Grzegorz Strzemecki: Rzeczpospolita przekrętów. Obligacje dla złodziei na inaugurację. - zdjęcie
16.08.18, 16:00Fot. via Wikipedia, CC 0

Grzegorz Strzemecki: Rzeczpospolita przekrętów. Obligacje dla złodziei na inaugurację.

Grzegorz Strzemecki

Rzeczpospolita przekrętów.

Obligacje dla złodziei na inaugurację.

Dedykowane Panu Wiesławowi Kaloryferowi, który zachęcił mnie do napisania tego tekstu oraz przyjaciołom i znajomym utożsamiającymi się z obozem III RP.

Trzecia RP od zarania została skonstruowana jako państwo złodziei, w której bezpieczeństwa złodziejskiego obrotu pilnowali całkiem niepospolici bandyci zwani nieznanymi sprawcami, państwowi urzędnicy, a w ostatniej instancji - sędziowie. Całością zarządzały "politycznie poprawne" partie - od UD do PO, a żyrowali "oświeceni inteligenci i intelektualiści" programowani przez gazetę z Czerskiej i telewizję z Wiertniczej, które niczym w PRL-u, systemowe zło III RP przedstawiały jako incydentalne "błędy i wypaczenia". Bez tego kontekstu nie da się zrozumieć obecnego sporu o sądy, ostatniego zabezpieczenia złodziejskiego systemu.

Trzecia RP rozpoczęła się między innymi tzw. Planem Balcerowicza, którego częścią była emisja państwowych obligacji. Jako lojalny obywatel, wspierający rząd Mazowieckiego i proces przemian ustrojowych, nabyłem ich pakiet, a ściślej dokonałem przedpłaty, bo miały one dopiero zostać wydrukowane w Szwajcarii. Był 31 grudnia 1989, czyli w ostatni dzień nominalnego istnienia PRL.

Same obligacje odebrałem już w III RP, bodajże w początkowych dniach kwietnia 1990 r. na podstawie grudniowego pokwitowania. Zawierały faksymile podpisu samego Leszka Balcerowicza, namaszczonego na najwyższy autorytet ekonomiczny i były wtedy warte już ponad dwa razy więcej niż ich nominalna wartość, bo doliczano im stopę inflacji, w początkowych miesiącach 1990 r. bardzo wysokiej (78,6 w styczniu i 23,9% w lutym). O wartości obligacji decydował więc stempel, który pani w okienku przybiła z wsteczną datą mojej wpłaty, tj. 31.12.89, od której naliczano odsetki.

Wszystko było więc najzupełniej w porządku, poza jedną rzeczą. Ku mojemu zdumieniu w okienku tuż obok można było kupić te same obligacje za wyjściową, nominalną cenę, o której decydowała kwietniowa datą stempla. Ku mojemu zdziwieniu nie sprzedawano ich, jak się spodziewałem, w wyższej cenie, z doliczonymi odsetkami, co zapobiegłoby temu co opisuję poniżej.

Nie mogłem uwierzyć, że o wartości misternie drukowanych papierów wartościowych faktycznie decyduje łatwy do podrobienia lub dowolnie ustawialny datownik. Nawet jeśli nie byłby on dowolnie ustawialny (nie znam się na bankowych datownikach), to wystarczyłoby żeby pani z jednego okienka przybiła na obligacjach wsteczną datę datownikiem pożyczonym od pani z drugiego okienka, żeby nadać tym obligacjom 2,2-krotnie większą wartość. Pobrawszy obligacje do sprzedaży, rozliczyć musiałby się jedynie z ich wartości nominalnej, a różnicę mogłaby zachować dla siebie, bo dzięki datownikowi z sąsiedniego okienka obligacja warta np. 1 mln złotych zmieniłaby w jej ręku wartość na 2,2 mln zł. Różnicę 1,2 mln zł musiałby bezpodstawnie wypłacić budżet państwa przy finalnym wykupie obligacji i to z naliczonymi później do tej różnicy odsetkami.

Praca w banku stwarzała zapewne również inne możliwości takiego kreowania pieniędzy na prywatny użytek, ale to już techniczne szczegóły. Istotne, było to, że cała operacja służąca rzekomo naprawie stanu państwa umożliwiała i wręcz zachęcała do bezwzględnego i bezkarnego okradania go, zwłaszcza, że różnica między ceną nominalną a waloryzowaną obligacji wciąż rosła. Pod koniec emisji obligacji, kiedy rozpoczęto ich wykup, różnica ta była już ponad 4,7-krotna (po dodaniu ustawowych odsetek, bodajże 5% rocznie): w maju 1991 r. stemplując obligację wartą 1 mln. zł datą 31.12.1989 r. można było na niej od ręki zarobić na czysto 3,7 miliona zł. Do tego można było dodać jeszcze 20% bonifikaty, jeśli przy wykupie prywatyzowanych spółek skarbu państwa płaciło się tymi właśnie obligacjami, co powiększyłoby zysk do 4,44 mln. zł (3,7+20%).

