I. Punk widzenia wierzących i niewierzących.

Spójrzmy zatem przez chwilę na punkt widzenia niewierzących. Ciało niebieskie, które zamieszkujemy, jest produktem procesów, które trwały miliony lat, powstawszy z pramaterii i jej sił, które uformowały wszystko, co widzimy dookoła i czego my, żyjący, także jesteśmy częścią. Na tej ziemi z biegiem czasu rozwinęło się życie, które osiągnęło najwyższy punkt w człowieku. Człowiek żyje i umiera, jego ciało i dusza przemijają. To, co po nim pozostaje po śmierci, to nie żyjąca dalej dusza, ale wspomnienia o nim i ślady, które za sobą zostawił, w pracach, które wykonał. Jego ciało, pochowane lub spalone, rozkłada się na elementy, z których się składało na początku, a atomy jego zwłok tworzą nowe połączenia. Wychodzą ze zbutwiałej trumny lub roztrzaskanej urny do ziemi i wydostają się znowu na światło dnia w kwitnących kwiatach i  pełnych kłosach zbóż; zatem wyznają jakąś formę zmartwychwstania. W soku gron winnych czy w chlebie przechodzą być może do nowych ludzkich ciał i tak przeżywają wieczny obieg materii.

Ten punkt widzenia nie przewiduje ani zastanawiania się nad osobistą nieśmiertelnością duszy ludzkiej, ani nad możliwością powstania z grobu ciała ludzkiego, i tym mniej nad ciałem w chwale lub ponownym zjednoczeniem ciała i duszy. Kto się trzyma takich założeń, musi ewangeliczną opowieść o zmartwychwstaniu Jezusa uważać, wbrew dowodom historycznym, za nie do utrzymania i musi też znaleźć wytłumaczenie, dlaczego uczniowie Jezusa to Jego zmartwychwstanie głosili. To wytłumaczenie musi oczywiście zaprzeczyć wszystkim cudownościom opowieści o zmartwychwstaniu. Przy takim podejściu słowa Jezusa będą tu w mocy: „Choćby też kto z martwych powstał, nie uwierzą”.

A teraz zajmujemy pozycję wiary.

Właściwą zawartością widowiska zwanego światem nie jest kula ziemska z jej historią – to jedynie scena i kulisy – ale duchowe i moralne życie człowieka. Człowiek żyje na tym świecie, umiera, ale nie przemija całkowicie. Śmierć oznacza dla niego tylko przejście do innego sposobu istnienia. Ciało i życie zmysłowe mają jedynie funkcję doczesną w stosunku do tego, co właściwe i istotne w człowieku, mianowicie jego duszy, która nie przemija. Wraz ze śmiercią opuszcza dusza ciało, a tym samym środek kontaktu z tym światem materii, czasu i przestrzeni. Ale ciało, służące przez całe życie duszy, powołane jest, aby się z nią na powrót zjednoczyć; już nie po to, aby tej duszy dalej służyć, lecz aby wraz z nią wieczny dzień chwały lub noc wieczną dzielić. W istnieniu człowieka są trzy dni mające wielkie znaczenie: dzień, w którym jest „na tym świecie czasu i przestrzeni” narodzony, dzień, w którym, przez rozdzielenie ciała i duszy, rodzi się dla świata nieba, i w końcu nowy dzień odrodzenia, kiedy to przez powstanie z martwych ciało jego i dusza na powrót i na wieczność będą złączone.

Patrząc z tego punktu widzenia, zmartwychwstanie Jezusowe nie jest niczym, co by nas mogło zdumiewać. Jest to zdarzenie cudowne, cud nad cuda, ale też coś, co nie jest  żadną miarą niemożliwe. Wręcz przeciwnie, nie do pomyślenia byłoby, aby był Jezus z martwych nie powstał, aby Go grób zakrył na zawsze, gdyby swym powstaniem z grobu widocznego i namacalnego nie dostarczył dowodu na realność świata ponadnaturalnego, o którym wciąż mówił. Poza tym Syn Człowieczy poprzez swoje posłuszeństwo „aż do śmierci krzyżowej” wywyższył swego Ojca; było więc potrzebne, aby i Ojciec wywyższył Jego. Tak „Chrystus powstał z martwych jako pierwociny tych, co zasnęli” i dał wspaniały dowód, że prawdą jest wiara w jego idealistyczny obraz świata, i nadzieję „życia wiecznego”;  dowód, że raczej niewiara jest fałszem, razem ze swoim pesymistycznym obrazem świata, w którym wszystko przemija.

To były tylko teoretyczne przekonania, wskazujące jedynie, że możliwe i właściwe jest zmartwychwstanie Jezusa. Teraz musimy Jego rzeczywistego zmartwychwstania dowieść na drodze historycznej.

