07.01.19, 14:10

Kim jest antychryst? Odpowiada ks. Robert Skrzypczak

 

[...] Co mamy myśleć o tej postaci? Na czym polega jej perfidnie niebezpieczny charakter? Gdyby to był jawny przeciwnik Boga czy Kościoła, jak ideologiczny ateizm czy imperialny komunizm, wszystko byłoby jasne. Ale chodzi o postać zawiłą i trudno rozpoznawalną. Nieraz świadomie stylizowaną na wyszminkowanego gościa z operetki. Tymczasem jest odwrotnie.
 
Jezus zapowiadał: „wielu przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: To ja jestem Mesjaszem. I wielu w błąd wprowadzą” (Mt 24,5). Zwodziciel będzie zatem starał się przebrać w szaty „Jezusa dobrotliwego”, „Mesjasza tolerancji”, „Mistrza uśmiechu”, by przejąć Jego uczniów. Tak jak słynny Szymon Mag z Dziejów Apostolskich (8,9-24), który chciał posiąść władzę Apostołów, „małpując” Szymona Piotra, by w odpowiednim momencie móc go wyeliminować z gry. Nawet podszył się pod to samo imię. Ale parodia Maga się nie powiodła dzięki rozróżnianiu i odwadze, jakie miał w sobie pierwszy papież Kościoła.
 
Poszukując tego rozróżnienia oraz w celu stworzenia sobie możliwości obrony, wielu chrześcijan próbowało sporządzić portret Antychrysta. Wszystkie tego typu próby spotykały się z niezwykle życzliwym odbiorem. Dość wspomnieć tylko kilka przykładów: dominikanina Malvendę, który napisał po łacinie swe dzieło De Antichristo; kapucyna Dionysiusa z Luxemburga wraz ze swym sporządzonym po niemiecku tomikiem Leben Antichristi; czy też Hiszpana Lucasa Fernándeza de Ayala oraz jego Historia de la perversa vida y horrenda muerte del Anticristo. Próbowali oni przestrzec ludzi, dostarczając im maksymalną liczbę różnych, nieraz sprzecznych, szczegółów. Książki ich stawały się bestsellerami na wiele pokoleń. My już do tych pokoleń, niestety, nie należymy. Nikt nas ani nie przestrzega, ani nie uwrażliwia na grożące niebezpieczeństwa. Co najwyżej ktoś wzruszy ramionami lub wybuchnie śmiechem nad „katolicką paranoją”. My tymczasem odświeżmy i odkurzmy stare portrety sprzed wieków, by, wpatrując się w ich nieraz przejaskrawione kolory czy linie postaci, dostrzec coś inspirującego na dziś.
 
Antychryst miał być Żydem z pokolenia Dana. Pokolenie to nie ma dobrej reputacji w Biblii. Jakub powie o nim: „będzie on jak wąż na drodze, jak żmija jadowita na ścieżce, kąsająca pęciny konia, z którego jeździec spada na wznak” (Rdz 49,17). Pokolenie to zamieszkiwało krańce północne Izraela, skąd posłyszy się „szum jeźdźców nieprzyjaciela”, nadchodzącego, by pochłonąć cały kraj (por. Jer 8,16). Niektórzy utrzymywali, że Antychryst zostanie spłodzony z grzechu mnicha z zakonnicą; inni, że z babilońskiej prostytutki. Jest „synem diabła” nie z natury, ale przez więź duchową, moralne naśladownictwo. Będzie postępował pod wpływem diabła, ale nie będzie diaboliczny.
 
Żadnych oznak złego jednakże nie będzie można w nim dostrzec. Dojdzie do władzy przez kłamstwo. By odnieść sukces, będzie utrzymywał w tajemnicy swe pochodzenie. Wychowa się w Palestynie, wśród miast Pańskich: Betsaidy, Korozaim, Nazaretu i Kafarnaum. Jego nauczyciele nauczą go wszelkiej nieprawości, dzięki umiejętności posługiwania się magią, sztuczkami i okultyzmem.
 
