Budzisz: Samiec Alfa kontra... jeszcze większy samiec Alfa! - zdjęcie
14.04.18, 14:00Zdj. Michael Vadon, CC BY SA 2.0, Flickr, edytowane, Kremlinru, CC BY SA 4.0, edytowane

Budzisz: Samiec Alfa kontra... jeszcze większy samiec Alfa!

Wszystko wskazuje na to, że Waszyngton eskalując napięcie w relacjach z Rosją, przede wszystkim na tle sytuacji w Syrii, ale nie wyłącznie, chce oczyścić pole i zakreślić warunki ewentualnego dialogu z Moskwą.


Ale po kolei. Wczoraj wieczorem upłynął termin, w którym, jak donosiły media, prezydent Trump miał podjąć decyzję o odwetowym uderzeniu przeciw siłom syryjskiego reżimu. Decyzji, póki, co jeszcze nie podjął, ale to kwestia jak można przypuszczać, najbliższych godzin, najwyżej dni [tekst powstał przed uderzeniem dzisiejszej nocy USA i sojuszników na cele w Syrii - red. Fronda.pl] . Na razie świat mógł przeczytać tweeta głowy amerykańskiego państwa, w którym obiecuje on Moskwie, że nowe, inteligentne amerykańskie rakiety z pewnością nadlecą i, że taka jest cena sojuszu z, jak się wyraził, zwierzęciem (chodzi oczywiście o Asada). Inni przedstawiciele amerykańskiej administracji również sformułowali, pod adresem Kremla szereg ostrzeżeń. I tak Mike Pompeo, kandydat na szefa Departamentu Stanu, występując przed senacką komisją ds. zagranicznych zapowiedział koniec „miękkiej polityki” Waszyngtonu wobec Moskwy. Mówił również o tym, że Stany Zjednoczone skierowały pod adresem Kremla wystarczającą liczbę ostrzeżeń i sygnałów, aby ten skorygował swoją politykę (miał na myśli sankcje i repulsje dyplomatów) i teraz pora przejść do działania. Jako jedną z możliwości tego działania zapowiedział „uzbrojenie młodych i śmiałych ludzi na Ukrainie i w Gruzji, którzy chcą walczyć z Rosją”.

Nieco tylko później rzeczniczka Białego Domu, Sara Sunders, oświadczyła, że Rosja sama musi zdecydować, jaką politykę wobec Ameryki prowadzi i czy jest jej przyjacielem, czy chce zostać na trwale wpisana na listę jej wrogów.

Jednak obok tej wojny na słowa, bo rzecznik Kremla skomentował te wypowiedzi i posty w serwisach społecznościowych deklaracją, że Moskwa gotowa jest przejść od polityki tweetowej, jak się wyraził, do polityki realnej, mamy też do czynienia z posunięciami natury wojskowej. Wypowiedź Pieskowa należy to chyba rozumieć w kategorii nawiązania do wcześniejszych deklaracji szefa rosyjskiego Sztabu Generalnego generała Gierasimowa, który powiedział, że rosyjskie okręty wojenne znajdujące się na Morzu Kaspijskim wycelowały swe rakiety w cele znajdujące się w Syrii i nie zawahają się użyć siły, jeśli rosyjskie bazy, jej żołnierze, ale również sojusznicy zostaną zaatakowani. Przy czym zwalczane będą nie tylko amerykańskie rakiety, ale również, jak się wyraził rosyjski generał ich „nosiciele”, czyli okręty i samoloty. W rosyjskich mediach znaleźć można informacje, że na celowniku są również bazy amerykańskie znajdujące się we wschodniej części Syrii. Ale te pogróżki nie obejmują tylko tego regionu. Jeszcze w marcu, lider tzw. donieckiej republiki ludowej, Zacharczenko, powiedział, że w najbliższym czasie Ukraina może spodziewać się kolejnej erupcji niezadowolenia wewnętrznego i powstania kolejnej „republiki ludowej” tym razem w okolicach Charkowa. Pamiętać trzeba, że napięcie wokół Ukrainy stale rośnie, ostatnio na tle polityki Kijowa aresztowania statków pływających pod rosyjską banderą nieopodal ukraińskich wybrzeży Morza Azowskiego.