 

II. Zmartwychwstanie Jezusa faktem historycznym

Z niezachwianą pewnością wskazać można szereg faktów, które przez żadną krytykę niewierzących nie mogą zostać podane w wątpliwość:

  1. Apostołowie i uczniowie Jezusa wierzyli mocno i niezłomnie, że ciała Jezusa nie było w grobie, ale że trzeciego dnia po ukrzyżowaniu ciało Jego i dusza znów zostały połączone oraz że ukrzyżowany Jezus z Nazaretu powstał z martwych. Nazywamy to „Wiarą Paschalną” uczniów.
  2. Apostołowie i uczniowie Jezusa uczynili z tej Wiary Paschalnej podstawę swojego nauczania. „Chrystus powstał z martwych” – to było ich „Paschalne Przesłanie”. Żadna krytyka na świecie nie może podważyć podstawowego znaczenia tego przesłania.
  3. Synagoga znała bardzo dobrze Paschalną Wiarę i Paschalne Przesłanie uczniów. Nauczali przecież także wobec tych, którzy znienawidzonego Nazarejczyka wydali na śmierć krzyżową. Żydostwo robiło wszystko, aby prześladować i uniemożliwić głoszenie zmartwychwstania Jezusa. Zabraniano Apostołom nauczać, biczowano ich i wrzucano do więzień. Nigdy jednak Synagoga nie ważyła się zarzucić kłamstwa uczniom Jezusa i zagrozić oskarżeniem, by  „obnażyć ich fałsz”. Nigdy nie spróbowano – co byłoby oczywiste – kazać otworzyć grób Józefa z Arymatei i zbadać go tak, aby każdy mógł się przekonać o obecności ciała. Nigdy nie ośmielono się udowodnić kłamstwa uczniom – poza jedną żałosną i słabą próbą: przekupienia żołnierzy-wartowników. Ci otrzymali pieniądze z zadaniem rozpowiadania wszędy, że uczniowie Jezusa ukradli w tajemnicy Jego ciało, gdy oni, żołnierze, spali. Ale nigdy kłamstwo nie ujawniało swej istoty tak wyraźnie, jak w tym przypadku. Dlaczego wreszcie nigdy otwarcie nie oskarżono uczniów o wykradzenie ciała? Gdyż grób na Golgocie, w którym Jezus leżał, był trzeciego dnia po Jego śmierci pusty. Żadna krytyka na świecie nie może zanegować tego faktu. Trzy rzeczy więc opierają się każdej krytyce: pusty grób Jezusa, Wiara Paschalna i Przesłanie Paschalne uczniów:

 

  1. Jak grób Jezusa stał się pusty? Czyż nie należałoby przyjąć, że uczniowie i przyjaciele Jezusa w tajemnicy zabrali ciało z grobu, aby móc mówić, że ich Pan i Mistrz zmartwychwstał? Nie, takie twierdzenie jest niemożliwością.

Przed grobem stała straż. Byłoby szaleństwem poważyć się na próbę zbliżenia się do grobu, odsunięcia ciężkiego kamienia i wyniesienia ciała w przekonaniu, że żołnierze tego nie zauważą. Poza tym honor Jezusa został już w oczach Żydów splamiony. Kto w takich okolicznościach mógłby i chciałby, dla i tak już zszarganej opinii o Jezusie, poważyć się na podjęcie czynu, który niósł ze sobą takie ryzyko? Któryś z uczniów Jezusa? Ich zachowanie w dniach męki sprawiało raczej wrażenie tchórzliwego, a nie bohaterskiego, a kradzież ciała to ostatnie, o czym by pomyśleli. Czy wierzyli jeszcze w swojego Pana i Mistrza? Jeśli tak, to nie powinni go wynosić z grobu. Powinni wtedy spokojnie czekać na spełnienie się „znaku proroka Jonasza”:  Pan powróci, aby „udać się przed nimi do Galilei”. Czy też już w Niego nie wierzyli? Wtedy nikt nie ryzykowałby próby wykradzenia ciała. Wtedy rozeszliby się w ciszy i przygnębieniu do swych rybackich sieci, urzędów podatkowych i wszędzie tam, skąd przybyli, każdy z  gorzką myślą w sercu: to był sen, prorok z Nazaretu nas oszukał.

Tak myśleli, gdy niebawem doszło do wspaniałego zdarzenia, które zaoszczędziło im rozpaczy: do zmartwychwstania Jezusa! Tak myśleli, mniemając, że są ludźmi oszukanymi. Ale żadnemu z nich nie przyszłoby do głowy przez kłamcę stać się samemu kłamcą!

Szukano innych wytłumaczeń. Czy nie mogłoby być tak, że Jezus nie umarł na krzyżu rzeczywiście, ale tylko w stanie pozornej śmierci został złożony do grobu? Można by wtedy przyjąć, że chłód i spokój grobu wraz z zapachem pachnideł, którymi natarto ciało Jezusa, przywróciły świadomość i sprawiły powrót Jezusa z tej pozornej śmierci tak, że trzeciego dnia z rana mógł opuścić grobowe czeluści? Czyż takie wyjaśnienie jest możliwe?