Od samego początku da się poznać jako ktoś niezmiernie utalentowany: acutissimus, astutissimus, callidissimus, sagacissimus, versutissimus, ingeniosissimus, sapientissimus, intelligentissimus erit – wyliczają autorzy jego biografii. Przyswoi sobie wielką wiedzę, wręcz encyklopedyczną, przewyższając niejednego z ludzi nauki. Żaden obszar wiedzy świeckiej czy świętej nie pozostanie dlań obcy. Zwłaszcza zaś przejawiać będzie geniusz w biblijnej egzegezie. Biegły w Piśmie Świętym i w Talmudzie, posiądzie wielką kompetencję teologiczną. Specjalista w prawowiernej nauce chrześcijańskiej, jak też i w dziedzinie herezji. Będzie się posługiwał nadzwyczajną pamięcią, znając na pamięć liczne dzieła, zwłaszcza księgi biblijne.
 
Szczególnym zainteresowaniem będzie darzył czarną magię. Spędzi młodość wśród najbardziej wstydliwych wad, lecz – hipokryta – ukryje je wszystkie. Będzie udawał czystość i świętość obyczajów, uchodząc w opinii wielu za przykład i model licznych zalet. Będzie oddawał się grzeszeniu po kryjomu z wieloma kobietami, choć podczas dorocznej procesji ku czci św. Jana Chrzciciela we Florencji bywa przedstawiany jako homoseksualista – nieraz zaś przypisuje mu się silny apetyt biseksualny oraz skłonność do poligamii.
 
Będzie kimś pociągającym urodą fizyczną, zdolnym uwodzić kobiety i mężczyzn. Wielki mówca. Słychać będzie wciąż od niego powtarzane: reforma, reforma, reforma! Swymi przemówieniami uwiedzie najwartościowszych ludzi Kościoła, będzie celował w retoryce. Usta jego będą pełne błogosławieństw. We wszystkim będzie pragnął, aby go łączono z Chrystusem. Wśród podziwu tłumu będzie podążać triumfalnie ku władzy.
 
Aby przekonać innych o tym, że to on jest Chrystusem, będzie posługiwał się cudami. Cuda te będą produktem magii lub oszustwa. Wszelkimi sposobami będzie się starał, by mu uwierzono w zmartwychwstanie. Zresztą zamieni wskrzeszenie z sekretnego, okrytego mrokiem nocy wydarzenia w głośny spektakl. Zorganizuje własne zmartwychwstanie przy pomocy sztuczek i trików. Będzie używał nadprzyrodzonych środków, byle tylko zdobyć władzę nad światem i dotrzeć do Jerozolimy, skąd wyjdzie wielkie prześladowanie uczniów Chrystusowych.
 
Przepowiadanie dwóch świadków (por. Ap 11,3-13), które według niektórych potrwa nawet trzy i pół roku, będzie skierowane przeciw Antychrystowi i będzie miało silną moc demaskatorską. Ich świadectwo nawróci wielu Żydów (którzy też wcześniej powrócą do Ziemi Obiecanej). Świadkowie ci w końcu zostaną zabici, a ich ciała pozostaną wystawione na widok publiczny przez trzy i pół dnia. Zostaną jednakże po tym przywróceni do życia. Ich zamordowanie sprowokuje poruszenie wśród narodów i upadek Antychrysta. Podczas gdy będzie on gromadził sukcesy, zorganizuje się opozycja wokół dwóch świadków. Są oni zazwyczaj utożsamiani z Henochem i Eliaszem, choć niektórzy kojarzą ich z Janem Chrzcicielem i Janem Ewangelistą. Na uwagę zasługuje ich liczba – dwóch: jak Mojżesz i Aaron posłany przez Boga przed oblicze faraona; jak Jozue i Zorobabel powołani, by stanąć na czele wielkiego powrotu Izraelitów z wygnania. Tak samo po dwóch rozsyłał Jezus swoich uczniów, bez torby i pieniędzy, na głoszenie Ewangelii, a w ślad za Nim Kościół – wielu ewangelizatorów i misjonarzy.
 