Wracając jednak do Syrii odnotować trzeba szereg działań, które wykraczają poza tradycyjne operacje zastraszania. I tak media brytyjskie poinformowały, że brytyjskie łodzie podwodne, na rozkaz Theresy May, opuściły swe porty macierzyste i skierowały się do wschodniej części Morza Śródziemnego, gdzie mają znajdować się „na odległość uderzenia rakietowego” od celów w tym kraju. Podobnie siły lotnicze Jej Królewskiej Mości, stacjonujące na Cyprze, które ponoć są gotowe do uderzenia. Rosyjskie media pełne są też doniesień, że gdyby to zależało od Paryża, to zbrojna interwencja już by się rozpoczęła. Rosyjscy komentatorzy powołują się w tym wypadku na artykuły prasy brytyjskiej relacjonujące liczne telefoniczne rozmowy gospodarza Białego Domu i prezydenta Francji i przy okazji utyskujące, że ten pierwszy nie miał czasu na odbycie podobnych z premier Wielkiej Brytanii. Warto też przytoczyć pogląd, formułowany m.in. przez komentatora The Times, zdaniem, którego Mackron jest zwolennikiem zdecydowanie proatlantyckiej polityki Paryża, ścisłego związku z Waszyngtonem, ba, wręcz aspiruje do zajętej przez Londyn roli „najlepszego sojusznika” Stanów Zjednoczonych w Europie.

Kroki wojskowe podjęte przez Amerykanów to już nie przelewki. Po pierwsze do wschodniej części Morza Śródziemnego została wysłana cała eskadra okrętów wojennych z lotniskowcem Harry Truman, a ponadto krążownik i cztery niszczyciele wyposażone w rakiety Tomahawk. Robi się w tamtych rejonach już dość ciasno, bo Rosjanie mają tam 15 okrętów wojennych. A dodatkowo ograniczyli strefę u wybrzeży Syrii, w której mogą przebywać obce jednostki, bo jak obwieścili, właśnie rozpoczynają się manewry ich sił zbrojnych, które potrwają z przerwami do 26 kwietnia. I jeśli zakaz nie będzie przestrzegany, to obce okręty, samoloty, w ogóle obiekty wojskowe mogą zostać unicestwione.

Rosyjskie media informują ponadto, powołując się na dane z portalu CivMilAir, że w ciągu kilku ostatnich dni z amerykańskiej bazy wojskowej znajdującej się na zachodnim wybrzeżu wystartował samolot szpiegowski U 2S, którego zadaniem będzie prowadzenie działań na rosyjskim Dalekim Wschodzie. W tym samym czasie z brytyjskiej bazy lotniczej Mildenhall miał wystartować samolot wywiadu radiolelektronicznego RC135V Rivet Joint i skierować się w rejon rosyjskiego Kaliningradu. Towarzyszyć mu ma samolot radiolokacyjnego kierowania ogniem E – 3 Sentry należący do sił NATO. Ale to nie koniec. Z sycylijskiej bazy lotniczej, którą wykorzystują Amerykanie miał właśnie wystartować i skierować się w stronę Syrii samolot P-8A Posejdon. A zaraz potem z tej samej bazy miał wystartować drugi samolot tego samego typu. Rosyjscy sztabowcy informują też, że nad centralną Ukrainą zaobserwowali bezzałogowy samolot RQ-4 Global Hawk, który kierował się na wschód. A gdyby tego było komuś mało, to w rosyjskiej prasie można przeczytać o tym, że właśnie z amerykańskiego wschodniego wybrzeża wystartował samolot C – 32 B, który najczęściej używany jest, jako jednostka wspomagająca operacje sił specjalnych. Tego samego dnia w powietrze podniesione zostały cztery samoloty E-6B, których zadaniem jest zagwarantowanie utrzymania stałej łączności amerykańskiego Wyższego Dowództwa Sił Powietrznych (National Command Authority) zarówno z siłami strategicznymi, jak i dysponującymi bronią konwencjonalną. Zadaniem tych jednostek, jest, utrzymanie zapasowego systemu łączności z łodziami podwodnymi wyposażonymi w głowice jądrowe. Rosyjscy analitycy zastanawiają się, dlaczego podniesiono aż cztery takie samoloty, z łącznej liczby 8 znajdujących się na wyposarzeniu amerykańskich sił zbrojnych. I udzielają następującej odpowiedzi – trzeba zwrócić uwagę na to, że mogą one sterować rakietami dalekiego zasięgu rozlokowanymi w podziemnych sztolniach (system Minuteman 3). A dlaczego wystartowały w takiej liczbie? Z tego powodu, że systemy sterowania rakietami przenoszącymi głowice jądrowe pracują na bardzo wysokich częstotliwościach i dlatego jeden z nich może „obsłużyć”, co najwyżej 150 sztolni. A w związku z tym, żeby wysłać sygnał „jesteśmy przygotowani na wszystko” trzeba podnieść więcej niźli jeden samolot tego typu.