Nie, takie wytłumaczenie nie jest możliwe! Po pierwsze, przypuszczenie o pozornej śmierci Jezusa jest wyssane z palca. Rana w boku Jezusa zadana włócznią, krew i woda, które z tej rany wypłynęły, są pewnymi dowodami na to, że śmierć już nastąpiła. Następnie, sądząc z tego, jak były traktowane ciała zmarłych Żydów,  także ciało Jezusa samego najprawdopodobniej było  szczelnie okręcone i co – w razie przebudzenia się – uniemożliwiało  samodzielne wydostanie się człowieka ze spowić całunu. W każdym razie, w przypadku śmierci pozornej, w stanie wycieńczenia Jezus nie mógłby odsunąć ciężkiego kamienia zamykającego grób. Jakby tego było mało, należy zauważyć, że wejścia do grobu pilnowali żołnierze.

A jakie wrażenie wywarłby powracający z grobu „pozornie umarły” na uczniach? Prezentowałby się jak obraz nędzy i wycieńczenia, a nie jako zwycięzca życia i śmierci, jako ktoś pełen chwały, przechodzący przez zamknięte drzwi oraz znikający i przychodzący, kiedy Mu się podoba.

Jeśli więc Pan rzeczywiście i w pełni chwały nie zmartwychwstał, to opowieści ewangeliczne o wspaniałych Jego zjawieniach i obcowaniu z uczniami po Jego śmierci są zmyślone i kłamliwe. „Przesłanie Paschalne” uczniów zakłada niezbicie pusty grób, pusty poprzez cudowne zmartwychwstanie Jezusa, lub jest wielkim kłamstwem.

2. Czy nie jest możliwe, że „Przesłanie Paschalne” uczniów jednak jest kłamstwem? Tak brzmi drugie pytanie, które powinniśmy sobie postawić w związku ze zmartwychwstaniem Jezusa. Takie założenie jest psychologicznie niemożliwe. Jeśli głoszenie przez uczniów zmartwychwstania Jezusa byłoby kłamstwem, jaki zysk by im to przyniosło? Ziemską chwałę i pieniądze? Na pewno nie! Wręcz przeciwnie, z powodu ich nauki byli prześladowani i zamęczani. Z radością przyjmowali za tę naukę więzienie, męczarnie i śmierć. Kto idzie na śmierć za kłamstwo? A w dodatku za kłamstwo, które z góry miało małe szanse na pociągnięcie do wiary w nie innych i które na pewno nie mogło za długo się utrzymać. I czy wierzy ktoś naprawdę, że takie kłamstwo nie sprowokowałoby żadnego sprzeciwu? Że z kręgu dwunastu nie podniósłby się chociaż jeden protest uczciwego i oburzonego, na przykład „niewiernego” Tomasza, jeśliby mu nie dowiedziono bez cienia wątpliwości faktu zmartwychwstania?

Lecz tu krytyka, dotykając opowieści ewangelicznych o zmartwychwstaniu, mówi: „W tych opowieściach znajduje się nierozwiązywalna sprzeczność; czyż to nie znak, że pochodzą one od niewiarygodnych informatorów, właśnie dlatego, że świadectwa były tak rozbieżne?

To prawda, że w opowieściach o zmartwychwstaniu pojawiają się pewne rozbieżności, których nigdy się nie wypierano, a które powodowały już od dawna wyjaśniającym Biblię wiele trudności. Lecz te sprzeczności odnoszą się jedynie do drugorzędnych okoliczności towarzyszących zmartwychwstaniu, a nie do tematu głównego: pustego grobu i ukazania się Zmartwychwstałego swoim uczniom. Zresztą te sprzeczności można bardzo łatwo zrozumieć. Emocje uczniów towarzyszące pierwszym relacjom o zmartwychwstaniu, znalezieniu pustego grobu i ukazania się Jezusa musiały bez wątpienia być bardzo silne. I jak uczy doświadczenie, w stanie tak wielkiego wzburzenia każda para oczu widzi inaczej. Właśnie to, że uczniowie Jezusa, pewni zmartwychwstania swojego Mistrza, w wyniku pewnego rodzaju beztroski mało zajmowali się drugorzędnymi okolicznościami cudu, dowodzi absolutnej prawdziwości i wiarygodności ich informacji. Czyż nie jest pierwszym staraniem kłamcy, aby wyglądać na wiarygodnego?