Oni to zdemaskują Antychrysta, powodując jego wściekłość. Pseudo-Chrystus zamieni się w Bestię, usiłując zniszczyć dzieło Zbawiciela. Dominikanin Malvenda twierdził, że „Antychryst umrze z powodu lnu”, mając na myśli „triumf druku”, siłę papieru: quod ipse ad artem Typographicam retulit. Według tego autora prawowierne książki zmiotą Antychrysta, spowodują zanik jego nauczania. Walka piórem okaże się celniejsza od walki mieczem. Ostateczna batalia rozegra się na Górze Oliwnej, gdy Antychryst podejmie przygotowania do rzekomego wniebowstąpienia. Sam Chrystus lub Archanioł „zgładzi go tchnieniem swoich ust” (2 Tes 2,8). I tak upadek Antychrysta znajdzie swój finał w piekle.
 
Antychryst współczesny
 
Nowoczesny wizerunek Antychrysta kojarzy się przede wszystkim z Fryderykiem Nietzschem (1844-1900). Jest to nieporozumienie, które pokrótce wyjaśnię. Nietzsche, mimo że napisał dzieło Der Antichrist w 1888 roku i sam siebie tak nazwał, nie buduje postaci klasycznego przeciwnika Chrystusa, ale tworzy manifest filozoficzny przeciwko chrześcijaństwu jako religii i moralności. Ten syn pastora, który już w wieku 24 lat objął profesurę w Bazylei, musiał ją zostawić dziesięć lat później na skutek choroby umysłowej, która skaże go na lata całe zależności od opiekujących się nim osób, najpierw matki, potem siostry. Na tym tle będzie wzrastał w nim zachwyt względem życia i jego przyrostu jakościowego, a potem filozofia „woli mocy”. Zasłynie jako prorok wieszczący nadejście nihilizmu. Ten niemiecki filozof, umierający w tym samym czasie co Sołowjow, przewidzi, że na przełomie tysiącleci będzie się o nim jeszcze mówiło.
 
Nietzsche swe największe dzieło wytoczył przeciwko Bogu, ogłaszając Jego śmierć: Gott ist tot. W 125 fragmencie swej Wiedzy radosnej pisał: „Czyż nie słyszeliście o tym człowieku szalonym, który w jasne przedpołudnie zapala latarnię, biegnie na rynek i nieustannie krzyczy: «Szukam Boga! Szukam Boga!» – Wielu spośród tam zgromadzonych nie wierzy w Boga, dlatego (krzyczący) wywołuje szalony śmiech. A więc on się zgubił? mówi jeden. Czy zabłąkał się jak dziecko? mówi inny. A może się schował? Boi się nas? Odpłynął okrętem? Wywędrował? – tak krzyczą i śmieją się wszyscy. Szalony człowiek skoczył między nich i wiercił ich swym wzrokiem. "Gdzie jest Bóg? wołał, chcę wam to powiedzieć! Uśmierciliśmy go – wy i ja! Wszyscy jesteśmy jego mordercami!”…
 
Nie słyszymy jeszcze lamentu grabarzy śmierci, którzy pogrzebali Boga? Czy nie czujemy jeszcze bożego rozkładu? – bogowie również gniją! Bóg jest martwy! Bóg pozostaje martwy! I my go uśmierciliśmy! Jak pocieszymy się, mordercy nad mordercami? To, co świat dotychczas posiadał jako najświętsze i wszechmocne, wykrwawiło się pod naszymi nożami - kto zmyje z nas tę krew? Jaką wodą możemy się oczyścić? Jakie święto pojednania, jaką świętą grę będziemy musieli wynaleźć? Czy wielkość tego czynu nie jest dla nas zbyt wielka? Czy nie musimy sami stać się bogami, by się go okazać godnymi?”[13].
 
