15.10.18, 09:15

Jan Bodakowski: Chciałem kandydować z PiS...

Los sprzyja PiS. Groteskowa opozycja (czyli PO, Nowoczesna, i emeryci uliczni chuligani z kilku organizacji) robią wiele by zniechęcić do siebie Polaków. Prawica w naszym kraju nie istnieje. PiS dysponuje niewyobrażalnie ogromną kasą na swoją działalność. Według artykułu z marca 2017 roku opublikowanego na stronie „Rzeczpospolita” od 2005 do 2017 roku dotacje dla partii politycznych otrzymał 17 organizacji - „najwięcej w tym czasie otrzymały Prawo i Sprawiedliwość - 274 mln zł oraz Platforma Obywatelska - 270.6 mln zł. Dalej znajduje się SLD (126,3 mln zł), PSL (98,8 mln zł) i Samoobrona 37,1 mln zł. Łącznie było to 931,5 mln zł”. Tych pieniędzy zresztą było więcej bo ustawa o finansowaniu partii politycznych obowiązuje od 1997 roku. A pewnie do tych pieniędzy dochodzą kolejne miliony np. ze zwrotu za kampanie wyborcza.

Obserwując jednak to jak wygląda kampania wyborcza w wyborach samorządowych odnoszę wrażenie, że PiS nic nie robi by skorzystać z sprzyjającej dla siebie koniunktury. Mieszkam na przedmieściach Warszawy. Chciałem kandydować z list PiS do samorządu dzielnicy, z bardzo prozaicznych powodów – przez piwnice naszych domów przebiega stary rdzewiejący wodociąg, który przecieka, stare rury z gazem wyglądają jakby składały się z rdzy i miały ochotę na eksplozje, nie mamy kanalizacji tylko szamba, a część dróg nie jest utwardzona. Rządzący od kilkunastu lat samorządowcy z PO wydają za to pieniądze podatników na nikomu nie potrzebny nowy bazar – gdy stary świetnie funkcjonował - w budowę nowego utopiono już prawie 18 milionów złotych.

Chciałem kandydować z PiS, choć jestem krytyczny wobec tej partii w wielu kwestiach, bo moim zdaniem nie należy rozbijać głosów polskich patriotów na kilka list, a PiS ma największe poparcie społeczne. Chciałem osobiście kandydować bo jak do tej pory, od 30 lat, w mojej dzielnicy panuje absolutny marazm wśród patriotów (tylko jeden kolega prowadzi działania na rzecz upamiętnienia lokalnej historii, i tylko w jednym miejscu raz na parę miesięcy odbywa się jakaś patriotyczna pogadanka) gdy lewicowcy prężnie działają, nieustanie organizuje jakieś spotkania. Moim zdaniem do aspirowania do startu w wyborach uprawniało mnie to, że od 30 lat publicznie propaguje poglądy prawicowe i katolickie, od 10 lat pisze, mam specjalistyczne wyższe wykształcenie, doświadczenie pracy w administracji, placówkach naukowych i organizacjach pozarządowych.

Na podstawie dotychczasowego braku działalności środowisk patriotycznych (w tym i PiS) w mojej dzielnicy odnosiłem też wrażenie, że będę jedną z niewielu osób, która w razie kandydowania zaangażowała by się w roznoszenie ulotek i rozdawanie plakatów. Niestety moje obawy się spełniły.

Moich odczuć co do mojej osoby nie podzielały, jak mi w sekrecie przekazano, władze centralne PiS (które tym samym dopieściły moje ego tym, że dostrzegają moją działalność wśród pewnie setek tysięcy osób zainteresowanych startem w wyborach). Jak mi powiedziano nie było dla mnie miejsca wśród 90.000 kandydatów PiS do samorządu bo „jestem związany z Korwinem i Wolnością”. Zapewne przywódcy PiS decydując o zbanowaniu mnie pamiętali, że od 1990 do 1998 (czyli 20 lat temu) byłem sympatykiem UPR (z funkcji sympatyka, oficjalnie, wywalono mnie za odchylenie prawicowo nacjonalistyczne czyli za krytykę AWS). Choć zrobiło mi się przykro, to zadeklarowałem, że pomogę kandydatom PiS, mając nadzieje, że może zmiana władzy w dzielnicy sprawi, że powstanie u nas kanalizacja, wyremontują rury z gazem czy podłączą wszystkich do nowego wodociągu.

Pisze ten tekst w ostania niedzielę przed wyborami. Sytuacja jest taka, że do skrzynek pocztowych wyborców na moim osiedlu nie dotarła do dziś ani jedna ulotka PiS. Dostałem już dwie ulotki koalicji PO i Nowoczesnej. Przed kościołem, w żadną z niedziel w czasie kampanii, po mszach, nikt nie rozdawał ulotek PiS (już więcej żadnej niedzieli przed wyborami nie będzie). Wczoraj pojawiło się kilka plakatów PiS na drzewach, plakaty PO wiszą wszędzie. Nie było ani jednego spotkania wyborczego (przed wyborami pojawił się u nas tylko Patryk Jaki). Co sobotę odbywa się u nas duży bazar (w entuzjastycznym tonie opisywały go różne ogólnopolskie media) – w żadną sobotę nie pojawili się na nim zwolennicy PiS z ulotami (byli za to ludzie z lokalnego komitetu) – w najbliższą sobotę obowiązuje cisza wyborcza. Wygląda to tak jakby PiS nie miał ochoty przekonywać do siebie wyborców. Może to lokalna specyfika mojej dzielnicy, choć idąc wczoraj długim spacerem przez Śródmieście i Pragę też nie dostrzegłem by kandydaci PiS do siebie przekonywali wyborców.

Może PiS wierzy, że wystarczy kampania w telewizji publicznej. PiS na wybory samorządowe wiele wydać nie musiał, bo plakaty i ulotki nie są finansowane przez partie tylko samych kandydatów. Może brak aktywności kandydatów PiS wynika z tego, że to ludzie starsi którym brak sił do roznoszenia ulotek i plakatowania – odnoszę przy tym wrażenie, że PiS nie jest zainteresowany zaangażowaniem do swoje pracy partyjnej młodych patriotów (dziś aktywni w środowiskach narodowych i wolnościowych), którzy by mieli czas i siły by plakatować i rozdawać ulotki.

W wielu wypowiedziach ekspertów powtarza się przestroga przed tym, że PiS choć może będzie pierwszą partią nie zdobędzie 51% poparcia by samodzielnie rządzić i znajdzie się w samorządach w opozycji. Obserwując marazm kampanii odnoszę wrażenie, że może się tak stać (i dalej dzisiejsza groteskowa opozycja będzie rządzić tak w samorządach, że my Polacy nic z tego mieć nie będziemy prócz problemów). Jeżeli niestety znowu mam racje (niestety zazwyczaj ją mam) to rodzi się pytanie czy to zaniedbanie czy PiS nie zależy na tym by wygrać?

Sądzę, że w Polsce niewiele się zmieni, dopóki my katolicy, polscy patrioci, konserwatyści, narodowcy, antykomuniści, wolnościowcy, wspólnie, sami nie zaczniemy działać. Jak do tej pory nie jesteśmy podmiotem sprawczym polityki, tylko przedmiotem pomiatanym przez polityków.

Jan Bodakowski