I wreszcie ostatni akord w tej, jak pisze rosyjska prasa „uwerturze Trumpa”. Wystartował E-4B Nightwatch, potocznie nazywany samolotem Dnia Sądu Ostatecznego, a będący powietrznym centrum dowodzenia amerykańskimi siłami zbrojnymi. Mogą się w nim znajdować obok Prezydenta również dowódcy amerykańskich sił zbrojnych. I ma być wykorzystany w czasie wojny jądrowej.

Nic dodać nic ująć. Póki, co Rosjanie reagują dość powściągliwie. Kommiersant nieoficjalnie dowiedział się, a to gazeta dobrze poinformowana, że trwają poufne, zakulisowe negocjacje między wojskowymi obydwu stron. Podobno w kontaktach pośredniczą Turcy. Idzie raczej nie o to, aby udaremnić ewentualny rakietowy odwet Zachodu na siły Asada, odwet za użycie broni chemicznej (nota bene Moskwa twierdzi, że nie ma dowodów na to, aby to reżim użył mieszanki chloru i sarinu), ale o to, aby Amerykanie zanim odpalą rakiety, poinformowali, jak to już w przeszłości bywało, na jakie cele one spadną. Rosjanie mogliby się zawczasu ewakuować i prócz rutynowych połajanek cała sprawa rozeszłaby się po kościach. Ale jak się dość powszechnie uważa uderzenie jednak nastąpi. Nie na darmo, bowiem Trump właśnie odwołał swój udział w spotkaniu państw obydwu Ameryk, które odbywa się w Peru jutro i pojutrze. Rosyjscy komentatorzy zwracają też uwagę na to, że w trakcie ostatniego głosowania w Radzie Bezpieczeństwa rosyjskiego przedstawiciela (ostatecznie Moskwa zgłosiła weto) nie poparł ani Kazachstan, ani też, ku pewnemu zaskoczeniu Chiny, które wstrzymały się od głosu (Kazachstan poparł propozycję zgłoszoną przez Amerykanów). Komentator wojskowy Nowej Gaziety, Paweł Felgengauer jest zdania, że gra się toczy zarówno o Asada, jak i o tzw. republiki ludowe na wschodzie Ukrainy. Jeśli Moskwa wycofa się z tych dwóch przyczółków to nastąpi odprężenie, sankcje znikną, a Putin, który przecież cieszy się poparciem narodu, będzie mógł skoncentrować swe wysiłki na reformach i podniesieniu gospodarki. Niedawno jeden z bliskich współpracowników rosyjskiego prezydenta Władysław Surkow[1] opublikował dłuższy artykuł pełen historycznych odniesień, który w gruncie rzeczy był wezwaniem do przyjęcia przez Moskwę postawy izolacjonistycznej. Kreml na razie, niczym Sfinks, milczy. Myśli czy oferta jest ciekawa?

Marek Budzisz/salon24