Cud różańcowy. Wspomnienie z Powstania Warszawskiego - zdjęcie
01.08.18, 21:25Fot. Pixabay, CC0

Cud różańcowy. Wspomnienie z Powstania Warszawskiego

Dnia 1944 r. Szłam ul. Senatorską do swojej cioci, mieszkającej w Śródmieściu. W momencie, gdy żegnałam się przy istniejącej do dziś, kapliczce, już prawie przy pl. Bankowym – rozległ się przeciągły terkot karabinu maszynowego. Obok mnie upadł zabity mężczyzna, ktoś został ranny. Od tej chwili, z różnych części miasta, zaczęły dochodzić odgłosy strzelaniny i pojedynczych wybuchów.

Jakoś tak, mimowolnie, uklękłam przed kapliczką i zaczęłam się modlić. Po chwili chwyciły mnie czyjeś silne ramiona i wciągnęły do bramy pobliskiej kamienicy.

 —  Czy pani oszalała?! – Nie wie pani, co się dzieje?

Jeszcze nie wiedziałam. Ale zmroziło mnie jedno tylko słowo: powstanie…

W czasie okupacji niemieckiej mieszkałam z rodziną przy ul. Brukowej, na Pradze. Jako najstarsza z pięciorga rodzeństwa, wyruszałam czasem, z pobliskiego Dworca Wileńskiego, w okolice Łochowa, po słoninę, rąbankę i schab – jak opiewała, przemycanie żywności do miasta – zakazana piosenka. Było to zajęcie niebezpieczne, ale konieczne. Kartki żywnościowe nie wystarczały na wyżywienie rodziny.

Dopiero po wojnie dowiedziałam się, że mój brat, Kazimierz i siostra Anusia, należeli do AK. To było jeszcze bardziej niebezpieczne.

Powstanie zastało mnie jedynie w lekkiej sukience i z torebką w której niewiele się znajdowało. Najcenniejszą rzeczą był różaniec.

– Ha, cóż to za majątek, ten różaniec? – Kilkadziesiąt nic nie wartych koralików, połączonych metalowymi ogniwkami   — pomyślałby ktoś.

– O nie, ten tani różaniec, wybrany wśród odpustowej tandety, już od początku powstania okazał się bezcennym skarbem!

Teraz, podczas rzadkich chwil wytchnienia od ostrzeliwania i bombardowań – oddalał strach, uśmierzał głód, pomniejszał tęsknotę za  bliskimi, szczególnie najmłodszymi – Marysią i Zbyszkiem, którzy byli jeszcze dziećmi. Zresztą, ja nie byłam w jakiejś szczególnej sytuacji.

Wszyscy martwili się o swoich bliskich. Tak właściwie to nikt nie miał pojęcia o losach, przynajmniej części rodziny. Skąd, na przykład, miałam wiedzieć, że mój brat, Kazik, walczy kilkaset metrów dalej, w okolicach placu Grzybowskiego?

Od samego początku Powstania Warszawskiego wśród mieszkańców panował optymizm:  — dzień, dwa, najdalej tydzień i… będzie po wszystkim. Niemcy uciekną i Warszawa będzie wolna!

Kiedy   stało   się   jasne,  że powstańcy nie wyzwolą swoimi – jakże skromnymi siłami stolicy – pojawiła się niczym nieuzasadniona nadzieja na pomoc aliantów. Przecież Polska nie miała żadnych aliantów.  — To my byliśmy zawsze aliantami dla innych!

Warszawa konała na oczach świata.

W wielu dzielnicach dokonywano masowych rzezi, grabieży, gwałtów.

Najokrutniejszymi zbrodniami zasłynęła ukraińska brygada SS gen. Kamińskiego. Ich prymitywnym okrucieństwem zadziwieni byli nawet niemieccy esesmani, którzy przecież świętoszkami nie byli.

Mnie Bóg oszczędził.

Kiedy po 63 dniach walki Warszawa skapitulowała, popędzono nas, ludność cywilną do obozu przejściowego w Pruszkowie.

W milczeniu, długimi kolumnami, opuszczaliśmy zamordowane miasto. Słychać było tylko szwabskie wrzaski i płacz wygłodzonych dzieci. Po obu stronach doliny, która kiedyś była ulicą – ruiny.

W miejscach, w których jeszcze niedawno były okna z firankami, a wieczorami mrok rozświetlał ciepły blask żarówek – teraz widniały przerażające oczodoły, przez które, czasem, prześwitywało zasnute dymami niebo.

Cały czas czuć było swąd spalenizny, czasem mdlący odór rozkładających się ciał.