Co więcej, ze względu na możliwość sprzedaży obligacji na rynku wtórnym przed oficjalnym terminem ich wykupu (choć z pewną stratą - dyskontem), można było powtarzać proceder zakupu i sprzedaży, np. przy trzykrotnym przebiciu zamieniając jeden milion na trzy, potem trzy na dziewięć, dziewięć na dwadzieścia siedem itd. Wbiło mi się w pamięć, że wtórnym obrotem takich obligacji zajmowała się m.in. firma Arabski i Gawor. Ciekawe, że wiele lat później natknąłem się na te nazwiska w mediach, w innych kontekstach, ale również związanych z dewastowaniem Polski i jej żywotnych interesów. Czy były to nazwiska tych samych osób? Nie wiem. Może jakiś śledczy dziennikarz to sprawdzi.

Był to przekręt doskonały, niemożliwy do wykrycia wstecz, jeśli datownik był oryginalny. Inna sprawa, że ktoś, kto nie mógł operować datownikiem, mógł zwyczajnie zmienić datę stempla, choćby najbardziej prymitywną, sztubacką techniką przerabiania zwolnień lekarskich za pomocą żyletki. Takie machinacje umożliwiał fakt, że na wielu obligacjach (tych które widziałem) stempel przybijano na ich niezadrukowanym odwrocie, inaczej niż na załączonej ilustracji. Ryzyko zdemaskowania fałszerstwa było niewielkie, bo przy skupie obligacji stempel najczęściej jedynie omiatano wzrokiem. Trzeba przyznać, że media informowały potem o sfałszowanych obligacjach. Nie mogło to jednak z zasady dotyczyć oryginalnych obligacji ostemplowanych oryginalnymi datownikami.

Obligacja państwowa z 1989 r. z pieczątką przybitą na awersie. Źródło: Wirtualne Muzeum Papierów Wartościowych, http://www.it.pw.edu.pl/data/op026.html

Rodzące się w ten sposób "z niczego" pieniądze, wynikające z bezpodstawnie naliczonych ogromnych odsetek wypłacał oczywiście skarb państwa i to on był stratny. Emisja pożyczki opiewała na pięć bilionów złotych z grudnia 1989 r., co oznacza, że gdyby wszystkie obligacje użyto do przekrętu, umożliwiłoby to prywatny zysk na ponad 20 bilionów zł. (sprzed denominacji) bezpodstawnie wypłaconych przez skarb państwa, czyli z jego stratą. Gdyby uczyniono tak z połową obligacji, zysk jednych a strata drugich wyniosłyby ponad 10 bilionów ówczesnych złotych. Czy możliwości takich profitów mogły umknąć uwadze ludzi, którzy zjedli zęby na finansowych operacjach, np. w ramach FOZZ, skoro dostrzegł je zwyczajny, uzbrojony w logikę obywatel? Wątpię.

O ile wiem, nikt nigdy nie zewidencjonował, na ile okradziono Polskę za pomocą obligacji sygnowanych nazwiskiem "genialnego" Leszka Balcerowicza i było to chyba niemożliwe. Pamiętam, że możliwości takiego przekrętu uświadomiłem sobie w kwietniu 1990, sekundy po tym, jak zorientowałem się jaki jest tryb ich sprzedaży. Byłem wtedy jeszcze w przejściowej fazie od zwątpienia do zdecydowanej opozycji wobec pierwszego "solidarnościowego" rządu Mazowieckiego i naiwnie przypisałem to nieudolności. Doświadczenia III RP pokazały (przynajmniej tym, którzy chcieli patrzeć i wyciągać wnioski), że nie była to żadna nieudolność, a umyślne otwarcie nie tyle furtki, co szerokiej bramy dla przekrętów.