Przekazując wieści o zmartwychwstaniu, dbano o rozsądek i zdystansowanie. Żaden z Ewangelistów nie mówił, że był świadkiem cudu zmartwychwstania. Gdyby była tu mowa o kłamstwie lub fantazji, z pewnością nie zaniedbano by opisania przebiegu zmartwychwstania w jak najwspanialszy sposób. Jak pracuje fantazja, możemy się przekonać na przykładzie tak zwanej ewangelii Piotra, apokryfu Ewangelii z połowy II wieku, którego Kościół nigdy nie uznał. Czytamy tam: „Ale w nocy, gdy świtał dzień Pański [niedziela], a grobu strzegły straże, kolejno po dwóch, odezwał się wielki głos w niebie i ujrzeli, jak otwarło się niebo i dwu mężów zstąpiło stamtąd odzianych wielkim blaskiem, i zbliżyło się do grobu, a ów kamień, który zamykał wejście, stoczywszy się, sam odsunął się na bok, grób się otworzył i obydwaj młodzieńcy weszli doń. Gdy więc owi żołnierze ujrzeli to, obudzili centuriona i starszych – oni bowiem tam byli, pełniąc straż, i gdy opowiedzieli im to, co ujrzeli, zobaczyli znowu trzech mężów wychodzących z grobu: dwu podtrzymywało jednego, krzyż im towarzyszył, a głowy dwu sięgały aż do nieba, podczas gdy głowa tego, który był przez nich prowadzony, przewyższała niebiosa. I usłyszeli głos z nieba mówiący: „Czy zwiastowałeś tym, którzy śpią?” I dała się słyszeć odpowiedź z krzyża: „Tak”. Postanowili więc razem udać się i zawiadomić o tym Piłata”[1].

Z tą apokryficzną opowieścią o zmartwychwstaniu porównywano te pochodzące od Ewangelistów i  można w tym było porównać fantazję z rzeczywistością.

Załóżmy teraz, że opowieści o zmartwychwstaniu pisane przez Ewangelistów zgadzają się co do najmniejszych szczegółów. Czy krytyka zwlekałaby z postawieniem zarzutu: ta zaskakująca i rzucająca się w oczy zgodność nasuwa usprawiedliwione wątpliwości, czy nie mamy tu do czynienia ze zmową?

Nie. Przesłanie Paschalne apostołów nie da się sprowadzić do kłamstwa i złudzenia. Gdy się czyta, nie będąc uprzedzonym, Dzieje Apostolskie i widzi się, jaki wpływ na sobie współczesnych wywarli uczniowie w tak krótki czas po śmierci Jezusa, nie można dojść do innej konkluzji niż ta, że wydarzenia o zupełnie nadzwyczajnym charakterze wzbudziły w nich niezłomne przekonanie: grób nie mógł powstrzymać ich Pana,  Pan powstał z grobu i przez czterdzieści dni podczas wielu objawień przebywał z nimi, aby powrócić do nieba, skąd przyszedł. Uczniowie musieli pozostawać pod wielkim wrażeniem tego wydarzenia, skoro nie dbając o męczeństwo i śmierć, głosili wiarę w Zmartwychwstałego nie tylko w Palestynie, ale w całym świecie pogańskim, czyniąc tę wiarę podstawą całego chrześcijańskiego nauczania.

3. Jak wytłumaczyć „Wiarę Paschalną” uczniów Jezusa w zmartwychwstanie ich Pana i  Mistrza? Czy nie moglibyśmy założyć, pyta krytyka, że mamy do czynienia z nieświadomym samooszukiwaniem się?

Pierwszą osobą, która mówiła o zmartwychwstaniu Jezusa, była kobieta, wcześniejsza grzesznica, Maria Magdalena. Gdy się myśli o wcześniejszym życiu tej kobiety, nie bez podstaw jest przypuszczenie, że może ona mieć problemy z nerwami, że może być histeryczką. Silne napięcie nerwowe, które śmierć Jezusa niechybnie w niej wywołała, spowodowało nadwątlenie jej sił umysłowych. Miała wizje przy grobie Jezusa, a  entuzjazm i miłość dla Pana, którego jak jej się zdawało, znowu widzi, ogarnęły także uczniów, których nerwy były nie mniej nadwyrężone. Uczyniła uczniów wizjonerami mocno wierzącymi w rzeczywistość swoich wizji. Uczniowie Jezusa, jak twierdzi hipoteza wizji, nie byli łgarzami, ale uczciwymi ludźmi. Jednak nie wiedzieli, że pomiędzy dwiema możliwościami – kłamstwem i prawdą – –  jest jeszcze trzecia: okłamywanie samego siebie. I to samooszukiwanie, ta pomyłka występuje najsilniej i z najgorszym skutkiem, gdy pojawia się w umyśle wizjonera.