Ulica Wolska. Tu, niedaleko kościoła Matki Bożej Nieustającej Pomocy, stoi do dziś kapliczka z figurką Matki Boskiej.  —  W tym miejscu, po raz pierwszy, Niemcy pozwolili nam na krótki odpoczynek.

– Iluż to tysiącom umęczonych ludzi ta niepozorna kapliczka dała pocieszenie w drodze na poniewierkę? – Tylko Matka Boska wie, ile strapionych serc pocieszyła, ilu warszawiakom dała nadzieję.

Obóz przejściowy znajdował się na dużej przestrzeni  zamordowanych przez żyda i bandytę Balcerowicza, Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego.

Pierwsza noc była bardzo zimna. Pomógł szesnastoletni chłopiec, który użyczył mi koca. Spania na zimnym betonie prawie nie było, więc oboje modliliśmy się na różańcu. Czas jakby się zatrzymał. Znając hitlerowskie barbarzyństwo pomyślnej przyszłości jakby nie było. Dla większości ludzi istniało tylko „teraz”.

Ale ja miałam różaniec i dzięki niemu stałą jedność z Bogiem. Przestałam się zupełnie bać i martwić, jednak modliłam się teraz niemal bez przerwy.

Już w czasie tej pierwszej, zimnej nocy, zauważyłam, że przygląda mi się niemiecki strażnik. Był to starszy wiekiem mężczyzna. No cóż, wtedy czterdziestolatków uważałam za staruszków! – Byłam młoda i ładna, toteż nie dziwiły mnie spojrzenia mężczyzn. Ale w jego wzroku nie było krzty pożądliwości. Wyczuwałam raczej coś ciepłego. Tym bardziej, że on obserwował również chłopca, który się ze mną modlił. Po jakimś czasie przestałam zwracać uwagę na Niemca, ale modliłam się również za niego.

Nad ranem, kiedy większość ludzi drzemała, Niemiec przyszedł i zabrał ze sobą chłopca. Prosił, żeby się dzieciak nie bał i zachowywał zgodnie z jego poleceniami. Oświadczył, że w czasie następnej służby wypuści mnie z obozu. Po niemiecku mówiłam słabo, ale zrozumiałam wszystko.

Słowa dotrzymał.

Jakiś czas później wypuścił mnie nie przez bramę, ale przez płot okalający fabrykę w którym znajdowała się stalowa furtka do której miał klucz.

Zanim jednak doszliśmy do upragnionego wyjścia szeptał, że też jest katolikiem. W Niemczech to mniejszość wyznaniowa. Mówił, że ma dzieci w naszym wieku. Wyraził nadzieję, że gdy kiedyś jego bliscy znajdą się w podobnej sytuacji , to ktoś natchniony przez Boga, też im pomoże.

Ten Niemiec nie tylko uratował mnie od wywózki do Rzeszy.

Zanim po ojcowsku pobłogosławił mnie znakiem krzyża, wręczył mi jeszcze chlebak, w którym były konserwy, chleb, wojskowy opatrunek, a co najważniejsze – mydło i mały zielony ręczniczek. I tak zaopatrzona, po rozlicznych przygodach trafiłam w Góry Świętokrzyskie, gdzie znalazłam schronienie u bardzo biednych, ale jakże gościnnych ludzi.

Po wojnie, w każdą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, udawałam się na ulicę Senatorską, do kapliczki, przy której zaskoczyło mnie to tragiczne wydarzenie, aby się pomodlić i podziękować Jezusowi oraz Matce Najświętszej za dar ocalenia.

Wielu z współczesnych ludzi uważało to za dziwactwo, fobię lub wręcz głupotę.   — Uważało,   — bo od 10 lat już nie jeżdżę.  —  Mam 94 lata i nie chodzę.

Mam też bardzo słaba pamięć, ale tamte wydarzenia pamiętam jakby to było wczoraj.

Kiedy opowiadam, że życie uratował mi różaniec i że dzięki modlitwie różańcowej opuściłam obóz w Pruszkowie, niektórzy kręcą z niedowierzaniem głową.

Twierdzą, że Niemcy czuli się już przegrani w tej wojnie i stąd brały się nieliczne oznaki litości. Możliwe.

Ja jednak nic nie twierdzę. Ja wiem. To był cud. Prawdziwy, różańcowy cud – nie pierwszy i na pewno nie ostatni.

Moc modlitwy jest większa od najpotężniejszego oręża!

– Szczęść Boże.

Zofia i Cezary Piotr Tarkowscy

dam/forumdlazycia.wordpress.com