Według Nietzschego, kościoły są miejscami, gdzie przechowuje się martwego Boga, fetysza pojęciowego, nie stanowiącego żadnego odniesienia do realnego życia. Występował przeciwko Bogu, który tu na ziemi tylko wymaga, a nagrody i rekompensaty obiecuje w wieczności. Występował przeciwko chrześcijaństwu jako religii, w której w obronę jest brany człowiek słaby i grzeszny, która głosi miłosierdzie i przebaczenie. „Co jest szkodliwsze niż jakikolwiek występek? Litość czynna dla wszystkiego, co nieudolne i słabe – chrześcijaństwo”[14]. Obraz potężnego Boga, który kocha i się lituje musiał stać się – w oczach Nietschego – czystym urągowiskiem. Według niego ów Bóg na końcu zestarzał się, „stał się miękki, kruchy i współczujący, raczej do dziadka podobny, niźli do ojca, zaś najpodobniejszy do starej chwiejącej się babki. I oto siedział na zapiecku, pełen zgryzoty, spowodowanej słabością nóg, światem i wolą własną umęczony i udusił się pewnego dnia nadmiarem litości”[15].
 
Co ciekawe, Nietzsche spod swej krytyki wyłącza samego Jezusa. Dla niego tylko Jezus nie był chrześcijaninem, a jeśli nim był, to mianem tym nie można określić wyznawców stworzonej przez Niego religii. Już słowo „chrześcijaństwo” jest nieporozumieniem – w gruncie rzeczy istniał tylko jeden chrześcijanin i ten umarł na krzyżu. „Dobra nowina” głosi, że wszyscy ludzie są dziećmi bożymi, są zatem równi Bogu, a ich los spoczywa w ich własnych rękach. Życie staje się celem tu i teraz, a nie środkiem do zaświatowego ideału. Nadejście nowego człowieka, o jakim marzył Jezus, okazało się być niemożliwe. W tej sytuacji Nazarejczyka, „jedynego chrześcijanina i „jedynego nie z tego świata” czeka już tylko droga na krzyż. Nietzsche czuje głęboki podziw dla postawy Jezusa, aż do ostatnich chwil świadomości wierzy, że uda mu się dokonać tego, czemu tamten nie sprostał: wyhodować nowego człowieka.
Chrystusową obietnicę „nowego człowieka” utożsamiał z własną ideą „nadczłowieka”: „Człowiek to coś, co pokonane być powinno… Czym jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem i hańbą bolesną. I tym powinien być człowiek dla nadczłowieka… Popatrzcie, ja wam wskazuję nadczłowieka!”[16]. Ten tragiczny „antychryst” wierzy przez moment, że zdoła wcielić w życie to, w czym poniósł fiasko Jezus. Kiedy ujrzy, że jego sny o „woli mocy” i „nadczłowieku” tracą szansę na realizację, wieści nieuchronne nadejście ery nihilizmu, samego siebie zaś zaczyna nazywać „Ukrzyżowany” (tak podpisywał swą korespondencję). Nienawidził tej, jak twierdził, splatonizowanej doktryny, przejmującej od imienia Chrystusa nazwę chrześcijaństwa. W jego przekonaniu, współczesne chrześcijaństwo jest kontynuacją nie praktyki życiowej Jezusa, lecz metafizyki platońskiej. Tradycyjne hasło chrześcijaństwa „umarł człowiek, narodził się Bóg” (Kierkegaard) stanie się w nietzscheańskiej interpretacji symbolem pogardy dla człowieczeństwa, którego politowania godnej egzystencji przeciwstawia się zaświatową doskonałość. Odwrócenie platonizmu na gruncie tradycji chrześcijańskiej musi zatem prowadzić do stwierdzenia „Bóg jest martwy, narodził się człowiek”. Śmierć Boga otwiera drogę do wkroczenia człowieka w wyższą fazę swego rozwoju. „Jeśli istnieliby bogowie – jak wytrzymałbym, by nie być Bogiem! A więc nie ma bogów”[17].
 