Ta hipoteza wskazuje więc, że tak historia Kościoła, jak i historia świata, a także psychologia podają przykłady na to, że wizjonerzy wywierali ogromny wpływ na ludzi . Można wskazać np. na Mahometa, który przez objawienia archanioła Gabriela miał być zachęcony do wystąpienia jako prorok i zdobycia świata dla Allaha; na Joannę d’Arc, która miała objawienia aniołów i świętych, którzy kazali jej oswobodzić Francję, itd. A także na zjawisko, gdy wielkie masy dawały się pociągać jednej lub kilku osobom w ekstazie, na co też są przykłady. Czyż podczas ostatniej wojny światowej nie było żołnierzy mówiących o niebieskich zjawach, o których mówili, że ich chroniły?

Stawia się więc teraz pytanie, czy nie jest możliwe, że także Apostołowie stali się wizjonerami pod wpływem Marii Magdaleny. Więcej jeszcze, czy można nie przyjmować takiego założenia, skoro Jan i Piotr sami mówili, że oglądali rzeczy niebiańskie, np. Apokalipsę, a Paweł mówił, że wzięty został do wspaniałości niebieskich?

Teorię wizji musimy odrzucić na podstawie następujących względów.

Apostołowie wyraźnie oddzielali objawienia się Zmartwychwstałego i objawienia, które otrzymywali w wizjach. Mówili wyraźnie, że widzieli zmartwychwstałego Mistrza, że  z Nim rozmawiali i jedli, i to kilkakrotnie, a także, że dotykali Jego ran. Zresztą, nikt nie ma prawa przypisywać Apostołom patologicznych  wizji (a właściwie: halucynacji, bo tylko to naturalne zjawisko można mieć przed oczami, stosując teorię wizji) tylko dlatego, że otrzymywali boskie objawienia w formie ponadnaturalnych wizji.  Tylko pogląd wyrażony na początku, mówiący, że taka nadnaturalna interwencja nie jest możliwa, prowadzi do takich konkluzji. Człowiek, który w wizji otrzymuje objawienie od Boga, pozostaje wciąż zdrowym psychicznie człowiekiem, więc nie możemy przyjmować, że Bóg zsyła swoje objawienia ludziom psychicznie nienormalnym. W przypadku Apostołów ich misja i pochodzenie są gwarancją tego, że są psychicznie normalni. Chrystus nie wybrał pierwszych głosicieli swojej nauki spośród dekadenckich i zblazowanych wielkich świata Jerozolimy, Rzymu czy Aten, u których to raczej można by się spodziewać skłonności neurotycznych, ale z prostych rybaków i chłopów.

Obecnie wskazuje się na występowanie u ludzi morza pewnych psychicznie abnormalnych zjawisk, na przykład „druga twarz”, autoskopia (widzenie swojego sobowtóra), widzenie zjaw ludzi żyjących lub martwych itd., w związku z tym twierdzi się, że uczniowie Jezusa byli tym bardziej podatni na widzenia ich zmartwychwstałego Mistrza. Ta konkluzja jednak nie ma tu zastosowania. Po pierwsze jest tylko niedowiedzionym mniemaniem, że takie zjawiska u rybaków mogą występować częściej niż u innych. Poza tym doświadczanie widzeń zmartwychwstałego  Zbawiciela nie może być porównywane z tego rodzaju zjawiskami. W przypadku „drugiej twarzy” widzi się coś, co jest jeszcze ukryte w przyszłości; w przypadku autoskopii widzi się swojego własnego sobowtóra, a nie kogoś innego. W przypadku zjawień żywych lub martwych jest tak, że człowiekowi wydaje się, jakoby miał do czynienia z prawdziwym objawieniem się kogoś, ale ta omyłka nie utrzymuje się, gdy widzący chce porozmawiać z tym, co widzi, lub gdy próbuje tego dotknąć. Uczniowie Jezusa jednak nie tylko wielokrotnie z Nim rozmawiali, ale też jedli z Nim i dotykali zmartwychwstałego Zbawiciela, i taki dotyk był dla „niewiernego Tomasza” jedynym powodem, dla którego poddał się i uwierzył. Wszystkimi swoimi zmysłami przekonali się więc o rzeczywistości objawień Jezusa.

Nie ma więc najmniejszej podstawy dla mniemania, że Apostołowie byli ludźmi skłonnymi do wizjonerstwa i że objawienia, które otrzymali, były skutkiem ich nienormalnego stanu psychicznego. Musimy wejść w to nieco głębiej. Krytycy twierdzą, że Maria Magdalena miała skłonności do histerii, przy czym wskazują na przeszłość pokutnicy. W rzeczywistości dochodzi się do takich wniosków tylko dlatego, że Pismo Święte mówi, że ona jako pierwsza zobaczyła Zmartwychwstałego Zbawiciela. Z opowieści ewangelicznej można jednak wywnioskować, że w tym przypadku nie może tu być mowy o żadnej wizji, która miałaby powstać w chorym umyśle.