Od tamtej pory stałem się całkowicie odporny na kult "ekonomicznego geniuszu" Leszka Balcerowicza, właściwy "oświeconym inteligentom i intelektualistom". Zauważmy, że umożliwienie opisanego procederu wcale nie musi podważać owego ekonomicznego geniuszu pierwszego ministra finansów III RP. Uważam jednak, że geniusz wykorzystany do niegodziwych celów nie zasługuje na kult, przynajmniej ze strony osób, które, twierdzą, że warto być przyzwoitym. Pomijam tu, mające skądinąd solidne podstawy teorie, sugerujące, że za planami transformacji stali inni, ważniejsi i potężniejsi od Balcerowicza ludzie ze służb, nawet nie polskich, a moskiewskich i że to oni projektowali tę operację i czerpali z niej profity.

Leszek Balcerowicz ostatecznie pogrążył się (wraz z III RP) w moich oczach, kiedy zorientowałem się, że w ramach ustanowionego przez niego mechanizmu prywatyzacji, pieniądze z niej uzyskane traktowano jako dochód państwa i "przejadano", nie dokonując żadnej konwersji w inną formę majątku trwałego (np. funduszy emerytalnych), albo robiąc to pozornie, z gigantyczną stratą, jak w przypadku "powszechnej prywatyzacji" innego ekonomicznego "geniusza" III RP, Janusza Lewandowskiego. Gdyby prywatna osoba przejadała jako dochód pieniądze ze sprzedaży swoich dóbr trwałych - mieszkania, samochodu, działki, rodzinnych precjozów - powiedzielibyśmy, że bezmyślnie i głupio przepuszcza swój majątek. W taki właśnie sposób III RP przepuszczała majątek narodowy, z korzyścią dla tych, którzy go niedrogo, albo wręcz za bezcen nabywali, czemu bezustannie kibicowali "oświeceni inteligenci i intelektualiści".

Rozpisałem się na temat pierwszych obligacji "solidarnościowego" rządu Mazowieckiego ponieważ za ich sprawą nabyłem wiedzę o III RP nie z pierwszej, ale z "zerowej" ręki. Służące okradaniu Polski papiery wartościowe osobiście oglądałem i dotykałem stając się współuczestniczącym (choć jako pionek) świadkiem działania rzeczpospolitej przekrętów. Nie zawsze mamy możliwość takiego poznawania spraw publicznych. Wiedzę o nich nabywamy zwykle za pośrednictwem czyichś świadectw. Doświadczenie z obligacjami nauczyło mnie jednak, że nie ma tak bezczelnego złodziejstwa, którego by się nie podjęli protagoniści III RP, byłem więc bardziej skłonny uwierzyć świadectwom innych o podobnych sprawach.

Tak bronione obecnie przez ową część Polaków sądy były najwyższą instancją, chroniącą zło III RP. Docierały do niej tylko niektóre afery, kiedy inne metody ich wyciszania zawodziły. Afera balcerowiczowskich obligacji nie trafiła nigdy choćby do prokuratury - przynajmniej jeśli chodzi o jej projektantów i głównych beneficjentów, a nie ewentualnych drobnych fałszerzy datowników. III RP usiana była aferami, od tych ogromnych, jak FOZZ czy brak rozliczenia komunizmu w ogólności i w szczegółach jego pojedynczych zbrodni, po niezliczone afery różnego kalibru zakorzenione już w nowym systemie.

Jednym z najważniejszych elementów paradygmatu III RP, zapewniającym jej dotychczasową trwałość, jest w mojej opinii masowa akceptacja i/lub nie dostrzeganie immanentnych niegodziwości III RP przez dziesiątki procent Polaków, w tym ogromną część polskiej inteligencji, tak często mieniącej się "oświeconą", do której należą również owi sędziowie. Właśnie ci, którzy twierdzą, że bronią przyzwoitości, a faktycznie stanowią ostatnią redutę trwałości i bezkarności systemowego zła.

Ta właśnie część - owej inteligencji i owych sędziów, ślepa bądź obojętna przez niemal trzydzieści lat na niegodziwości rzeczypospolitej przekrętów, dostrzega zło w próbach jego naprawy. Próbując wytłumaczyć te postawy, wyobrażam sobie, że część z nich, ta wyrachowana, jest z tą przegniła rzecząpospolitą związana osobistym interesem, a część, ta naiwna, jest od zarania szczuta na wszelkie próby uzdrowienia Polski - przez gazetę z Czerskiej, telewizję z Wiertniczej i im podobne media, będąc immanentną częścią III RP. Jako takie, od zawsze ukrywają one lub marginalizują jej systemowe zło. Nawet jeśli o nim informują, przedstawiają je jako incydentalne "błędy i wypaczenia", a czasem wprost wmawiają (i to zdumiewająco skutecznie), że nie jest ono złem.

Bez uświadomienia sobie tego kontekstu nie da się zrozumieć obecnego sporu o sądy.