Tragiczny „antychryst” Nietzschego jest w gruncie rzeczy manifestacją podjęcia przez współczesnego człowieka buntu przeciw swemu Bogu – jak w ogrodzie rajskim, w imię nowej kłamliwej utopii: „bogami będziecie!”. Stanowi kolejny przykład dania wiary złudnym insynuacjom Złego: Bóg zabiera ci zaszczyt egzystencji, chcesz być szczęśliwy, musisz Go w sobie uśmiercić. Ktoś mógłby nie bez racji skomentować, że dziedzictwo Nietzschego w postaci ogromnej pustki, jaka zalega dusze nowych pokoleń, znakomicie wpisuje się w opis okrutnych prześladowań ze strony prawdziwego Antychrysta.
 
Co powstrzyma Antychrysta?
 
W słynnym fragmencie Listu do Tesaloniczan o Antychryście św. Paweł używa słowa „katechon”, wskazując na coś, „co go teraz powstrzymuje… Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje, ustąpi miejsca, a wówczas ukaże się Niegodziwiec”. Wydaje się, że i autor listu, i adresaci – jak już wyżej zaznaczyłem – świetnie się rozumieją. Tylko dla nas pozostaje zagadką, co kryje się w treści owego określenia „katechon”. Różnych przypuszczeń dostarczają teologowie. W przekonaniu jednych (Warfield) chodzi o trwanie państwa żydowskiego, inni (Trillin) odpowiadają, że to sam Bóg w Osobie Ducha Świętego opóźnia powrót Zbawiciela w chwale. Oscar Culmann jest przekonany, iż to głoszenie Ewangelii wszystkim narodom aż na krańce świata, łącznie z oczekiwanym nawróceniem Izraela, spowolnia wkroczenie na scenę świata Antychrysta.
 
Oryginalną teorię „katechonu” zaproponował po II wojnie światowej niemiecki filozof Carl Schmitt (1888-1985), nadając jej znaczenie politologiczne. Na pytanie: „wiecie, co go powstrzymuje?”, odpowiada w dwóch książkach: Nomos ziemi z 1952 roku oraz w Teologii politycznej z 1970 roku, próbując zsynchronizować ze sobą kategorie polityki współczesnej z kategoriami tzw. teologii rzeczywistości ziemskich. W obliczu globalnego, bezrefleksyjnego triumfu „rozpasanej techniki”, osiąganego przez pokolenia powojennej prosperity, potrzeba sięgnąć po chrześcijańską filozofię dziejów. Wiara chrześcijańska w swej prawdziwej czystości nie może mieć – według Schmitta – innej wizji historii, jak ta związana z ideą katechonu. Jako, że Antychryst, według św. Pawła, jest anomos, czyli nieprawy, potrzeba dla przeciwwagi odwołać się do instytucji, która łączy w sobie porządek Ewangelii ze ścisłą logiką prawa rzymskiego. W świetle tworzenia ius publicum europaeum, tym zaś, co zapobiegało wzrostowi zła w życiu społecznym, było imperium chrześcijańskie, świadome własnej historycznej skończoności, ale i funkcjonujące w pewnej perspektywie eschatologicznej, czyli ostatecznego ukazania się Królestwa Bożego.
 
Dla Schmitta „katechon” stanowi pojęcie historycznie określone, którego przykładów można znaleźć wiele. Choćby imperium bizantyjskie, zarządzające wschodnią częścią Cesarstwa Rzymskiego, ze stolicą w Konstantynopolu. To imperium nabrzeżne z potężną flotą wyposażoną w tajną broń, zwaną ogniem greckim, mimo swej słabości zdołało powstrzymać islam przed inwazją na Półwysep Apeniński. Podobną siłę może mieć dzisiaj chrześcijańska republika. „Imperium władcy chrześcijańskiego – mówił Schmitt w trakcie wykładu w Madrycie w marcu 1951 roku – ma sens w połączeniu z rolą katechonu. Wielcy władcy średniowieczni, jak Otton Wielki czy Fryderyk Barbarossa, dostrzegali historyczną istotę swej przywódczej godności w spełnieniu funkcji katechonu. Walczyli z Antychrystem i jego sprzymierzeńcami, odsuwając tym samym koniec czasów”.
 
