Unii Europejskiej: kraje te preferują własne firmy, skutecznie naciągając regulacje UE. Charakterystyczne, że prym w tym wiodą państwa takie, jak Niemcy, Hiszpania, które w tym samym czasie wywożą z Polski najwięcej pieniędzy z tytułu wygrywanych naszych przetargów.

Szanując unijne reguły gry, nie naruszając prawa UE i „wolnorynkowych” ram wspólnego unijnego rynku, władza w Polsce ma wystarczające środki i instrumenty, aby skutecznie walczyć o interesy polskich firm. Zwłaszcza, gdy środki z Brukseli są dzielone w naszym państwie.

Ryszard Czarnecki

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (20.07.2015)

Komentarze (2):

anonim2015.07.22 0:32
Skandalem jest, że taka miernota jak E.Kopacz może być Premierem !!! Skandalem jest, że taka banda jak PO może pozostać u władzy po tylu aferach!
anonim2015.07.22 10:04
Jak są Judaszami zdradzającymi Polską dla tzw profitów to i się sprzedają za judaszowskie srebrniki!