Dla powstania wizji – lub raczej: halucynacji – przede wszystkim potrzeba predyspozycji psychicznej. Kto staje się ofiarą halucynacji[2], jest do niej „przygotowany”, czy przez strach, czy przez oczekiwanie jej, lub też przez  jakąś inną emocję. Matka, która traci ukochane dziecię, może tak bardzo pragnąć zobaczyć zmarłą istotę i mówić sobie często: „Wiem, że na pewno znów cię zobaczę”, że w końcu w stanie tego oszołomienia jej duszy zda się jej, że widzi dziecię. Ona tęskniła do tego „objawienia”, oczekiwała go.

Czy Maria Magdalena była ofiarą takiej „wizji”? Bez wątpienia nie! Nie szła do grobu z silną wiarą, że znowu zobaczy tam swojego zmarłego Mistrza, nie sugerowała sobie, że On musi się jej objawić. Wręcz przeciwnie, szła wraz z innymi kobietami do grobu Jezusa, aby natrzeć Jego ciało olejkami, a gdy zobaczyła, że grób jest pusty, wydało jej się oczywistym, że ciało Jezusa zostało zabrane.  A gdy On się jej objawił, nie poznała Go od razu, lecz wzięła  za ogrodnika. To ostatnie wyklucza możliwość jakiejkolwiek halucynacji, ponieważ nie do pomyślenia jest z punktu widzenia psychologii, że wizjoner nie rozpoznaje treści wizji-halucynacji, i to powstałej w jego własnym umyśle, szczególnie gdy chodzi o coś tak konkretnego jak na przykład określony człowiek. Nie, Maria Magdalena nie była wizjonerką, a to, co widziała, nie było żadną wizją. Pan ukazał się jej prawdziwie i rzeczywiście.

Jeśli nie może być mowy o wizji w przypadku Marii Magdaleny, to cała seria założeń, połączonych z pierwszą hipotezą, traci swój punkt oparcia. Nie jest też ostatecznie  prawdą, że Maria tak poruszyła swoją opowieścią Apostołów, że oni z kolei także stali się wizjonerami. Ale jest jeszcze coś. Z Pisma Świętego wynika wyraźnie, że Apostołowie wcale nie zostali przekonani opowieściami Marii i innych kobiet, nie mówiąc o byciu poruszonymi; wręcz przeciwnie, słuchali tej opowieści pełni wątpliwości i niedowierzania. Wtem Piotr i Jan w związku z wiadomością spieszą do grobu, ale nie mają objawień Zmartwychwstałego. Widzą tylko pusty grób. Nie może tu więc być mowy o wizjach. Uczniowie z Emmaus mieli objawienie zmartwychwstałego Zbawiciela, ale nie rozpoznali Go na początku i z pewnością na takie objawienie nie liczyli. Wieczorem w dzień Zmartwychwstania, Pan ukazał się uczniom, z wyjątkiem Tomasza, który był nieobecny, w Wieczerniku. Czy to prawdopodobne, aby oni wszyscy w jednym momencie doznali wizji? Osiem dni później Jezus nagle znów stanął pośród swoich uczniów, wśród których tym razem był również Tomasz. „Niewierny” Tomasz odrzucił „teorię wizji”. Uczniom, którzy powiedzieli mu o wcześniejszym zjawieniu się Mistrza, odpowiedział wprost, że nie wcześniej da wiarę tym objawieniom, aż sam włoży własne ręce w rany Pana. I oto Jezus zjawił się nagle przed nim i zaprosił go do dotknięcia Jego ran. Tomasz uczynił to i upadł na kolana ze słowami: „Pan mój i Bóg mój!” Jakże wzruszająca i prawdziwa życiowo scena! Słusznie rzekł papież Grzegorz Wielki, że Tomasz ze swoją niewiarą miał dla naszej wiary w zmartwychwstanie Jezusa większą wagę niż wiara innych uczniów, którzy wcześniej do niej doszli.

Jezus ukazywał się potem swoim uczniom nad Jeziorem Tyberiadzkim w Galilei. Rozmawiali i jedli z Nim, i otrzymali od Niego najważniejsze zadania na przyszłość. Później raz jeszcze ukazał się pięciuset uczniom na raz. Czy to wszystko „wizje”? Po raz ostatni ukazał się On swoim uczniom na Górze Oliwnej, gdy na ich oczach wstąpił do nieba.