Ich rola polegać ma więc na przeszkadzaniu w zasiedlaniu się zła, które przejawia się jako „anomia” – bezprawie. Szkoda tylko, że – jak zauważył niemiecki politolog – prawnicy prawa rzymskiego od XIV i XV wieku przestawali zdawać sobie sprawę z tego, że władca posiadał ów przywilej katechonu. Władza pozbawiona owej wewnętrznej mądrości – arcana – staje się w praktyce zwykłym cezaryzmem, cezaryzm zaś bez świadomości misji przerodzi się w nazizm.
W ostatnich czasach intuicja Carla Schmitta jest przywoływana w perspektywie ideologicznej globalizacji, zmierzającej do konstrukcji one World (zapowiedź prezydenta George’a Busha seniora z 1991 roku) – jedynego możliwego świata. W obliczu groźby podporządkowania wszystkiego światowym rządom grupy G8, Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy Formuły Davos należałoby wspierać ideę autonomicznych przestrzeni zorganizowanych wokół określonych arcana. Tajemnicy nieprawości przejawiającej się w monistycznej idolatrii rynku i pieniądza, prowadzącej nieuchronnie do egoizmu i nihilizmu społecznego, potrzeba stawić kulturowy, etyczny i duchowy opór, zapewniający utrzymanie własnej tożsamości.
 
W tym świetle można dostrzec szczególną rolę Kościoła katolickiego. Nie ma on wprawdzie środków ekonomicznych ani militarnych, posiada za to „patos władzy”. Jako nosiciel szczególnego porządku wynikającego z depozytu Objawienia oraz spadkobierca prawa rzymskiego, posiada on konkretną i osobową zdolność reprezentowania całej civitas humana i samego Chrystusa. W tym tkwi jego misja katechonu, zwłaszcza wobec hedonizmu i konsumpcjonizmu społecznego.
 
Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na coś jeszcze. Otóż temat Antychrysta ściśle wiąże się z pojęciem mesjanizmu. Myśl żydowska poszukuje realizacji Mesjasza tu, na tej ziemi. W ramach tego myślenia ludzkość podąża ku królestwu pokoju, ku Nowemu Jeruzalem, choć oddalonej w czasie, to jednak mającej się urzeczywistnić tutaj. Katolicy natomiast nie zadowalają się perspektywą ulepszającej się ludzkości czy też brakiem wojen. Ich wizja dziejów jest bowiem eschatologiczna: wszystko poprzez Chrystusa zmierza ku „nowemu niebu” i „nowej ziemi”. Stąd odwieczne ścieranie się dwóch wizji zbawienia: czy „tu”, czy „tam”?
 
Jak tłumaczy żydowski pisarz Gershom Scholem: „Judaizm od zawsze spoglądał na odkupienie jako na wydarzenie publiczne, które dokona się na scenie historii, jako wydarzenie widzialne i zewnętrzne. Przeciwnie chrześcijanie, oni patrzą na odkupienie jako coś, co dokonuje się w sferze niewidzialnej, duchowej; coś, co zachodzi w duszy i wzywa do wewnętrznej przemiany, bez konieczności wprowadzania zmian w bieg historii. Coś takiego Żydowi wydaje się ucieczką”.
 
Według Żydów, od historii się nie ucieka. Przymierze Boga zawarte z ludem wybranym zakłada obietnicę królestwa tu, na ziemi. Słowa Jezusa: „królestwo Moje nie jest stąd” – wystarczyły, by pomyśleli, że ktoś taki nie może być Mesjaszem.
 
Współczesność zdaje się przyznawać rację Żydom: światowa organizacja ONZ, przezwyciężanie idei państw narodowych, globalny rynek, pokój światowy… Włoski filozof Franco Volpi stwierdza: „Żydowska idea uniwersalnej zasady ogarniającej całą ludzkość tutaj odnalazła swą skuteczną realizację w epoce globalizacji, w którą świat zdecydowanie wkroczył”. Czyżby ów projekt światowego postępu i udoskonalenia ludzkości w tym świecie miał otworzyć drogę Antychrystowi? Czy mamy do czynienia z końcem rzymskiego katolicyzmu jako siły powstrzymującej jego triumf?
 
W 1962 roku Dawid Ben Gurion, twórca państwa izraelskiego, udzielił czasopismu „Look” następującej wypowiedzi: „Wszystkie armie upadną. W Jerozolimie Narody Zjednoczone wybudują świątynię, by świętować połączenie się wszystkich kontynentów. Będzie to Najwyższe Zebranie Ludzkości, usuwające wszelkie niejasności pomiędzy zjednoczonymi narodami, jak zapowiedział Izajasz. Każda osoba otrzyma najlepsze wykształcenie. Pigułka zapobiegająca ciążę obniży wybuchowy przyrost demograficzny. Średnia wieku osiągnie sto lat”.
 
Tylko żywa wiara chrześcijan
 
Prezydent Julien Felsenburgh zostaje wybrany prezydentem Europy, a potem świata. Niszczy Rzym z powietrza, zamierzając dopaść i wybić ostatnich, ukrywających się chrześcijan. Zdrada kardynała Moskwy zagraża ostatniemu papieżowi, który ratuje się ucieczką do Kafarnaum, miasteczka Szymona Piotra w Galilei. Trwa przed Najświętszym Sakramentem wraz z garstką wiernych i katechumenów, podczas gdy armia Antychrysta zbliża się. Bomby padają w rytm śpiewu Tantum ergo.
Tak mniej więcej wygląda jedna ze scen książki Roberta Hugh Bensona (1871-1914) Lord of the World, napisanej na początku XX wieku. Robert Benson to katolik nawrócony z anglikanizmu, czwarte dziecko arcybiskupa Canterbury. Święcenia kapłańskie w Kościele katolickim przyjął w 1904 roku, trzy lata później ukazała się jego powieść Władca świata. Antychryst Bensona jest postacią bardzo inteligentną, zdaje się nawet kimś o wiele bardziej atrakcyjnym niż chrześcijanie. Przerażająca jest wizja świata zarządzanego przez Antychrysta, jej aktualność powoduje ciarki na skórze. Komunikacja z całym światem, czteropasmowe autostrady, samoloty i tunele podziemne, sztuczna energia słoneczna, zalegalizowana eutanazja, obrady Parlamentu Europejskiego, codzienne doniesienia o eksplozjach i zamachach kamikadze, kryzys tradycyjnych religii, powstanie nowej uniwersalnej religii w stylu New Age, masowe porzucanie przez księży stanu duchownego, sekularyzacja zakonników, którzy chodzą bez żadnych zewnętrznych oznak konsekrowanego stylu życia. Nad wszystkim unosi się zaś groźba Wielkiego Brata rządzącego całym światem.
 