I tu nagle wizje się urywają. Także to jest w sprzeczności z teorią wizji. Jeśli prawdą byłoby, że mielibyśmy tu do czynienia z wizyjną epidemią, jak to się przyjmuje, ustępowałoby to stopniowo, a nie gwałtownie. Często uczniowie Jezusa, pełni oczekiwań, wyglądali obiecanego powrotu ich Pana, ale żaden z nich nigdy nie doznał objawienia się Jezusa. Ile razy w czasie prześladowań oczekiwali i błagali, aby Pan powrócił i wybawił ich z opresji – ale On nie przychodził. Jak żarliwie wołał siwy Jan na końcu Księgi Apokalipsy: „Przybądź Panie Jezu”! – jednak Pan nie przychodził. Dlaczego w takim momencie wizje nie nadchodziły, mimo że przez żarliwe pragnienie warunki ich powstania były spełnione lepiej niż kiedykolwiek? Uczniowie nie otrzymywali już „wizji”, ponieważ nigdy tych wizji nie mieli. Objawienia Zmartwychwstałego nie były wizjami, ale najprawdziwsza rzeczywistością. Ustały, gdy Pan osiągnął swój cel i ujrzał spełnienie swych planów. Wiara Apostołów stała się przez wielokrotne objawienia, będące dowodem zmartwychwstania Jezusa, tak silna, że mógł On już wrócić do swojego Ojca. Wiedział, że Jego uczniowie będą Jego świadkami aż po krańce ziemi.

To prawda, że w historii religii, w szczególności chrześcijaństwa, zdarzały się naturalne i ponadnaturalne wizje, które miały charakter subiektywny. Różniły się one we wszystkich aspektach od objawień Zmartwychwstałego. Zmartwychwstały Zbawiciel chciał dać uczniom niepodważalny dowód, że żył  z nimi na tym świecie, podczas gdy celem wszystkich innych religijnych wizji jest tylko ruch odbywający się pomiędzy różnymi światami. Pan chciał przekonać swoich uczniów, a poprzez nich także świat cały, że człowieka czeka ten stan ostatecznego spełnienia, który w Nim, w Zmartwychwstałym, już się urzeczywistnił. Zmartwychwstały jest idealnym, pełnym, szczęśliwym Człowiekiem, drugim Adamem, bezgrzesznym, pozbawionym cierpienia i nieśmiertelnym.

Wizje subiektywne powstają w stanie duchowego uniesienia; o takim stanie nie może być mowy w przypadku uczniów, kiedy to ujrzeli Zmartwychwstałego. Aby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać o objawieniu Pana nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21), gdzie okoliczności sprawiają wrażenie tak realnych i prawdopodobnych, że absolutnie wyklucza to ekstazę Apostołów. Wizje ekstatyków, co do  treści, wymykają się spod kontroli innych; objawienia Pana były obserwowane przez liczne tłumy, a przez Tomasza, że tak to nazwę, eksperymentalnie sprawdzone. Wskazać można na fakt, że historia zna przypadki masowych wizji. Jeśli mamy tu na myśli zbiorowe halucynacje (oszukanie zmysłów wzroku, słuchu itd.), możemy się z tym zgodzić, należy jednak od razu dodać, że przy objawieniach Jezusa, które często obserwowane były przez wiele osób na raz, nie może być mowy o tego rodzaju omamach, którym trzeba zaprzeczyć w wyniku bliższych obserwacji. Wystarczy tylko przeczytać opowieść o Tomaszu lub o objawieniu nad Jeziorem Tyberiadzkim.

W końcu też mamy pogląd, że od innych „wizjonerów” (Mahomet i inni) wyszły wielkie ruchy. Fakt sam w sobie jest prawdziwy, jednak w końcu chodzi przecież o to, jakiego podłoża i o jakiej treści są to ruchy. Któż chciałby chrześcijaństwo z jego wzniosłą nauką wiary i obyczajów oraz jego cudownym rozprzestrzenieniem się w pierwszych wiekach bez żadnych środków siłowych czy przemocy militarnej, a tylko poprzez własną siłę wewnętrzną, postawić w jednej linii z Islamem?

Nowszą wersją przedstawionej wyżej teorii jest tak zwana teoria obiektywnych wizji. Cóż ta nazwa oznacza? Wizja subiektywna ma swój początek wyłącznie w samym człowieku (nerwy, umysł, fantazje). Wizja obiektywna bazuje na czymś rzeczywistym, mianowicie na wkroczeniu czegoś z zewnątrz, czy to czegoś naturalnego (np. telepatyczny wpływ innego człowieka), czy też czegoś nadnaturalnego, np. interwencji Boga. Jedna wizja z drugą ma tyle wspólnego, że tak jedna, jak i druga istnieją tylko w duszy, [we wnętrzu] człowieka. To samo rozgraniczenie stosowane jest w przypadku subiektywnej i obiektywnej (tzw. „wiarygodnej”) halucynacji.

Obiektywna teoria wizji twierdzi, że Chrystus w rzeczywistości nie powstał z martwych, lecz Bóg tak wpłynął na dusze uczniów, iż mniemali, że Jezus zmartwychwstał. Bóg nie mógł dopuścić, by wspomnienia o Jezusie wygasły i pogrążyły się w mroku. Najlepszym do tego środkiem była stworzona przez Boga (a więc nie czysto subiektywna, ale obiektywna) wizja.