Książka Bensona, choć być może w samej treści nie najwyższych lotów, wzbudziła duże zainteresowanie. Doczekała się już szesnastu wydań w samej Wielkiej Brytanii. Na półkach włoskich księgarń odnajduję właśnie jej najnowsze tłumaczenie. Co takiego przemawia do wyobraźni uważnych czytelników w tego typu nowych rekonstrukcjach wizerunku Antychrysta? To, że Benson, podobnie jak Sołowjow, przewiduje uwiąd wiary chrześcijańskiej i prześladowanie jej zwolenników nie pod postacią ewidentnego przeciwnika, lecz w zakamuflowanej formie czegoś „zamiast”. Antychryst reprezentuje sobą nowy humanitaryzm: miłość zastąpiona przez filantropię, wiara przez kulturę. Trudno dostrzec zło przyczajone za wzniosłymi hasłami pacyfizmu i progresizmu.
Włoski filozof Augusto del Noce wyjaśnia to tak: „Dziś, gdy marksizm znalazł się w sytuacji nieodwracalnego końca, zaś rewolucja seksualna i kombinacja marksistowsko-freudowska wyznaczają kierunki, walka przeciwko katolicyzmowi dokona się pod szyldem humanitaryzmu”. Czegóż innego oczekuje się dziś od katolików, gdziekolwiek są, jeśli nie tego, by chrześcijaństwo sprowadzić do moralności, oddalonej od jakiejkolwiek metafizyki i teologii. I to takiej moralności, która – broń Boże – nikogo nie wykluczy, a wręcz usunie wszelkie podziały.
 
Ta uniwersalna moralność musi być nade wszystko tolerancyjna. Katolicy mogą sobie w duszy żywić ściśle religijne nadzieje, jeśli tylko będą one w stanie mobilizować ich do wykazywania się w praktycznej, ludzkiej i dobroczynnej działalności. Dla humanistów bycie katolikiem polega właśnie na tym. Wiara w Chrystusa czy życie wieczne są jedynie prywatnym dodatkiem; etyka i polityka obywają się świetnie bez tych religijnych koneksji. Bycie w pełni człowiekiem oznacza zaangażować się na rzecz jednoczenia ludzi dobrej woli. Wiara natomiast prawie zawsze tworzy ryzyko podziałów. Szeroko rozumiana miłość w połączeniu z naukowym podejściem do życia – oto pożyteczna dla wszystkich propozycja.
 
Taka communis opinio, będąca istotną tezą masońską oraz poglądem podzielanym zgodnie przez profesorów filozofii moralnej XIX wieku, dziś znowu powraca. W związku z tym raz jeszcze zostaje podjęte rozróżnienie na katolików integrystów oraz katolików postępowych, gdzie zbyt mocno podkreślane przekonanie o prawdziwości Ewangelii i nauki Kościoła grozi posądzeniem o fundamentalizm i nietolerancję. Tymczasem, jak twierdzi Vittorio Messori, tym, co nam zagraża na polu religijnym, jest nie brak tolerancji, lecz przeciwnie: tolerancja zamieniająca się w indyferentyzm. Religie i wierzenia winny być sprowadzone do jednego i tego samego: czcić tego samego, statystycznie wyjustowanego Boga. Spełniają się wizje Sołowjowa: największym wrogiem chrześcijaństwa nie jest już stary, sprawdzony materializm, ale humanitarny spirytualizm – ten uśmiechnięty pustoszyciel.
 
Dwudziestowieczne przypisywanie Antychrystowi konkretnych postaci: Hitlera, Stalina czy Ben Ladena świadczy tylko o banalizowaniu zła, ograniczającemu jego rozumienie jedynie do form najbardziej brutalnych. To prawda, że Antychryst zawsze łączy się jakoś z przemocą tego świata, niemniej w jego przypadku mamy do czynienia z najbardziej przewrotną i uwodzącą, trudną do rozpoznania, postacią zła. Gdzie zatem jest i jak go zlokalizować? Być może ukrywa się w każdym z nas, jako coś, co walczy przeciw Chrystusowi, wstrzymując Jego powrót i czyniąc ten świat nieznośnym? Być może trzeba go szukać „od środka”, w jakimś grzechu strukturalnym albo w tym, co Jan Paweł II nazywał „kulturą śmierci”? W każdym razie siły niszczące tego świata kryją się w samym sercu tajemnicy Antychrysta, odsłaniając ciemną stronę życia każdego z nas. Jakie jest remedium na Antychrysta? Żywa wiara chrześcijan i szczere nawrócenie w imię Zmartwychwstałego.
  
Ks Robert Skrzypczak

Fragment tekstu "Uwaga na antychrysta!" opublikowanego w kwartalniku Fronda 44/45