Teoria ta tak bardzo różni się od wszystkich innych, że przypisuje „Wierze Paschalnej” uczniów pewną nadnaturalną podstawę. Jest to jednocześnie jej słaby punkt. Te wywołane przez Boga wizje byłyby bowiem źródłem wielkiego błędu uczniów, zakładającego, że Jezus rzeczywiście wstał z grobu. Błędu, który został przez uczniów uczyniony podstawą całego ich przepowiadania i który od dziewiętnastu wieków jest uznawany za jedną z najważniejszych prawd wiary chrześcijańskiej. Jeśli już ktoś chce widzieć w wierze w zmartwychwstanie Jezusa coś nadnaturalnego, to dlaczego uznaje on za łatwiejszą do przyjęcia, obraźliwą dla Boga supozycję „obiektywnej wizji” od nauki o rzeczywistym zmartwychwstaniu Jezusa?  Czy trudniejsze jest dla wszechmocy Boga wskrzesić kogoś, niż wywołać „obiektywną wizję”? Dlatego też musimy tę teorię, przeciwko której ponadto świadczą argumenty zawarte w krytyce poprzedniej teorii, odrzucić.

„Chorobliwą podatność na wizje” krytyka przypisuje także Pawłowi, któremu Jezus ukazał się raz pod Damaszkiem. W II Kor 12, 7 Paweł mówi: „Ażebym zaś nie wynosił się dla wielkości objawień, dany mi jest bodziec ciała mego, anioł szatana, który by mnie policzkował”. Niektórzy twierdzą, że te słowa wskazują na to, że Paweł cierpiał na epilepsję, czym dalej tłumaczy się jego podatność na wizje. To, że te słowa wskazują na skłonności epileptyczne Pawła, to bezpodstawne twierdzenie, podobnie jak to, że ta choroba miałaby wywoływać skłonność do wizji. Inni jeszcze nie biorą pod uwagę tego tekstu, jednak utrzymują, ze Apostoł miał skłonności wizjonerskie. Objawienie Chrystusa pod Damaszkiem miałoby nie być niczym więcej niż tylko produktem fantazji Pawła, który wciąż był pod silnym wrażeniem śmierci Szczepana. Od śmierci tego diakona Paweł czuł „cierń” w duszy, niepokojące pytanie, czy prawo nie stało przypadkiem po stronie prześladowanej przez niego społeczności chrześcijańskiej lub czy stracenie Szczepana nie było mordem sądowym. Niedaleko od Damaszku jego dusza uwolniła się od tego nacisku poprzez wizję, która zupełnie odmieniła go wewnętrznie i uczyniła  najbardziej gorliwym Apostołem Nazarejczyka, którego wcześniej tak fanatycznie prześladował.

Nasza krytyka powyższych twierdzeń na temat nawrócenia Pawła na chrześcijaństwo będzie miała formę pytań.

Jeśli Szaweł, późniejszy Paweł, dzięki wewnętrznej walce dojrzał wewnętrznie do nawrócenia, to dlaczego stało się to tak nagle i dlaczego towarzyszyły temu tak gwałtowne zjawiska?

I jeśli Paweł nie był jeszcze wewnętrznie dojrzały do nawrócenia, kiedy jeszcze walczył sam ze sobą, jak można wytłumaczyć bez przyjęcia nadzwyczajnego wydarzenia jego nagłe, wewnętrzne nawrócenie? Czy należałoby przyjąć romantyczne wyjaśnienie Renana, który fantazjował o piorunie i burzy?

Jeśli Szaweł rzeczywiście pozostawał w stanie znacznego napięcia – co jest założeniem i niczym więcej – dlaczego to napięcie zostało rozładowane tylko jedną wizją? A jeśli Szaweł rzeczywiście miał wizję – czyste założenie – dlaczego nie stanął przed nim zamordowany Szczepan jak duch Banka przed Makbetem? I dlaczego musiał wcześniej zapytać: „Kto jesteś Panie?”

Jeśli objawienie, które miał Szaweł, było tylko zewnętrzną projekcją tego, co było w jego wnętrzu, jak można wytłumaczyć to, że oślepł?

Dlaczego Apostoł Paweł, który  swoich listach otwiera przed nami swoją duszę, nigdy nie pisał o  rozdźwięku, który miałby odczuwać w duszy po straceniu Szczepana, a który tak nagle miałby się skończyć pod Damaszkiem?

Dlaczego całe życie był pewien realności objawienia się mu Chrystusa pod Damaszkiem? Dlaczego Paweł zbudował cały gmach nauki chrześcijańskiej na fakcie rzeczywistego zmartwychwstania Jezusa? Dlaczego powiedział, że cała wiara chrześcijańska byłaby wielkim błędem, gdyby Jezus nie powstał z martwych?

 

„Het Katholieke Geloof”, prof. Ignatius Klug, rozdział VI, punkty 1 i 2, s. 269 – 286. Z niderlandzkiego tłumaczył Karol Kilijanek.